Autor Wątek: Z Zachodu na Wschód - solowy wypad w Tatry Polskie.  (Przeczytany 2429 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline grzybson



  • Pomógł: 0

    • Status GG
    • Mój stan Skype
    • STKN Per Pedes & Yeti
Z Zachodu na Wschód - solowy wypad w Tatry Polskie.
« dnia: Wrzesień 12, 2014, 23:42:18 »
To moja pierwsza relacja tutaj, więc proszę o wyrozumiałość. Starałem się pisać bez dłużyzn, mam nadzieję, że wyszło. Ma początek część pierwsza - Tatry Zachodnie. Wysokie - za kilka dni.

Wrzesień to podobno dobry miesiąc na Tatry. Od samego początku wiedziałem, że właśnie wtedy zaplanuję swój urlop, aby przedreptać je z zachodu na wschód. I choć postanowiłem wyruszyć z Częstochowy sam, to prawie nigdy na szlaku nie byłem samotny.

2.09 – Góry lubią wytrwałych
Pobudka o 4:00. Zapakowany po brzegi jeszcze nieśmigany Exos 38 już czekał spakowany. Wskoczyłem do pierwszego busa linii Częstochowa – Kraków, potem szyba przesiadka na Zakopane i ok. 11 znajdowałem się u wylotu Doliny Chochołowskiej. Już wtedy było jasne – na zbyt dobre widoki nie mogłem liczyć tego dnia – o jak bardzo się myliłem.
Marsz przebiegł w dość szybkim tempie i w czasie krótszym, niż przewidywały tabliczki na szlaku ujrzałem bryłę schroniska. Zaklepałem sobie nocleg, zrzuciłem zbędną część gratów i ruszyłem na Grzesia. Pnąc się przez kolejne piętra roślinności tatrzańskiej w końcu stanąłem na szczycie, szczelnie spowitym gęstą białą chmurą. Rozłożyłem karimatę, w końcu zasłużyłem na odrobinę relaksu. W głowie zrodziło się pytanie – co dalej.
Dalej? – Rakoń i Wołowiec! Chyba byłem jednym z niewielu, którzy się zdecydowali, poprzez kosówkę przedzierałem się spotkawszy pojedyncze osoby (np. zakonnicę, która 18 lat przepracowała w moim mieście). Aż w końcu w okolicach Rakonia pojawiła się nadzieja – słońce zaczęło się przebijać przez płaszcz chmur, a on sam jakby zaczynał kotłować się pod wpływem wiatru. W końcu wytrwałość została nagrodzona – Wołowiec uraczył mnie pięknym widokiem na grań Rohaczy, na Jarząbczy, samemu zatrzymując obłoki po polskiej stronie. Na szczycie napotkałem sympatyczną parę, z którą miałem okazję „zapolować” z aparatem na kruka, niezwykle łasego na bułki. Zszedłem z nimi na dół do schroniska, gdzie się rozdzieliliśmy. Resztę wieczoru spędziłem z kompanami z pokoju, wiodąc dyskusje na tematy górsko – polityczno – ekonomiczne.


3.09 – Prawo „niespodzianki”
Siedzę w kuchni turystycznej, spożywając pożywne śniadanie w postaci kaszki „Mleczny Start” i zaczynam myśleć, że chyba jest zepsuta. W świetle drzwi mignęła mi znajoma twarz i – o dziwo! – oczy mnie nie zawiodły. Kompletnie przypadkowo spotkałem koleżankę z okolic Suchej Beskidziej, Marysię, która wyrwała się ze znajomymi na jeden dzień, aby lecieć na Rohacze. Bez namysłu, pędem poleciałem się spakować i dołączyłem do „Drużyny Rohaczy”.
Wędrówka pod Wołowiec dała mi trochę w kość, ale przynajmniej mogłem go sobie dobrze obejrzeć bez towarzystwa chmur. Przed wierzchołkiem wyczailiśmy „lewe” obejście wierzchołka, które zaoszczędziło nam sporo potu. Gdy wreszcie rozpoczęło się bardziej eksponowane podejście pod Ostry Rohacz i pierwsze łańcuchy, poczułem jakbym złapał wiatr w skrzydła. Opanowałem nagły skok adrenaliny i zaczęła się najlepsza zabawa, przejście skalną granią. Tylko znowu chmury, ale to może i dobrze, bo maskowały to co czeka w przypadku nieuważnego kroku.
Tuż przed Płaczliwym Rohaczem, z żółtego szlaku wyłonił się interesujący jegomość ze Słowacji, niosący ze sobą tubę w skórzanym futerale, długości 2m średnicy ok. 10cm. Nie bardzo chciał nam wyjawić tajemnicę zawartości pakunku. Jeszcze. Gdy już mieliśmy schodzić z Płaczliwego, coś mnie tknęło, aby jeszcze chwilę zostać. Tajemniczy jegomość stał przede mną w białej, obszywanej koszuli. Z pokrowca wyciągnął instrument, coś jakby piszczałka, flet, tylko stojący. Jak sam właściciel określił, była to „fujara” (zainteresowanych zapraszam na jego stronę: http://miroslaviro.eu). Dźwięki jego muzyki towarzyszyły mi jeszcze przez chwilę niesione przez wiatr.


4.09 – Bracia w kliszy.
Pożegnałem nowo poznanych kompanów z pokoju – Kubę i jego 4-letniego syna Kajtka. Ten wygadany urwis łoi już naprawdę spore trasy z tatą po Tatrach zachodnich. Chodzą razem spętani sznurkiem, młody w pełnej uprzęży, starszy tylko w piersiowej – sprytnie.
W przepięknym wrześniowych słońcu drepczę czerwonym szlakiem przez Dolinę Jarząbczą. Niewielka mgiełka unosi się nad ścieżką. Po drodze racząc się jagodami, drapię się na Trzydniowiański. Na górze spotykam Mateusza, który, o dziwo, tak jak ja, fotografuje na kliszy starym Olympusem. Nawet więcej, sam wywołuje czarno-biały film i robi odbitki. Wdajemy się w pogawędkę – o foto, o podróżach, Islandia, etc. W końcu decyduję się poczekać i dalszą trasę kontynuować z jego znajomymi. Ciekawa gromadka – poprzez chemika z jednej polskich uczelni, po studentkę szkoły muzycznej na kierunku śpiew. No i jeszcze jeden „kliszowiec” z Prakticą. Szybkim tempem stajemy na wierzchołku Kończystego. Pogoda dopisuje – z jednej strony wyraźnie widać Jarząbczy Wierch, a w oddali Rohacze, z drugiej – dzisiejszy cel – Starorobociański. Podejście pod piramidę tego ostatniego jest w gruncie rzeczy mniej męczące niż wygląda i mija w atmosferze luźnych pogawędek. Na górze zaczyna jedynie mocniej wiać, ale nie przeszkadza w podziwianiu widoków. Już snuję plany na przyszły raz – na bank Błyszcz i Bystra.
Schodzę z nowo poznanymi towarzyszami na Siwą Przełęcz – oni wracają z powrotem do Chochołowskiej, ja mam jeszcze kawał drogi przez Ornak do schroniska u końca Doliny Kościeliskiej. Przez chwilę na wyciągnięcie ręki towarzyszą mi jeszcze kozice, po czym dalej sam człapię grzbietem, przypominającym trochę księżycowy krajobraz. Tylko chmury opadają coraz niżej.
Na Iwanickiej Przełęczy spotykam grupkę z Bydgoszczy – Tomka, Janka i Michała, z którymi kontynuuję wędrówkę do schroniska. Na miejscu nie czekam na glebę, biorę jedno z ostatnich miejsc w 3 osobówce. Tylko zdążyć z prysznicem przed 22, zanim zgaszą światło i ciepłą wodę…



5.09 – Mój jest ten kawałek podłogi
Spanie w wygodnym łóżku, jeszcze z pościelą (wliczona w cenę), rozleniwia. Oprócz mnie w pokoju miałem dokwaterowanych dwóch kolegów z Trójmiasta (trzeci glebował). W planach mają dojść w Bieszczady przed immatrykulacją. Ja jednak dołączam do wczoraj poznanych przyjaciół z Bydgoszczy. Przemy ostro doliną Tomanową, wznoszące się nad Nami Tomanowy i Wysoki grzbiet przypomina nam krajobrazy jak z „Winnetou”. Idziemy praktycznie sami, dopiero gdy zaczyna się podejście na Ciemniak, pierwszy od tej strony z Czerwonych Wierchów, a szlaki zielony i czerwony łączą się razem, robi się jakby tłoczniej. Doganiamy „Trójmiejskich” i od tej pory praktycznie wędrujemy już razem.
Sytuacja zaczyna robić się podobna jak z Wołowca – grań Czerwonych Wierchów zatrzymuje wszystkie chmury idące od Zakopanego, od południa utrzymując pełną przejrzystość. Spektakularnie wygląda w tej scenerii Krzesanica. No i jeszcze te śmieszne z kamieni. W oddali rysują się już Tatry Wysokie. Potem Małołączniak, Kopa Kondracka i zejście na przełęcz Kondracką, gdzie po drodze napotykamy ekipę remontową, układającą kamienie na szlaku. Z Michałem (ratownikiem WOPRu) decydujemy się na szybki strzał na lekko na Giewont.
Po zejściu z powrotem na Przełęcz Kondracką czeka nas niemałe zaskoczenie – tuż nad naszymi głowami przelatuje helikopter policyjny pełniący służbę w TOPR. Przelatuje tak nisko, że jego wirnik wzbija tumany kurzu na dole – co za moc. W czasie gdy schodziliśmy do Schroniska na Kondratowej. Na miejscu podejmuje Nas (chyba) kierowniczka schronu – nawet nie zdążyłem się odezwać, a już odpowiedziała na wszystkie niejasności począwszy od noclegu, na cenie piwa skończywszy.
Ta noc była moją pierwszą na glebie podczas tego wyjazdu. O 22:00 wszyscy mężczyźni na obiekcie zostali zagonieni do wynoszenia ław na ganek. W czasie, gdy obsługa myła nam podłogę pod spanie, cała zgraja wylęgła na zewnątrz schroniska, wzajemnie się integrując w nocnej scenerii Tatr Zachodnich, wśród pomrugujących świateł stacji na Kasprowym czy Myślenickich Turniach. Tak dobrej miodówki jak wtedy, jeszcze nigdy nie kosztowałem.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie nagłe „Bleeeee” rozrywające ciszę nocną – najwyraźniej komuś w noc zrobiło się "niedobrze".


c.d.n.