Autor Wątek: Tatry emerycko 8-10.09.2017r.  (Przeczytany 1391 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline dave

Tatry emerycko 8-10.09.2017r.
« dnia: Wrzesień 15, 2017, 19:40:04 »
Najbliższy wyjazd w góry miał wyglądać zupełnie inaczej. Miał być Główny Szlak Świętokrzyski, miał być namiot, zupki z Biedronki z kiełbasianą wkładką, gryzące komary i sępienie wody po domostwach. Gdy zwierzyłem się ze swych planów Karinie, otrzymałem propozycję wspólnego wyjazdu w Tatry. Biorąc pod uwagę fakt, że ostatnio byliśmy razem w tychże górach dwa lata temu, propozycję bezwzględnie należało przyjąć, a GSŚ odłożyć "na zaś". W takiej sytuacji kimanie po kolibach zdecydowanie odpada, więc na szybko znalazłem kwaterę w Zakopcu, z grubsza uzgodniliśmy plan trasy, i w drogę. Przyjeżdżamy w czwartek po południu, wyjazd w poniedziałek rano, okno pogodowe, drinki, plaża... te sprawy. W naszej wyobraźni wszystko wygląda absolutnie cudownie, jedziemy. :)

Wstaję w czwartek 07.09 o trzeciej w nocy. Ot tak, żeby było weselej. W pośpiechu zjadam śniadanie, wypijam kawę i uciekam na pociąg o 4:07 do Poznania. W Poznaniu jestem parę minut po piątej, zachodzę jeszcze do McDonalda na tosta z bekonem i serem, a następnie o 6:00 odjeżdżam "Siemiradzkim" do Grodu Kraka. Wesołe dźwięki generowane przez Darkthrone i Katharsis umilają mi jazdę, droga upływa niepostrzeżenie. Na miejsce przybywam około dwunastej, kupuję jeszcze coś do żarcia w dworcowej Biedronce i czekam na Karinę, która za dłuższą chwilę ma przyturlać się z Warszawy. Po pewnym czasie widzę wyłaniającą się z tłumu znajomą postać, na powitanie jemy obiad w Olimpie i uciekamy na Szwagropola do Zakopanego. Pomijając korki w okolicach Nowego Targu, Poronina i Białego Dunajca, jechało się w miarę spokojnie, późnym popołudniem jesteśmy na miejscu. Szybka kawa, wypad na miasto, popołudniowo-wieczorne zbijanie bąków uskutecznione w pełni.

08.09.2017r.: Siwa Polana - Polana Trzydniówka - Trzydniowiański Wierch - Kończysty Wierch - Jarząbczy Wierch - Łopata - Wołowiec - Dol. Wyżnia Chochołowska - Polana Chochołowska - Siwa Polana

Wstajemy z rana, śniadanie, pakowanko i chodu na busa do Chochołowskiej. Na miejscu jesteśmy kilka minut po ósmej i odpalamy piątaka kierowcy ciuchci, który podwozi nas aż na Polanę Huciska; przeskakujemy tym samym biegnący lasem, mało widokowy asfalcik. Niebo czyste, przewidując smażalnię odpinam nogawki spodni i ruszamy w stronę Polany Trzydniówka, skąd odbija czerwony szlak na Trzydniowiański Wierch:



Chwilę kluczymy po błocie (gospodarka leśna w Chochołowskiej nadal ma się znakomicie) gdy tymczasem dobiega nas przeraźliwy wrzask. Okazuje się, że jakieś dziecko usilnie protestuje przeciw trasie na Trzydniowiański. Zastanawiamy się z Kariną, jakich argumentów będzie używał tata w stosunku do syna i wesoło zmierzamy na Kulawiec. W oddali nadal słychać malca, doprawdy jest niewiele tylko cichszy od klaksonu radzieckiej lokomotywy ST44 "Gagarin". Tymczasem gęby nam się cieszą, bo wyłonił się masyw Ornaku w jesiennej szacie:



Kominiarski Wierch również cieszy oko (ktoś z forumowych wyjadaczy był na szczycie przed zamknięciem szlaku?):



Słońce jednak grzeje, muszę się nieco nawodnić. W tle pojawiają się Rohacze, na które w miarę upływu trasy widok będzie coraz bardziej spektakularny:



Tymczasem wierzchołek Trzydniowiańskiego już na wyciągnięcie ręki:



Po krótkiej chwili docieramy na szczyt (1758 m n.p.m.) Rewelacja. Nieco wzmaga się wiatr, ale chowamy się w nieco osłoniętym miejscu i jest dobrze. Uzupełnienie straconych kalorii, kilka łyków kawy z termosu i wreszcie wstaję porobić fotki:







Widoki niszczą, czegoś równie pięknego już dawno nie widziałem. Oboje jesteśmy pod wrażeniem. Nie możemy jednak gapić się w nieskończoność, bo przed nami jeszcze kawał drogi do przejścia. Za cel obieramy Kończysty Wierch. Tymczasem wiatr przybiera na sile, wyjmuję z plecaka wiatrówkę i daję ją Karinie. W ruchu styknie mi sama koszulka, nie ma sensu się przegrzewać. Wierzchołek już rzut beretem od nas, podejście strome, ale krótkie. Rzut okiem za siebie:



i już za momencik jesteśmy na Kończystym (2002 m n.p.m.), autor relacji lansuje się przy tabliczce:



Wiatr daje już konkretnie popalić, muszę jednak przywdziać windshirta. Szybkie papu, uzupełnienie płynów, więc pora na jakieś zdjęcidła. Starorobociański Wierch wydaje się być na wyciągnięcie ręki:



Raczkowe Stawy również prezentują się z tej perspektywy znakomicie:



No to idziemy na Jarząbczy. Szczyt już tuż-tuż, a zza niego wyłania się Raczkowa Czuba (2194 m), którą dziś sobie odpuścimy:



Jesteśmy na szczycie. Na wierzchołku Jarząbczego (2137 m) trzyosobowa ekipa, która częstuje nas znakomitą czekoladą. Chwilę rozmawiamy, po czym ekipa się ulatnia i mamy szczyt tylko dla siebie. Nie wiem jak to się stało, ale nie mam stamtąd żadnej fotki. No cóż, może innym razem. Doładowuję się jeszcze batonikami musli z Biedronki i schodzimy w stronę Łopaty. Wiatr dmie naprawdę konkretnie. Karina bada kijem teren, Wołowiec i Rohacze widać już jak na dłoni:



Jarząbczy z tej perspektywy robi nieliche wrażenie, szkoda że nie udało się tego oddać na zdjęciu:



Sprawnie trawersujemy Łopatę, w międzyczasie strzelam sobie sweet focię z Wołowcem i Rohaczami w tle:



Widoki rozwalają system: Wołowiec, Jamnickie Stawy i słowackie szczyty Tatr Zachodnich:



Z Łopaty na Wołowiec krótkie podejście piargiem. W połowie podejścia ładujemy się z Kariną kaloriami i po chwili wychodzimy na szczyt. Jesteśmy już oboje dość zmęczeni, musimy chwilę odpocząć, popić kawy i zjeść coś energetycznego. W moich trzewiach znika ostatni batonik zbożowy i chyba pół paczki mieszanki studenckiej. Czas na kilka zdjęć, jakiś gość wlazł mnie w kadr:





Pora uciekać. Zejście z Wołowca luźnym piargiem, akurat takim jak nie lubię. Kamyki lecą mi spod nóg, muszę uważać żeby nie zjechać na dół. Trasa przez Dolinę Chochołowską Wyżnią daje mi popalić. Przez kapciowate buty ze zbitą wkładką o grubości papieru czuję każdy kamień. Nowe wkładeczki Ironmana oczywiście leżą w szafie, bo po co mają się zużywać, chciałem to mam. :D Odcinek leśny ciągnie się jak flaki z olejem. Wychodzimy wreszcie na Polanę Chochołowską, więc czas na spacerek do Siwej Polany. Ostatni fragment asfaltem na dobicie, Karina nadrabia miną:



Wreszcie wsiadamy do busa. Oboje czujemy się dość nietęgo, ja mam poodbijane stopy, Karina narzeka na ból w pachwinie. Trochę chyba przesadziliśmy jak na pierwszy dzień, taka trasa na rozruch jest dobra dla górskiego wyjadacza, a nie zasiedziałej biurwy bez kondycji. W Zakopcu skubiemy obiadokolację, nawet nie czuję zbytnio łaknienia. Wracamy do pokoju, prysznic i do łóżka. Postanawiamy zgodnie, że jutro cały dzień na kompletnym lajcie. Przeglądam jeszcze zawartość plecaka, zostało mi sporo wody w butelce, hmm, trochę to dziwne.

09.09.2017r., dzień laby: Palenica Białczańska - Rusinowa Polana - Palenica Białczańska, termy w Bukowinie Tatrzańskiej

Budzę się rano i ze zdziwieniem odkrywam, że mam przepotężnego kaca, chociaż poprzedniego dnia nie wypiłem ani kropli alkoholu. Ewidentnie się na wczorajszej trasie odwodniłem, pewnie wskutek wietrznej pogody nie odczuwałem pragnienia. Próbuję się jakoś doprowadzić do stanu używalności, po kolei lecą: woda, kawa i brzoskwinia - bez rezultatu. Na szczęście szklaneczka ukraińskiego kwasu chlebowego błyskawicznie stawia mnie na nogi, już rozumiem dlaczego na terenach byłego ZSRR ów specyfik cieszy się taką popularnością. :D

Zanim się ogarnęliśmy, zrobiło się późno. Kombinujemy, co by tu sobie dziś porobić. W Zakopcu pogoda dopisuje, decydujemy się na wypadzik na Rusinową Polanę, a co później, to się zobaczy. Po drodze małe zakupy w Leclercu, dbając o właściwe nawodnienie organizmu kupuję na drogę całą torbę winogron. ;) Wskakujemy do zapchanego do granic możliwości busa i jedziemy w stronę Palenicy. Planowaliśmy wysiąść na Wierchporońcu, ale kierowca ignorując pasażerów pojechał dalej. Nic to, z Palenicy też dojdziemy.

Kierujemy się na niebieski szlak, króciutki spacerek i jesteśmy na miejscu, po drodze Karina pozuje do zdjęcia, w tle Tatry Bielskie:



Na Rusinowej jak zwykle sporo ludzi, chociaż ewidentnie psuje się pogoda. Ciemne chmury od strony Słowacji ograniczają widoczność, do tego wzmaga się wiatr. Klasycznie rozwalamy się na trawie, czas naruszyć zapasy z plecaka, coby było lżej. :D



Bimbamy sobie na całego. Relaks, leżenie brzuchem i winogrona. Żyć, nie umierać. Roimy jeszcze czy wchodzić na Gęsią Szyję, ale z racji pogarszającej się pogody stwierdzamy że lepiej sobie skrócić wypad, a po południu udać się na termy do Białki czy Bukowiny, aby wygrzać się w ciepłej wodzie. Chmury idą idealnie na Gęsią, więc i tak niewiele będzie widać. Póki jest jeszcze jako-taka widoczność, robię kilka zdjęć i uciekamy z powrotem do Palenicy. Ilość zaparkowanych po drodze aut powala, w życiu nie wybrałbym się na Palenicę samochodem.





W Zakopcu szybki obiad i kawa. W międzyczasie przepakowanie i spadamy na busa. Pierwszy odjeżdża do Bukowiny, więc wsiadamy. Po dłuższej chwili jesteśmy na miejscu i pławimy się w ciepłej wodzie aż do wieczora. W międzyczasie Karina dostaje wiadomość od znajomego, który komunikuje nam, że musiał zrobić wycof z Trzydniowiańskiego, bo z powodu siły wiatru ciężko było ustać na nogach. Wyłączono także kolejkę na Kasprowy, prędkość wiatru wynosiła ok. 120 km/h. O 20.30 jesteśmy z powrotem na kwaterze, jemy kolację i stwierdzamy, że wiatr wiatrem, ale jutro coś wysokiego zrobić musimy. Na Rysy raczej nie zmieścimy się czasowo, zatem kierunek: Kozi Wierch.

10.09.2017r.: Palenica Białczańska - Wodogrzmoty Mickiewicza - Dolina Roztoki - Dolina Pięciu Stawów Polskich - Kozi Wierch - Dolina Pięciu Stawów Polskich - Dolina Roztoki - Wodogrzmoty Mickiewicza - Palenica Białczańska

Wstajemy o 6.30. Tradycyjne kanapeczki, kawusia, pakowanko i chodu na dworzec. Za kierunek obieramy Palenicę, wejście od Piątki powinno być najszybsze i w warunkach wietrznych najbezpieczniejsze. Od Palenicy człapiemy sobie asfalcikiem aż do Wodogrzmotów, gdzie skręcamy na zielony szlak prowadzący do Doliny Pięciu Stawów. Podchodzi się dość przyjemnie, aż wreszcie wychodzimy ponad granicę lasu i zaczynają się widoki. Masyw Wołoszyna robi stamtąd ogromne wrażenie, w oddali czai się Lodowy Szczyt:



Docieramy wreszcie do Siklawy, którą uwieczniam na zdjęciu, prosimy też jednego z turystów o wykonanie wspólnej fotki:





Po chwili jesteśmy już w Piątce. Okolicznościowa fota i szybki przysiad za kosówką, bo wiatr się wzmaga. Wierzchołek naszego celu schowany w chmurze:



Zżeram banany, batoniki zbożowe i zapijam wodą z flaszki. Po chwili odpoczynku wstajemy... i prawie natychmiast jestem zmuszony do wyjęcia kurtki membranowej z plecaka. Wieje nie na żarty, wiatr przechodzi przez decathlonowski windshirt niczym przez sito. Odbijamy na niebieski szlak prowadzący na Zawrat, skąd po chwili zaczyna się odgałęzienie na Kozi Wierch, znakowane kolorem czarnym. Wchodzimy po wygodnych stopniach, Piątka powoli zostaje za nami:



Wiatr chwilowo rozpędza chmury, wierzchołek się odsłania. W duchu mamy nadzieję na dobre widoki ze szczytu.



Na płaskiej skałce robimy małą przerwę na kilka zdjęć:



Powoli pniemy się do góry. Krótki trawers po wystających progach w skale i idziemy dalej. Docieramy wreszcie do połączenia ze szlakiem czerwonym, po chwili muszę złożyć kije i schować je do plecaka, bo pojawił się mały kominek, w którym jestem zmuszony użyć rąk. Przepuszczamy osoby schodzące, kilka podciągnięć i kominek już jest historią. Po krótkim czasie osiągamy wierzchołek Koziego Wierchu, 2291 m. Na szczycie jest trochę ludzi, widoki oszałamiają. Z jednej strony Piątka, z drugiej Gąsienicowa. Orla z tego miejsca wygląda groźnie, za to Kościelec wydaje się malutki. Pojawił się nawet wcześniej niedostępny zasięg GSM, czemu nie. ;)







Gratulujemy sobie nawzajem wejścia i ładujemy akumulatory. Zachmurzenie zmienia się jak w kalejdoskopie, przynaglam trochę do powrotu, bo idące od Słowacji chmury wyglądają mi na deszczowe:



Trzeba się powoli zbierać. Schodzimy tą samą drogą, wiatr nadal przybiera na sile. Będąc już niżej musiałem w pewnym momencie wesprzeć się na kiju, bo majtnęłoby mną na glebę, mogłem sobie nakłaść kamieni do plecaka. :D Po drodze wspomagam żelem przeciwbólowym jakiegoś gościa, któremu "skończyło się" kolano i zostaję trochę z tyłu. Karina czeka na mnie przy rozdrożu, po czym zachodzimy do schroniska na kawę i kawałek szarlotki. W schronisku zaduch potworny, szybciutko odbieramy zamówienie i migiem ewakuujemy się na zewnątrz. Zaczyna padać, na szczęście trwało to dosłownie chwilę. Pożeramy nasz łup:



i uciekamy w dół czarnym szlakiem, zyskując jednocześnie trochę na czasie. Zejście do Palenicy już bez większych przygód, jako że idziemy tą samą drogą, odpuściłem sobie fotografowanie. Wsiadamy do busa, koniec wycieczki.

W poniedziałek rano zwijamy manatki i jedziemy razem do Krakowa. Na dworcu jeszcze tradycyjna wizyta w Companeros na burrito śniadaniowe z kawą i rozjeżdżamy się w swoje strony. Pomijając dokuczliwy wiatr, udało nam się wstrzelić w okno pogodowe, z czego byliśmy bardzo zadowoleni. Warunki na szlakach znakomite, ale o tej porze roku sytuacja w Tatrach zmienia się bardzo szybko. Jeśli ktoś szuka pustek na szlakach tatrzańskich, to odcinek Kończysty-Wołowiec daje taką możliwość, będąc zarazem jednym z najpiękniejszych szlaków w Tatrach Zachodnich. Fajnie było znów spotkać się razem w Tatrach, może w przyszłym roku uda się zaliczyć powtórkę, a teraz... czas ruszyć gdzie indziej. To byłoby na tyle, oddaję głos do studia. :)
Like the fella says, in Italy for 30 years under the Borgias they had warfare, terror, murder, and bloodshed, but they produced Michelangelo, Leonardo da Vinci, and the Renaissance. In Switzerland they had brotherly love - they had 500 years of democracy and peace, and what did that produce? The cuckoo clock. So long Holly.


Offline KolarzPL



  • Pomógł: 0

Odp: Tatry emerycko 8-10.09.2017r.
« Odpowiedź #1 dnia: Wrzesień 16, 2017, 19:10:00 »
Ekstra  wypad.

Offline kuzon



  • Pomógł: 14

Odp: Tatry emerycko 8-10.09.2017r.
« Odpowiedź #2 dnia: Wrzesień 16, 2017, 21:07:18 »
Świetna wyprawa! Chętnie bym coś takiego zrobił. Trzeba dodać do planów na przyszłość.
"Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach.”
 - Maya Angelou

Offline piterito

Odp: Tatry emerycko 8-10.09.2017r.
« Odpowiedź #3 dnia: Wrzesień 17, 2017, 08:11:27 »
Ehh Tatry, Tatry...jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne. Mimo tego, że bardziej znam słowackie.
Bardzo fajnie i wcale nie tak emerycko.
Ale Ameryka...

piję tylko czystą, palę tylko Klubowe... zdejm kapelusz

Offline dave

Odp: Tatry emerycko 8-10.09.2017r.
« Odpowiedź #4 dnia: Wrzesień 17, 2017, 19:52:29 »
Ekstra  wypad.

Świetna wyprawa! Chętnie bym coś takiego zrobił. Trzeba dodać do planów na przyszłość.

Bardzo fajnie i wcale nie tak emerycko.

Dzięki ;)
Like the fella says, in Italy for 30 years under the Borgias they had warfare, terror, murder, and bloodshed, but they produced Michelangelo, Leonardo da Vinci, and the Renaissance. In Switzerland they had brotherly love - they had 500 years of democracy and peace, and what did that produce? The cuckoo clock. So long Holly.

Online misiak76



  • Pomógł: 33

    • Status GG
    • Coś skromnego na Polskich Krajobrazach
Odp: Tatry emerycko 8-10.09.2017r.
« Odpowiedź #5 dnia: Wrzesień 18, 2017, 15:32:17 »
Zrobiłem pierwszą trasę w odwrotnej kolejności i z przejściem przez Grzesia w czerwcu. Też było pusto i miło. Widzę, że na szlaku pojawiły się nowe znaki a przynajmniej jeden ;) Jak ja byłem to stał tylko jak pamiętam sam kij i jakaś wytarta tabliczka

Wysłane z mojego ONEPLUS A3003 przy użyciu Tapatalka


Offline dave

Odp: Tatry emerycko 8-10.09.2017r.
« Odpowiedź #6 dnia: Wrzesień 18, 2017, 18:25:48 »
Zrobiłem pierwszą trasę w odwrotnej kolejności i z przejściem przez Grzesia w czerwcu.

Ile czasu Ci to zajęło?
Like the fella says, in Italy for 30 years under the Borgias they had warfare, terror, murder, and bloodshed, but they produced Michelangelo, Leonardo da Vinci, and the Renaissance. In Switzerland they had brotherly love - they had 500 years of democracy and peace, and what did that produce? The cuckoo clock. So long Holly.

Offline oktawia89



  • Pomógł: 0

Odp: Tatry emerycko 8-10.09.2017r.
« Odpowiedź #7 dnia: Wrzesień 21, 2017, 11:02:49 »
Początkowo jak przeczytałam "Tatry emerycko" to  moje zainteresowanie było bardzo małe
Jednak po obejrzeniu zdjęć mówię Wielkie WOW!
Widać, że Wasz wypad był świetny.
To wielka inspiracja dla mnie na przyszłe wakacje z moim mężem.

Online misiak76



  • Pomógł: 33

    • Status GG
    • Coś skromnego na Polskich Krajobrazach
Odp: Tatry emerycko 8-10.09.2017r.
« Odpowiedź #8 dnia: Wrzesień 21, 2017, 14:19:01 »
Zrobiłem pierwszą trasę w odwrotnej kolejności i z przejściem przez Grzesia w czerwcu.

Ile czasu Ci to zajęło?
Mi to zajęło sporo bo dużo przerw robiliśmy   Całą trasa zajęła nam 12,45 godz. Z tym, że zejście z Trzydniowiańskiego po tych schodach dało nam potężnie w dupe ;)

Wysłane z mojego ONEPLUS A3003 przy użyciu Tapatalka

Offline grendel

Odp: Tatry emerycko 8-10.09.2017r.
« Odpowiedź #9 dnia: Wrzesień 26, 2017, 22:00:49 »
Dave,
Pięknie. I insirująco 😉. To się nazywa wykorzystać weekend. A narracja - pierwsza klasa 🙆.

http://gameoflife-nextround.blogspot.com

- may the Force be with us -