Autor Wątek: Listopadowe Tatry Zachodnie  (Przeczytany 2636 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline brad



  • Pomógł: 4

Listopadowe Tatry Zachodnie
« dnia: Grudzień 06, 2015, 01:47:12 »
Prolog
Pomysł na wypad zakiełkował w mojej głowie, kiedy jasne stało się, że na początku listopada czeka mnie służbowy wyjazd na konferencję w Warszawie. Najpierw pomyślałem o Pawle, przyjacielu jeszcze z przedszkola, z pierwszej grupy (!) wrocławskiego „Leśnego Ludka”, któremu ze względu na szczęśliwy ożenek przyszło zamieszkać w stolicy. W końcu fajnie by było skoczyć w góry i już czas samej podróży spożytkować na pogadanie o sprawach ważnych lub mniej ważnych, ale na pewno zaległych... Ostatecznie nie widujemy się zbyt często. Potem Paweł pomyślał o Witku, naszym przyjacielu z kolei jeszcze z pierwszej klasy podstawówki, który ostatecznie zdecydował się dołączyć do nas jadąc do Zakopanego prosto z Wrocławia. Tak wyklarował się skład ekipy :). Co do samej akcji górskiej, plany krystalizowały się prawie do ostatniej chwili. Ostatecznie padło na Tatry Zachodnie.

Czwartek 05.11.
Po konferencji i konferencyjnej kolacji, którą zjadłem w restauracji Hoża, wróciłem do hotelu, w którym odbywała się konferencja i gdzie w przechowalni zdeponowałem bagaż. Musiałem się przebrać. W kiblu z walizki wyjąłem plecak, buty górskie, raki, kijki, termos i żarcie, a wrzuciłem tam z kolei aktówkę, laptopa, koszulę, spodnie od garnituru i eleganckie buty. Cała akcja była jak na kabinkę z muszlą klozetową o łącznej powierzchni nie przekraczającej 1,5 m^2 nie lada wyzwaniem ;D. Na szczęście czystość w Mariottowych toaletach pozostaje bez zarzutu.

Na dworzec podrzuciła mnie Agata, która przywiozła Pawła. W ich samochodzie zostawiłem walizkę z konferencyjnym szpejem, co bardzo ułatwiło mi logistykę całego wypadu – w poniedziałek rano już po powrocie Agata odebrała nas z dworca i zawiozła mnie prosto na lotnisko, gdzie ponownie musiałem się przepakować i walizkę z upchniętym w nią plecakiem i sprzętem górskim naddać jako bagaż rejestrowany.

Piątek 6.11.
Do Zakopca przyjechaliśmy w piątek nad ranem z półgodzinnym opóźnieniem. Zdążyliśmy na mszę o 9:00 i pierwszopiątkowe nabożeństwo i busikiem z dołu Krupówek podjechaliśmy prosto do wylotu Doliny Kościeliskiej. Pogoda była wymarzona...



Nie musieliśmy się spieszyć, bo Witek miał dotrzeć do Zakopanego 5 godzin po nas, a celem na pierwszy dzień było jedynie podejście do schroniska na Hali Ornak. W drodze w górę doliny zrobiliśmy pętlę Wąwozem Kraków, a kawałek wyżej postanowiliśmy jeszcze podejść do Jaskini Raptawickiej i przejść przez Jaskinię Mylną. W Mylnej nawet nieco zbłądziliśmy zwiedzając dodatkowo (lub jak kto woli niechcący ;)) jeszcze jedną komorę, co pozwoliło Witkowi ostatecznie nas dogonić.









W schronisku mieliśmy zarezerwowaną trójkę i po wczesnej kolacji dosyć szybko uderzyliśmy w kimę.

W sobotę plan obejmował przejście przez Ornak, Starorobociański, Kończysty, Trzydniowiański do Doliny Chochołowskiej. O zrobieniu pełnej graniówki przez Jarząbczy, Łopatę i Wołowiec raczej nie myśleliśmy ze względu na słabą kondycję i krótkie dni. Natomiast w zależności od naszego faktycznego tempa na trasie i pogody myśleliśmy jeszcze o wariancie z wejściem na Błyszcz i Bystrą; decyzję chcieliśmy podjąć na Przełęczy Siwej, albo na Zworniku.

Sobota 7.11.
Budzik zadzwonił przed szóstą. Zebraliśmy się dość szybko i ruszyliśmy w górę z zamiarem zjedzenia śniadania na Przełęczy Iwaniackiej. Była to dobra decyzja, bo pogoda dopisywała i lepiej było ugotować coś w plenerze, niż w ciemnym schronisku (kuchnia i tak rozpoczynała działalność dopiero o ósmej). No i mieliśmy okazję potopić śnieg  ;D



Wyjście na grań i wejście na Ornak okazało się dosyć męczące – widoki i piękna pogoda zrekompensowały jednak wysiłek z nawiązką. Delektowaliśmy się nimi niespiesznie...











Ostatecznie na Siwym Zworniku byliśmy dość późno. Zdobycie Bystrej odpuściliśmy i ruszyliśmy prosto w kierunku Starorobociańskiego Wierchu.



Widok z grani na Dolinę Starorobociańską:


Wiatr się wzmagał, od Słowacji naciągały chmury i na samym podejściu zaczęło padać. Na szczycie nie spędziliśmy zbyt dużo czasu, ale zdjęcie zwycięzców musiało oczywiście być :). W końcu to najwyższy szczyt polskiej części Tatr Zachodnich :P ;) 



Po drodze na Kończysty Wierch spotkaliśmy wyraźnie znudzoną kozicę. Mimo usilnych prób kilku fotografów nie chciała dać się wyprowadzić z równowagi.



Widok na Jarząbczy i Rohacze:


Z Kończystego przy wyraźnie pogarszającej się pogodzie ruszyliśmy w stronę Trzydniowiańskiego Wierchu, by tam zastanowić się, czy do schronu schodzimy Szlakiem Papieskim, czy czerwonym przez Krowi Żleb. Wybraliśmy wariant drugi. Ze względu na zrywkę drzew stan szlaku nie był świetny, ale nie narzekaliśmy. Mimo zmęczenia, w dół cisnęliśmy bez przerwy aż do zapadnięcia zmroku. Dopiero wtedy zrobiliśmy przerwę na herbatę i wyjęliśmy czołówki, aby końcówkę Żlebu i podejście Chochołowską pokonać już w ciemnościach. Nie ukrywam, że po ponad 10-cio godzinnej trasie szarlotka z polewą jagodową – specjalność schroniska na Polanie Chochołowskiej – smakowała nam nawet bardziej niż wyśmienicie.

Nocleg mieliśmy zarezerwowany w 14-sto osobowym pokoju, ale okazało się, że tuż przed naszym przyjściem zwolnił się pokój i zdecydowaliśmy się na dwójkę z dostawką.

Niedziela 8.11.
W niedzielę obudziłem się o 5:55 i postulowałem wczesne wyjście, ale był to raczej głos wołającego na puszczy, a entuzjazm kolegów - delikatnie mówiąc - taki sobie… Spaliśmy więc dalej i ostatecznie po niespiesznym śniadaniu pokój oddaliśmy dopiero koło 10:00. Po odwiedzeniu „Janosikowej” kapliczki św. Jana rozstaliśmy się z Witkiem, który poszedł w dół, aby po drodze do Wrocławia mieć jeszcze czas na odwiedzenie kumpla w Krakowie. My natomiast z Pawłem ruszyliśmy na Grzesia. Pogoda była rewelacyjna. Przewalające się chmury gwarantowały ciągle zmienną grę światła i cienia. Na szczycie bardzo żałowaliśmy, że nie zwlekliśmy się jednak z łóżek o tej szóstej rano, bo czasu wystarczyło by nam jeszcze na Rakoń… A tak po chwili odpoczynku na szczycie trzeba już było wracać. Wiedzieliśmy już wprawdzie od Witka, że „wypożyczalnia rowerów” działa również w listopadzie, i że w związku z tym będziemy w stanie zaoszczędzić dobre półtorej godziny dreptania asfaltem, ale śpiochowe zaległości były i tak nie do odrobienia.







Po drodze w schronisku, zanim ostatecznie ruszyliśmy w dół, skorzystaliśmy jeszcze z wrzątku i wyjedliśmy resztki zapasów. Bus zabrał nas przez Krzeptówki do Zakopanego. Po wieczornej mszy, prażonych oscypkach oraz kawce i ciachu przy Krupówkach powoli musieliśmy już niestety żegnać się z Tatrami…




Epilog
Do Warszawy przyjechaliśmy nieomal o czasie – tutaj muszę przyznać, że TLK stanęły na wysokości zadania. Tanie Kuszetki były wykupione do ostatniego miejsca, ale nawet mimo kłopotów z wietrzeniem przedziału, przyjemnie było się jednak przekimać w pozycji horyzontalnej. Krótko przed piątą rano Agata odebrała nas z Centralnego przywożąc jednocześnie moją WALIZKĘ ;D. Na Okęciu spokojnie zdążyłem się umyć i przepakować. Lot się nie opóźnił i przed 9:00 siedziałem już znowu przy moim biurku…


Offline velka

Odp: Listopadowe Tatry Zachodnie
« Odpowiedź #1 dnia: Grudzień 09, 2015, 07:05:28 »
W pogodę trafiliście idealnie! Przypomniał mi się wyjazd z kumplem pierwszy raz w schroniska ;)

Offline Shwarc

Odp: Listopadowe Tatry Zachodnie
« Odpowiedź #2 dnia: Grudzień 09, 2015, 13:17:58 »
Fajna ta trasa po całych zachodnich od Grzesia po Ornak. Kiedyś ją zrobiłem z kumplem jak gdyby po drodze, mając na sobie wielkie worki i do dzisiaj wspominam bardzo pozytywnie. Poza Czerwonymi to chyba jedyna taka możliwość w naszych Tatrach na kilkugodzinny spacerek po grani.

Offline brad



  • Pomógł: 4

Odp: Listopadowe Tatry Zachodnie
« Odpowiedź #3 dnia: Grudzień 21, 2015, 21:48:16 »
Hehe, wartość takich wyjazdów, to przede wszystkim kwestie sentymentalne  ;)
Ale i tak muszę przyznać, że za każdym razem odkrywa się coś nowego...

Offline cygnus

  • Cygnus


  • Pomógł: 31

    • Mój stan Skype
Odp: Listopadowe Tatry Zachodnie
« Odpowiedź #4 dnia: Grudzień 22, 2015, 13:58:27 »
Hehe, wartość takich wyjazdów, to przede wszystkim kwestie sentymentalne  ;)
Ale i tak muszę przyznać, że za każdym razem odkrywa się coś nowego...

Pięknie - troche logistyki i da się !
pozdrawiam
Cygnus