Ostatnie wiadomości

Strony: [1] 2 3 ... 10
1
buty wysokie / Odp: [Buty wysokie] Meindl
« Ostatnia wiadomość wysłana przez MaciekZ dnia Dzisiaj o 20:41:01 »
No to czekamy na jakiś teścik :)
2
Tatry i Pieniny / Odp: Dwa dni w Tatrach Wysokich
« Ostatnia wiadomość wysłana przez MaciekZ dnia Dzisiaj o 20:39:53 »
Mam taki dość kiepski optycznie aparat który kiedyś kupiłem ze względu na odporność na trudne warunki: Panasonic Lumix DMC-FT2 (https://www.optyczne.pl/2607-news-Panasonic_Lumix_DMC-FT2.html).
Teraz, także po przeczytaniu niektórych dyskusji na forum pewnie odpuściłbym nieco odporność aby zyskać na jakości zdjęć. Zwłaszcza że i tak udało mi się uszkodzić obudowę i to bez wyrafinowanych tortur.
3
Tatry i Pieniny / Odp: Dwa dni w Tatrach Wysokich
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Shwarc dnia Dzisiaj o 20:23:46 »
Ładnie, świetna pogoda. Pytanko, czym pstrykałeś?
4
buty wysokie / Odp: [Buty wysokie] Meindl
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Shwarc dnia Dzisiaj o 20:19:09 »
Mam od nich naklejoną właśnie tę podeszwę oraz  zregenerowany, naklejony nowy czub na Engadinach. Póki co wszystko działa doskonale i chyba nawet lepiej niż w oryginale, a w górach spędziły ze mną pewnie ze 3/4 miesiące łącznie.
5
buty wysokie / Odp: [Buty wysokie] Buty na zimowe Tatry
« Ostatnia wiadomość wysłana przez dave dnia Dzisiaj o 19:11:09 »
Ewentualnie te oddajesz, otrzymujesz kasę i zamawiasz sobie buty na rozmiar.
http://www.makaraobuv.sk/_index.htm
Na następny sezon ja u nich zamawiam buty :) W tym muszę rozwalić swoje obecne ;)

Wysłane z mojego ONEPLUS A3003 przy użyciu Tapatalka



Który model chcesz zanabyć?
6
Tatry i Pieniny / Odp: Dwa dni w Tatrach Wysokich
« Ostatnia wiadomość wysłana przez MaciekZ dnia Dzisiaj o 18:05:31 »
Ja zawsze zabieram ze sobą zwłaszcza za granicą kartę kredytową
He, he - moja to mogłaby mi najwyżej pozwolić otworzyć pokój w hotelu (jak na filmach) ;)
Relacja nie do końca pełna, paru zdjęć nie ma, kilka zdublowanych... Już poprosiłem Admina żeby wywalił a właściwa (ale merytorycznie to samo) już jest - tyle że na początku ma cyferkę :)
7
Tatry i Pieniny / Odp: Dwa dni w Tatrach Wysokich
« Ostatnia wiadomość wysłana przez dave dnia Dzisiaj o 17:39:19 »
Świetna relacja, zwłaszcza od strony językowej. Lubię taką dbałość o stylistykę. Wypad bardzo fartowny, mnóstwo pozytywnych zbiegów okoliczności - będzie potem co wspominać.  ;)
8
Tatry i Pieniny / Odp: Dwa dni w Tatrach Wysokich
« Ostatnia wiadomość wysłana przez misiak76 dnia Dzisiaj o 17:26:30 »
Ładny wypad :) Tylko pogratulować takiej wyprawy! No i zdrowy rozsądek wziął górę, a nie Polak potrafi ;)
Ja zawsze zabieram ze sobą zwłaszcza za granicą kartę kredytową, mało waży ale czasem potrafi uratować dupę ;D

Wysłane z mojego ONEPLUS A3003 przy użyciu Tapatalka

9
Tatry i Pieniny / 2 dni w Tatrach Wysokich
« Ostatnia wiadomość wysłana przez MaciekZ dnia Dzisiaj o 16:45:37 »
Korzystając z pięknej jesieni i wolnego poniedziałku postanowiłem wybrać się na 2 dni w Tatry. Chciałem przenocować w Chacie pod Rysami - byłem tam parę razy ale nigdy nie miałem okazji aby spędzić tam noc. Zaopatrzyłem się więc w niewielką kwotę w Euro i w niedzielę 1 października, niezbyt wczesną porą wyjechałem autobusem z Krakowa do Zakopanego.

Na miejscu przesiadka do busa, dwadzieścia minut oczekiwania aż pojazd się zapełni i w drogę. Przy okazji miałem możliwość zaobserwować jak wielkie pole do popisu ma tzw. Dobra Zmiana w dziedzinie uszczelniania systemu podatkowego. Płacenie za przejazd? Przy wysiadaniu (dziwne, jeśli porównać z bardziej zorganizowanymi przewoźnikami). A przede wszystkim aby otrzymać paragon/bilet z zainstalowanej w pojeździe - a jakże - kasy fiskalnej trzeba przy płaceniu u celu wyraźnie i głośno się upomnieć. W efekcie, przy ponurej minie milczącego kierowcy dostaje się kawałeczek zadrukowanego papieru. Oczywiście nie jest to precedens i kolejni wysiadający, jeśli się nie upomną żadnego paragonu /biletu nie dostają. Biorąc pod uwagę ilość pełnych busów w pogodny dzień i ilość takich dni przepływają tu rocznie poza fiskusem kwoty idące w miliony...

Kolejne spostrzeżenie - swego czasu TPN postanowił wyrugować hamburgery i inne fastfoody z obszaru swej jurysdykcji zastępując je sprzedażą produktów regionalnych. Owszem, oscypek z żurawiną zauważyłem ale z pewnym zdumieniem dojrzałem w jadłospisie punktu gastronomicznego na Palenicy tak tradycyjną góralską potrawę jak... pizza. Hmm...

Ale wreszcie mogłem się oderwać od "góralskiej rzeczywistości" i po odstaniu chwili w kolejce do kasy oraz uiszczeniu odpowiedniej kwoty wkroczyłem w Tatry. Dzięki temu że było już po 11-tej tłumy wędrujące w górę nieco się przerzedziły, a te schodzące na dół jeszcze nie były przesadnie liczne. Ciekawostką były w sumie trzy grupki schodzące w dół, każda składająca się z pary nowożeńców i ekipy fotograficznej. Jak widzę to już nie jest oryginalny pomysł na zdjęcia ślubne ale swego rodzaju standard.



Jakoś szybko minęła mi droga i około 13-tej osiągnąłem morenę Morskiego Oka. Dwie kanapeczki, herbata z termosu i mogłem ruszyć dalej.



Okrążanie jeziora przebiegało w spokojniejszej atmosferze - tu nie szło się już wśród ludzi a jedynie ich spotykało.



Już na progu Czarnego Stawu pojawiały się miejsca gdzie na skale był lód i pojawiali się turyści zsuwający się w takich miejscach nieco lękliwie. W górę szło sporo osób ale znacznie mniej niż w dół. Przy Czarnym Stawie znowu minąłem trochę "plażowiczów", a potem, nad wschodnim brzegiem usłyszałem jakiś dziwny warkot. Śmigłowca nie było widać, za to po chwili zorientowałem się że paru facetów wykonuje loty całkiem sporym, zdecydowanie nie amatorskim dronem. Na szczęście po chwili oni oraz ich maszyna pozostali w dole a ja zacząłem mozolnie piąć się w górę. Tempo miałem marne, tak jak i kondycję ale kontrolowałem co się dzieje na zegarku i cały czas uważałem że nie ma powodu do pośpiechu. W schronisku chciałem znaleźć się nie wcześniej niż koło osiemnastej.

Powyżej Buli było już coraz więcej śniegu (założyłem raki) i co jakiś czas spotykałem schodzące z góry osoby, które z racji sportowego obuwia miały poważne problemy. Poza tym ze względu na pokrywę śnieżną nie widać było znaków. Byłem tam ostatni raz przed 7 laty i nie do końca pamiętałem przebieg szlaku więc podążyłem za jednymi z wielu wydeptanych ciągów śladów i znikającą powyżej wśród skał dwójką. Okazało się to zmyłą, więc straciłem jakieś 20 minut bo teren stał się nieprzyjemny, z mini kaskadami lodu i trzeba było się wycofać żeby wrócić na właściwy szlak.





Wyżej ludzi było coraz mniej i około 18-tej, gdy osiągnąłem przełączkę w grani byłem już sam. Dolina Ciężka już leżała w cieniu i wyglądała bardzo ponuro, więc ruszyłem czym prędzej na słowacki wierzchołek Rysów, aby jeszcze złapać trochę słońca.





Czekał tam na mnie jakiś starszawy jegomość, bez większego plecaka za to uzbrojony w spory zestaw sprzętu fotograficznego. Gdy zrzuciłem plecak usłyszałem pytanie (zadane po słowacku) czy mógłbym z plecakiem zejść z powrotem na przełączkę między wierzchołkami i "pozować". Uprzejmie spełniłem tę prośbę co po chwili poskutkowało tym że zostałem poczęstowany z piersiówki smakowitą "palinką". Pogadaliśmy jeszcze trochę kalecząc oba słowiańskie języki, po czym doczekaliśmy się zachodu słońca. Zrobiło się zimno więc ja ubrałem się cieplej i ruszyłem do schroniska a "fotograf" został jeszcze na szczycie.





Po nieco ok. pół godzinie osiągnąłem schronisko. Nie było problemu z noclegiem, ale jednak spodziewałem się pustek a wyglądało na to że przynajmniej ok. 20 osób w Chacie nocuje. Wzmocniłem się bardzo smaczną kapustową polewką i przy piwie spędziłem jeszcze trochę czasu w jadalni, przy klimatycznych lampach
naftowych i przy nieco mniej klimatycznych czołówkach innych turystów. Lokalną atrakcją stał się przybyły z dołu, ok. 20 minut po mnie Japończyk. Gdy uporał się z zameldowaniem i zamówieniem jedzenia (nie umiem oddać pisemnie w jaki sposób wymówił nazwę zupy) został zagadnięty przez mieszaną grupkę słowacką i po chwili dziewczyny już przekonywały go po angielsku o urokach Słowacji. Dość wcześnie poszedłem do sypialni więc nie wiem jak daleko posunęły się w tej akcji propagandowo - patriotycznej. Wcześniej odwiedziłem legendarny wychodek ze szklaną ścianą (po zmroku tracący na atrakcyjności) i zapoznałem się z krążącym przy schronisku lisem, o którym informowała wszystkich dziewczyna z bufetu.



Rano znowu była piękna pogoda więc po konsumpcji śniadania w formie szwedzkiego - ups! słowackiego stołu zebrałem się w dalszą drogę. Najpierw w dół, po śniegu, potem po niesławnych stupaczkach i wreszcie już bez raków, obok Żabich Stawów.









Na kolejnych etapach zejścia znowu byłem zaskoczony sporym ruchem turystycznym (widać nie tylko ja wybrałem się w dzień powszedni), zwłaszcza o tak wczesnej porze. Nieco niżej minąłem jednego, a potem drugiego nosicza, po czym osiągnąłem dno Doliny Mięguszowieckiej.





Dalszy plan przewidywał podejście do Hińczowego Stawu, wejście dawnym szlakiem na Przełęcz pod Chłopkiem i powrót zielonym szlakiem nad Morskie Oko. Do tego wariantu przykroiłem też budżet, w związku z czym "przehulałem" w schronisku walutę obcą i wszystkiego miałem dwa Euro, co - jak się później okazało - było błędem...

Tempo znowu miałem takie sobie ale wydawało mi się że nie mam się gdzie śpieszyć. Spokojnie osiągnąłem Hińczowy Staw, po czym po drugim śniadaniu zacząłem piąć się w stronę masywu Mięguszowieckich Szczytów.



Po fragmencie trawiastym i "głaziastym" przyszła pora na kruchy, żwirowaty zachód wznoszący się ukośnie ku przełęczy. Nie było to zbyt przyjemne i w myślach gratulowałem sobie że moja trasa biegnie w górę a nie w dół. Pod przełęczą znowu pojawił się śnieg ale w niezbyt wielkich ilościach więc raków nie wyjmowałem.



Zadowolony stanąłem w samo południe na Przełęczy pod Chłopkiem. Po chwili moje zadowolenie jakby przygasło... Rzut oka na północną stronę pozwolił mi dostrzec w dole urokliwe Morskie Oko i... kompletnie zaśnieżoną, z nikłym śladem ścieżki Galeryjkę. Śnieg był zmrożony a jego powierzchnia układała się ukośnie, tak aby ułatwić potencjalne zsuwanie się w przepaść. No, ładnie! Liczyłem że po pogodnym weekendzie szlak jest przedeptany, zwłaszcza biorąc pod uwagę tabuny wędrujące na pobliskie Rysy. Jednak okazało się że tym fragmentem gór nikt nie był ostatnio zainteresowany.





W tej sytuacji podumałem chwilę, przymierzyłem się do spaceru na Czarny Mięguszowiecki, ale zrezygnowałem z niego - skały były przetykane śniegiem, wyglądało na to że ani nie pasuje w rakach ani bez. Zrobiło się trochę dziwnie - jeśli nie zejdę na stronę polską to muszę zejść na słowacką. A w kieszeni mam dwa Euro co może nie pozwolić na objechanie dookoła Tatr, zwłaszcza w sensownym czasie, aby wydostać się z Łysej Polany, a potem jeszcze jakoś dotrzeć do Krakowa. Wreszcie zdecydowałem nie chojraczyć i zacząłem zejście - a jakże - tym nieprzyjemnym usypiskiem którym pół godziny wcześniej podchodziłem.



Poszło szybciej i sprawniej niż się obawiałem więc morale ponownie wzrosło. Pozdrowiłem kierdel kozic i zacząłem szybkie zejście do Doliny Mięguszowieckiej. Przy Popradzkim Stawie się nie zatrzymywałem i kontynuowałem marsz ku elektriczce. Liczyłem jeszcze że jeśli akurat mi przyjedzie to mam szansę zdążyć w Smokowcu na autobus Stramy do Zakopanego (płatny w złotówkach!). Oczywiście zadziałało Prawo Murphy'ego i na przystanku kolejowym Popradskie Pleso okazało się że mam 45 minut oczekiwania.







W dodatku dowiedziałem się że bilety kupuje się na większych stacjach (to nie była większa stacja), u maszynisty są tylko dzienne po 4 Euro (miałem połowę tej kwoty) no i można kupić wysyłając stosownego SMS-a (nie miałem telefonu). Był jeszcze cień nadziei że - jak dawniej - są konduktorzy sprzedający bilety, bądź zastąpiono ich automatami w pociągach ale po przyjeździe vlaku okazało się że nic z tego.
W tej sytuacji nie miałem wyjścia i postanowiłem pojechać bez biletu. Z duszą na ramieniu dojechałem do Smokowca, "pokuty" nie zapłaciłem i zacząłem myśleć co dalej.
Na stacji spróbowałem sprzedać złotówki/kupić Euro, ale miałem całe 50 złotych, a potrzebowałem zostawić sobie jeszcze ok. 30,- na komunikację w PL. Niestety - pani oświadczyła że żadnych złotówek dzisiaj nie
kupiła i nie może mi wydać 30 złotych reszty. Ruszyłem więc na przystanek autobusowy ściskając w dłoni 2 Euro i zastanawiając się jak daleko za to dojadę. Liczyłem się nawet z tym że sporo trzeba będzie przejść z buta, po czym w Polsce znajdę się po odjeździe ostatnich busów i zaliczę jeszcze dłuuugi spacer po Podhalu, a potem niespokojny sen na ławce i poranny powrót autobusem wprost do pracy.

Okazało się że autobus mam za godzinę i dojeżdża on tylko do poczty w Jaworzynie więc na samą Łysą Polanę i tak nie dotrę. Rad nierad spróbowałem łapać stopa. Minęło mnie kilkanaście aut z polską rejestracją. Kierowcy usilnie omijali mnie wzrokiem i gdy zacząłem dochodzić co wniosku że kto jak kto ale rodacy to na pewno mnie nie podwiozą - zatrzymało się wypasione Audi.
"Dokąd?"
"Byle do Polski!"
"Jadę do Krakowa - może być?"
"!!!"
Nagle cały galimatias komunikacyjny ułożył  się w najprostszy możliwy sposób a ja, dzięki pomocy sympatycznego człowieka, który właśnie wracał ze Sławkowskiego Szczytu (PODZIĘKOWANIA!) dotarłem do Krakowa o nieprzyzwoicie wczesnej porze (ok. 18:30) i zakończyłem swą pogmatwaną trasę.

***

Garść informacji praktycznych:
- w Zakopanem busy do Morskiego Oka (na Palenicę Białczańską) odjeżdżają ze stanowiska 1, najbliższego ulicy; w pogodne weekendy dość często, poza sezonem można jednak trafić w kilkudziesięciominutową "dziurę", no i np. w piątek po południu można mieć problem z dojazdem w tamten rejon;
- cena za przejazd 10,- PLN, płatne przy wysiadaniu, nie ma mowy o zniżkach, paragon tylko na wyraźne życzenie, z wściekłym spojrzeniem w pakiecie;
- wstęp do TPN 5, - złotych dla normalnych;
- toalety przy Wodogrzmotach i chyba na Włosienicy (nie rozglądałem się za bardzo) oraz w schronisku przy Morskim Oku;
- nocleg w Chacie pod Rysami 16 Euro w tygodniu, w weekend 24 Euro; w weekend raczej konieczna rezerwacja, chociaż gleby udzielają; prądu brak (nie naładujecie swych ulubionych smartfonów); wody brak, klimatyczna toaleta typu sławojka - ok. 150 metrów od schroniska;
- przy schronisku grasuje lis, którego nie należy dokarmiać;
- dodatkowo płatne śniadanie w cenie 5 Euro - tzw. szwedzki stół, w odmianie słowackiej (m.in. mortadela czy szipkowy czaj; raczej nie ma się do czego przyczepić; wybór dość spory, przynajmniej jak na warunki schroniskowe);
- inne szczegóły (także po polsku) na stronie www: http://www.chatapodrysmi.com ; tamże szczegółowa procedura rezerwacyjna i kalendarz "zajętości" schroniska; po 1 listopada schronisko nieczynne, aczkolwiek na zamówienie grupowe można się dogadać z chatarem na otwarcie na parę dni, o ile warunki pozwolą;
- elektriczka płatna poprzez zakup biletu na większych stacjach, zakup SMS-em biletu dwugodzinnego za 2 Euro, zakup u maszynisty biletu dziennego (4 Euro) za odliczoną kwotę;
- możliwość wymiany walut w sklepie na stacji w Starym Smokowcu (są też inne miejsca ale nie sprawdzałem);

Gdyby ktoś chciał jeszcze o coś zapytać - jestem do dyspozycji.

***

Na wyjazd zabrałem Salewy Vultur GTX. Na początku, z Palenicy do Moka wędrowałem w sandałach, które potem trafiły do plecaka żeby pełnić w schronisku rolę pantofli. Buty sprawowały się OK. Sztywność bardzo mi odpowiada - ani nie kapciowate, ani nie przesadnie sztywne. Dobra przyczepność, poza zalodzoną skałą, no ale na to nie ma mocnych. Było zbyt ciepło żeby ocenić izolacyjność (wieczorem minimalnie poniżej zera) i zbyt mało śniegu żeby ocenić nieprzemakalność (ani zimowych zasp, ani wiosennej breji). Nieco niepokojąca może być stosowana teraz chętnie przez producentów obniżona cholewka z tyłu. Brakuje mi takiego otoku jak w Salewach Vultur Vertical GTX, lub dawniej w Blackbirdach, Condorach czy starych Ravenach. Jak widać nie tylko w kwestii znaczka firmowego Salewa jest wierna zasadzie: "Lepsze/nowsze jest wrogiem dobrego" :/
W trakcie drugiego dnia pojawiły się drobne otarcia z przodu, na przełamaniu stopy w łydkę ale podejrzewam że tu muszę dopracować sposób wiązania i dobór skarpet. Poza tym na stopach żadnych otarć czy odcisków, także po blisko godzinnym, szybkim marszu asfaltem.
10
Beskidy Wschodnie / Odp: Piesze spontany wodnikowe.
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Wodnik dnia Dzisiaj o 16:24:10 »
Panasonic GM1 z rewelacyjnym (moim zdaniem) kitem 12-32mm.
Fakt, brakuje czasem większego zooma i lepszego makro. Mimo wszystko, jestem z niego bardzo zadowolony i w końcu na rowerze jest wygoda i nie dynda mi żadna krowa koło jajec ;)
Strony: [1] 2 3 ... 10