Autor Wątek: Islandia - przemierzyć krainę ognia i lodu w 3 tygodnie  (Przeczytany 578 razy)

0 użytkowników i 2 Gości przegląda ten wątek.

Offline grendel

Wyprawa ta co prawda miała miejsce kilka lat temu ale... ponieważ zbliżają się wakacje a wraz z nimi najcieplejszy okres na wyspie oraz loty w tamtym kierunku można czasem wyrwać w całkiem niezłej cenie, postanowiłem podzielić się własnymi doświadczeniami. Może ktoś znajdzie tu coś interesującego dla siebie. 

Odkrywanie uroków Islandii miało stanowić odskocznię od wyjazdów w popularne miejsca turystyczne, przyciągające rzesze ludzi oraz ukojenie od fali upałów, które od jakiegoś czasu męczyły całą Europę. Dotrzeć na wyspę można na dwa sposoby: promem z Wlk. Brytanii czy Danii (z małą przerwą na Wyspach Owczych lub bez przerwy).



Prom to opcja dla: 1. osób z grubszych portfelem lub 2. osób udających się własnym samochodem lub 3. osób, którym nie zależy na czasie (rejs trwa 3 dni). Wybór takiej formy transportu jest o tyle ciekawy, że podczas postoju na Wyspach Owczych można sobie zakątki tego niewielkiego skrawka lądu na Morzu Północnym objechać rowerem czy samochodem. Druga z możliwości dotarcia na Islandię, tańsza, to samolot. Połączenia bezpośrednie na lotnisko międzynarodowe w Keflaviku wykonuje m.in. przewoźnik Wow Air (który "łyknął" Iceland Express) z Berlina oraz Warszawy oraz Wizzair z kilku miast w Polsce. My lecieliśmy z Berlina liniami Air Berlin (dziś przewoźnik w stanie upadłości).

Nasza wyprawa jeszcze przed jej rozpoczęciem dostarczyła nam niezłej dawki emocji. Z powodu erupcji wulkanu Bárðarbunga znajdującego się na lodowcu Vatnajökull odwołano nasz wylot z Berlina i pierwszą noc spędziliśmy w hotelu na drugim końcu stolicy Niemiec.



Dopiero następnego dnia pomknęliśmy do celu (i to z prawie 8-godzinnym oczekiwaniem na przesiadkę w Düsseldorfie). Europejski kontynent opuszczaliśmy ubrani w T-shirty. Wszak był sierpień, okres wakacyjny, gorąco i duszno (dobrze, że poprzedniej nocy w berlińskim hotelu mieliśmy klimatyzację). Zanim jednak po wylądowaniu dokołowaliśmy do terminala przylotów na lotnisku w Keflaviku, już mieliśmy na sobie polary i softshelle wyciągnięte z bagaży podręcznych. Nie trzeba nas było zbytnio namawiać - nisko nad ziemią bure chmury, ziemia mokra a krople deszczu na szybach w oknach samolotu padały... poziomo 😱. Taka aura miała nam towarzyszyć przez ponad ⅓ naszego trzytygodniowego pobytu.

Należy podkreślić, że planowany pobyt nie miał być pobytem budżetowym (dla osób nie znających tego pojęcia - nie miał być wykonany przy możliwie najmniejszych środkach finansowych). Wynikało to z naszego założenia i chęci zapoznania się z obszarem całej Islandii. By założenie mogło zostać wprowadzone w życie zaplanowaliśmy dłuższy, 3-tygodniowy okres pobytu, mając świadomość zwiększonych kosztów utrzymania i zarazem godząc się na ich poniesienie. Istniała również konieczność wynajmu samochodów terenowych z napędem na cztery koła, bez których poruszanie się po interiorze (środku wyspy, w którym nie istnieją drogi w rozumieniu europejskim) jest dla zwykłego pojazdu osobowego często niemożliwe a czasami wręcz zabronione przepisami. Zatem zgodnie z przyjętą strategią, obok wcześniejszej rezerwacji biletów lotniczych dokonaliśmy również w wypożyczalni samochodów rezerwacji dwóch aut z napędem na cztery koła. W pierwszym okresie pobytu, w związku z planem zwiedzania mniej wymagającego terenu zdecydowaliśmy się na Subaru Forester combi.



Miał posłużyć do objechania fiordów zachodnich. Na kolejne dwa tygodnie do poruszania się w interiorze wybraliśmy terenową Hondę CRV.





Uczulam na konieczność dokładnych oględzin samochodu przy jego odbiorze i wpisania do umowy wszelkich uszkodzeń jak braki/odpryski lakieru czy pęknięcia na szybach. Jeżeli tego nie zrobimy to firma wypożyczająca pojazd może obciążyć naszą kartę kredytową tytułem kosztów naprawy za stwierdzone przy zdawaniu samochodu uszkodzenia. A zdarzają się one niezwykle często, czemu sprzyjają szutrowe nawierzchnie większości dróg. Bardziej szczegółowo sprawdzane są podczas zdawania samochody nowszych roczników, więc "nie od czapy" jest może zdecydować się na wybór starszego modelu. My tak zrobiliśmy.



Zatem, mimo późnej pory (albo wczesnej  ;D, ponieważ minęła 2:00 w nocy) skrzętnie spisujemy każdą zauważoną usterkę, po czym pakujemy nasze klamoty do środka i ruszamy na pobliski parking w celu przyspieszonego kursu prowadzenia samochodu z automatyczną skrzynią biegów. Następnie tankowanie baku do pełna w automatycznej stacji paliw i w drogę. Tej pierwszej nocy daleko nie ujechaliśmy. Nie żeby coś się stało, po prostu była noc a w konsekwencji odwołania naszego pierwotnie zarezerwowanego lotu dotarcie na wyspę zajęło nam cały dzień i byliśmy już solidnie zmęczeni. Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów zatrzymaliśmy się gdzieś na poboczu przed Reykjavikiem, by po raz pierwszy spędzić nocleg w samochodzie  ;).





Spało się całkiem komfortowo. Po przebudzeniu zahaczamy o stolicę kraju, gdzie najpierw w banku wymieniamy walutę, by dysponować na wszelki wypadek gotówką.





a następnie robimy zakupy w jednym z tańszych islandzkich sklepów o nazwie "Bonus".



Ta ostatnia, prosta zazwyczaj czynność zajęła nam sporo czasu. Sęk w tym, że informacje na produktach napisane są jedynie w lokalnym języku, rzadko można się natknąć na dodatkowy opis po angielsku. Islandzki do najłatwiejszych języków niestety nie należy, stąd przy wybieraniu produktów kierowaliśmy się ich wyglądem i… obrazami na opakowaniach. Przy okazji zakupów warto wspomnieć o ciekawym i nader przyjemnym zwyczaju. Otóż zarówno w większych sklepach spożywczych, na stacjach paliw jak i w barach czy zajazdach zawsze wystawiona jest darmowa, gorąca kawa, którą można się poczęstować. Nawet bez konieczności robienia zakupów. Często jest też mleko i cukier.



Po zakupach kierujemy się na półwysep Snæfellsnes. Jedziemy drogą nr 1 w kierunku Akranes, która w swoim przebiegu przechodzi pod Oceanem Atlantyckim podwodnym tunelem Hvalfjarðargöng o długości 5770 m.



Kilkaset metrów za wyjazdem z tunelu znajduje się punkt poboru opłat. Przejazd tunelem skrócił nam trasę z Reykjaviku do Akranes o około 50 km i kosztował 300 islandzkich koron (opłata za samochód osobowy).



Akranes to niewielkie, typowo rybackie miasto zamieszkiwane przez ok. 7 tys. osób. W tym miejscu po raz pierwszy widzimy atlantycką plażę w szaro-czarnym kolorze. To tutejszy standard ukształtowany przez wszechobecny pył wulkaniczny.



Pogoda oczywiście nie rozpieszcza. Jest końcówka sierpnia, lato a mamy na sobie grubą bieliznę, ciepłą odzież i… narciarskie kurtki zimowe.



Mimo temperatury oscylującej w granicach 10˚C odczucie zimna jest zwielokrotnione z uwagi na przelotne ale częste i regularne opady deszczu oraz nieustający silny wiatr.



Opuściliśmy miasteczko i tę noc spędziliśmy już w sporej odległości od niego w napotkanej gdzieś na trasie, stojącej na uboczu, samotnej, drewnianej chatce nad brzegiem jeziora, która szczęśliwie dla nas nie była zamknięta. Wyposażenie to krzesło, zlew oraz blat, który wykorzystaliśmy do przygotowywania posiłków a później jako suszarkę do przemoczonych elementów odzieży. W osobnym pomieszczeniu prawdopodobnie znajdowała się łazienka - niestety zamknięta na klucz. Najważniejsze jednak, że chatka zapewniła nam tej kolejnej nocy dach nad głową i osłoniła przed wiatrem i padającym cały wieczór i noc deszczem.





Następnego dnia jedziemy na zachodni kraniec półwyspu. Po drodze napotykamy kanion Rauðfeldsgjá. Z miejscem tym wiąże się pewna miejscowa, tragiczna legenda opisana na tabliczce informacyjnej:

 
Cytuj (zaznaczone)
  „Bárdur Snæfellsás określany jako pół człowiek, pół troll w końcówce IX wieku zamieszkiwał wraz ze swymi ponętnymi i urodziwymi córkami niedaleko Laugabrekka w Hellnarze. W tym czasie jego brat Porkell mieszkał w Arnarstapi wraz z dwoma synami - Rauðfeldarem i Sölvim. Pewnego dnia kuzynostwo bawiło się nad brzegiem oceanu. W pewnej chwili Rauðfeldar wepchnął Helgę - najstarszą córkę Bárdura na przepływającą właśnie górę lodową. Miała na niej cała i zdrowa dopłynąć aż do Grenlandii. Bárdur jednak wściekł się na ten postępek i postanowił zabić obu niesfornych bratanków. Rauðfeldara zepchnął do kanionu, który od tego czasu zwany jest imieniem tragicznie zmarłego, a drugiego z braci - Sölviego, zepchnął z klifu. Klif w późniejszym czasie został nazwany “klifem Sölvahamar” ku pamięci Sölviego. Po dokonaniu tych czynów Bárdur miał udać się w kierunku lodowców i nigdy więcej nie był już widziany.”





Krótki spacer we wnętrzu kanionu. Po bokach otaczają nas wysokie klify, ścieżka biegnie w dużej części strumieniem i wraz z przebytą odległością systematycznie się zwęża. Bombardują nas krople wody ściekającej z ostrych krawędzi klifów, a od skalnych ścian po bokach przebija silny ziąb. Gdy ścieżka staje się już całkiem wąska, to jednocześnie ponad naszymi głowami niebo zamyka się w maleńki, niesymetryczny okrąg. Osoby chorujące na klaustrofobię czułyby się tutaj co najmniej nieswojo. Miejsce piękne ale z pewnością nie przytulne.





Dalej droga prowadzi wzdłuż wybrzeża atlantyckiego. Teren na odcinku między miejscowościami Stapi i Hellnar jest częścią rezerwatu przyrody z malowniczymi klifami.





Połykamy kolejne kilometry. W tej części wyspy nawierzchnia dróg jest najczęściej szutrowa chociaż czytelnych oznaczeń nie brakuje. Wokół raczej płasko, żadnych drzew, natężenie ruchu jak w Polsce w latach siedemdziesiątych, co oznacza jeden mijany samochód na kilkanaście minut lub żaden nawet przez godzinę. Dla Europejczyka wygląda to trochę groteskowo, ale można poczuć się bardzo kameralnie  :D.







Docieramy do miasta Búðardalur, gdzie spędzamy kolejny nocleg tym razem na kampingu. Jest pomieszczenie kuchenne z ciepłą wodą a po drugiej stronie spłukiwana toaleta.



Znajdujemy alejkę wzdłuż żywopłotu, który osłabia siłę wiatru i częściowo od niego osłania a następnie rozbijamy namiot. Tutaj w kwestii namiotu jedna uwaga. Namiot na tej wyprawie był jak najbardziej budżetowy. Prosty, jednopowłokowy wyrób z marketu, lekki i samonośny - typu igloo. Kupiony za bodaj 60 zł w Carrefour. Ponieważ jest jednopowłokowy a wiedzieliśmy, że na Islandii lubi popadać, to na wszelki wypadek zabezpieczyliśmy się dodatkowo zwykłą plandeką budowlaną, którą kupiliśmy w Castoramie za kolejne 30 zł.  W ten sposób zapewniliśmy sobie pancerną ochronę przed deszczem ale też osłonę od nieodpuszczającego, przeszywającego wiatru.



Można przyjąć, że znajdujące się w przebiegu drogi nr 60 Búðardalur to wrota do fiordów zachodnich. Krajobraz z wolna przechodzi w teren górzysty, jest też więcej roślinności.









Na Islandii jest takie powiedzenie: "jeśli nie odpowiada Ci aktualna pogoda - zaczekaj 5 minut". I tak rzeczywiście jest. Zaledwie w ciągu kwadransa można doświadczyć trzech pór roku. Przekonaliśmy się o tym już w drodze na najbardziej wysunięty cypel fiordów zachodnich.









Droga nr 60 czyli Vestjarðavegur jest bardzo malownicza. Trudno oprzeć się pięknym widokom, jak na przykład kokieteryjnie wijąca się po zalewie grobla, czy strome urwiska wzdłuż wybrzeża. Nie dziwią więc częste przystanki na zrobienie kilku ujęć filmowych, czy pstryknięcie paru fotek.







Po dotarciu do doliny Skápadalur natrafiamy na Garðar BA 64. To najstarszy na Islandii statek wykonany ze stali. Zbudowany w stoczni norweskiej w roku 1912 i eksploatowany przez Norwegię jako statek wielorybniczy. Następnie sprzedany Wyspom Owczym a w latach czterdziestych ostatecznie odsprzedany Islandii. W grudniu 1981 roku wycofany z eksploatacji nie został zatopiony w morzu, jak zwyczajowo robiło się w tamtych czasach, lecz wyciągnięty na brzeg stanowi do dzisiejszego dnia swoisty pomnik historii wielorybnictwa.





Kierujemy się do Látrabjarg. To najdalej na zachód wysunięty punkt Islandii, a tym samym całej Europy. Na odcinku 14 km ciągną się tam niezwykle strome klify, osiągające w najwyższym punkcie 444 m n.p.m.





Ich pionowe ściany stanowią największe w Europie miejsca lęgowe ptactwa różnych gatunków. Ptaki można podglądać podchodząc do samej krawędzi urwiska, chociaż stanowi to pewne niebezpieczeństwo z uwagi na ciągłą erozję podłoża i związane z tym zjawiskiem częste osuwiska. Dodatkowym zagrożeniem jest też wiatr, który nagłym, silnym podmuchem może strącić podglądacza w otchłań, o czym alarmują tabliczki ostrzegawcze.



Niestety przybyliśmy nieco za późno. Znakomita większość populacji ptaków odleciała już na południe. Pozostały nieliczne osobniki, które podglądaliśmy na leżąco z krawędzi urwiska. W pionowych ścianach wypatrywaliśmy usilnie maskonurów, po islandzku zwanych lundi. Te czarujące ptaki o kolorowych dziobach to kiepscy lotnicy ale doskonali nurkowie. Stanowią symbol Islandii i jednocześnie uważane są za wyjątkowy przysmak. Udało nam się zaobserwować jedynie jednego przedstawiciela tego gatunku.



Látrabjarg wbrew naszym planom dotyczących Fiordów Zachodnich, był ostatnim z założonych miejsc, które udało nam się w tamtym regionie zobaczyć. Wszystko za sprawą kilku nieprzyjemnych zbiegów okoliczności. Pierwszym było przebicie opony, drugim fakt, że śruby od koła były za długie na felgę od zapasowego koła i luzowały się co kilka kilometrów, co wymuszało bardzo wolną jazdę i ich częste dokręcanie.



Na końcu zaś konieczność przejechania w żółwim tempie dystansu 60 km do miasta Patreksfjörður, gdzie mieścił się najbliższy warsztat wulkanizacyjny i oczekiwanie na naprawę opony.



Dodając do tego spóźniony o jeden dzień przylot z powodu odwołania lotu, pozostały czas wynajmu pierwszego z samochodów pozwalał nam już tylko na powrót do siedziby firmy, by zdążyć go w terminie oddać. Zatem ruszamy z powrotem do Keflavika, by wymienić pojazdy. Jadąc górską drogą od wybrzeża Barðaströnd zatrzymujemy się jeszcze tylko na szczycie wrzosowisk przy Kleifabúi – kopcu w kształcie człowieka wzniesionego w 1947 r. przez robotników drogowych jako żart dla osób korzystających z tego odległego zakątka Islandii.



Krótko przed upływem ustalonego czasu docieramy do biura firmy, gdzie wymieniamy samochody.



Tak kończy się pierwsza część naszego pobytu na Islandii ale to, co najlepsze dopiero przed nami.



- may the Force be with us -


Offline grendel

Odp: Islandia - przemierzyć krainę ognia i lodu w 3 tygodnie
« Odpowiedź #1 dnia: Maj 12, 2018, 19:41:21 »
Wymiana samochodów, przepakowywanie klamotów, tankowanie paliwa i przejazd zabiera nam tyle czasu, że do następnego zaplanowanego miejsca docieramy już po północy. Jesteśmy na drodze nr 425 w południowej części półwyspu Reykjanes. Noc spędzamy na zupełnie pustym parkingu w pobliżu popularnej atrakcji w tym rejonie – mostu międzykontynentalnego.



Pokryty lawą półwysep Reykjanes leży na styku krawędzi płyt tektonicznych. W tym miejscu napierają na siebie płyty północnoamerykańska i euroazjatycka. Most o długości 15 m zwany po islandzku Miðlína (można też natknąć się na angielską nazwę Leif the Lucky's Bridge - Most Leifa Szczęściarza) przebiega w poprzek linii styku obu płyt, "łącząc" ich krawędzie. Płyty tektoniczne nieustannie dryfują, co powoduje, że każdego roku oddalają się od siebie o 2 cm.





Pośrodku mostu wisi tabliczka, na której z jednej strony jest napisane "Witamy w Ameryce", a po przeciwnej "Witamy w Europie". Tak, to możliwe. Tutaj możesz przebywać jednocześnie na obu tych kontynentach  ;D.



Otoczenie znacznie odbiega od tego, które zaobserwowaliśmy podczas pobytu we Fiordach Zachodnich. Sprawiające wrażenie zapomnianych, niezwykle surowe, niemal jałowe przestrzenie pokryte szarym popiołem wulkanicznym i udekorowane nieregularnie rozrzuconymi ostrymi i chropowatymi głazami wulkanicznymi o przedziwnych kształtach. Do tego dobiegający zewsząd głośny syk buchających kłębów gorącej pary pochodzącej od gotującej się pod powierzchnią ziemi wody. Para ta zapewnia Islandczykom energię elektryczną i ciepło – nie tylko w domach.



Także w punktach rekreacji, jak np. Blue Lagoon. To geotermalne spa czyli gorące źródła z usługami zabiegów pielęgnacyjnych. Wejście jest płatne a opłata wcale nie należy do symbolicznych. Za najtańszy bilet trzeba zapłacić 40 EUR. To prawie 170 zł.





Otrzymujemy w zamian możliwość pospacerowania sobie po wnętrzu obiektu oraz prawo kąpieli w gorących basenach. Baseny zasila źródło geotermalne pochodzące z głębokości 2 km. Woda o temperaturze 37-40 ˚C zawiera krzemionkę, glony i minerały, których mieszanka powoduje jej zabarwienie na kolor turkusowy. Stąd się wzięła nazwa „Błękitna Laguna”.





Przemieszczamy się w rejon Seltún. To rezerwat przyrody leżący w granicach obszaru geotermalnego Krýsuvík. Okolica z wolna nabiera różnorodnych barw, pojawiają się pierwsze stożki wulkaniczne.





Teren zaczyna przypominać powierzchnię Marsa. Wokół otwory wentylacyjne, zastygłe bąble i fumarole. Drażniący nozdrza zapach zgniłych jaj to siarkowodór, jeden z głównych składników silnie trujących, gorących gazów, wydobywających się z wnętrza ziemi.





Dobrze utrzymane, drewniane chodniki wiją się wśród niezliczonej ilości tych tworów natury, dając nam możliwość podejrzenia ich z najbliższej odległości. W wyniku parowania te gorące punkty powodują na ziemi i okolicznych wzgórzach powstawanie osadu w kolorach białym, czerwonym, pomarańczowym i zielonym, tworząc olśniewający efekt kalejdoskopowy.







Jadąc z Seltún w kierunku wschodnim mijamy takich bulgoczących i syczących otworów wiele. Niektóre znajdują się w bezpośrednim sąsiedztwie ludzkich domów czy jezdni.





Nieustannie towarzyszy nam charakterystyczny zapach zgniłych jaj siarkowodoru. Do tego zapachu trzeba przywyknąć, to nieodłączny towarzysz źródeł termalnych a na campingach, w punktach informacji turystycznej, ogólnodostępnych toaletach lub nawet w mieszkaniach ciepła woda właśnie stamtąd pochodzi. Docieramy do doliny Reykjadalur, co w języku islandzkim oznacza Dolinę Parową. Nazwa wydaje się oczywista - pełno tu parujących gorących źródeł i wrzących basenów błotnych.







Naszym zamiarem jest zażyć kąpieli w górskim strumieniu. Ten, kto chodzi po górach doskonale wie, jaką temperaturę ma woda z górskiego źródła. Ale nie, nie będziemy morsować  ::). Strumień jest zasilany wodą z obszaru geotermalnego. Nie w całym swoim przebiegu woda jest dobrze wymieszana (bywają miejsca, w których można doznać poparzeń) ale są też takie o temperaturze w okolicach 40˚C - idealnej do błogiego wyłożenia się. Żeby móc skorzystać z tej przyjemności trzeba najpierw przejść nieco ponad 3 kilometry górską ścieżką. Nie jest ona jakaś wymagająca, utrapieniem są tylko wszędobylskie, upierdliwie atakujące i wciskające się wszędzie meszki.



Po nieco ponad dwóch godzinach docieramy do celu. Trochę czasu zajęło nam jeszcze znalezienie właściwego względem temperatury wody i nieco ustronnego, względem innych osób miejsca, ponieważ... zapomnieliśmy zabrać ze sobą stroje kąpielowe. Tak więc nasze pierwsze moczenie w islandzkich gorących źródłach odbyło się bez nich! Błogo... powietrze ma jakieś 15˚ C a tu... miód malina  :D.



Kolejny punkt naszej wyprawy stanowi najdłuższy w Islandii tunel lawowy Raufarhólshellir o długości całkowitej 1350 m, wysokości 10 m i szerokości 10-30 m. To znakomita okazja do przejścia drogi, którą 5200 lat temu torowała sobie lawa, wylewając się z czeluści ziemi na jej powierzchnię podczas erupcji wulkanu Leitahraun. Tunel to nie tylko coś w rodzaju jaskini, tutaj można się przyjrzeć jak potężny i destrukcyjny wpływ wywiera płynna magma na wszystko co stanowi dla niej przeszkodę w drodze ku górze.









Kierujemy się dalej na wschód. Napotykamy pierwszy islandzki, malusi (w porównaniu do jeszcze nas czekających) wodospad Vatnsleysufoss, zwany także Faxi. To szeroki wodospad o niewysokim spadku na rzece Tungufljót. Pomimo stosunkowo niewielkiej wysokości, ilość spadającej wody (określanej na 38 tys. litrów/s) wytwarza przyjemny, jednostajny i donośmy szum. Nazwa nawiązuje do końskiej grzywy (faxi - jedno z tłumaczeń z islandzkiego oznacza grzywę), co wydawałoby się zrozumiałe, gdyż konie to jedna z ikon Islandii.



Dojeżdżamy do granic tzw. Golden Circle (Złotego Kręgu), chyba najbardziej popularnego szlaku turystycznego. Takie musisz-zobaczyć-będąc-na-Islandii, czemu sprzyja niewielka odległość od stolicy kraju i stosunkowo łatwy dojazd. Pierwszy punkt na mapie Golden Circle to w naszym przypadku region geotermalny Geysir, który rozpościera się na obszarze 3 km kwadratowych. Jego początki datowane są na tysiąc lat wstecz. Wówczas to aktywność sejsmiczna ziemi spowodowała powstanie więcej niż kilkunastu otworów wystrzeliwujących gorącą wodę, w tym Geysira. Od jego imienia nazwano ten obszar. Geysir strzelający niegdyś strumieniem do wysokości nawet 170 m zapożycza swoje imię wszystkim gejzerom świata. Obecnie jest mniej aktywny, rolę największej atrakcji przejął od niego Strokkur, który tryska gorącymi słupami wody na wysokość 20-35 m z częstotliwością co 4-10 minut.









W odległości zaledwie 6 km od Geysira, na rzece Hvítá znajduje się trzeci bodajże co do wielkości wodospad Gullfoss (z islandzkiego: Złoty Wodospad). To symbol tego niewielkiego kraju, oferujący spektakularny widok potęgi i piękna natury. Każdej sekundy, dwoma progami: 11-metrowym i 21-metrowym do kanionu spada niemal 119 tysięcy litrów wody.





Pomysł zbudowania w tym miejscu elektrowni wodnej spalił na panewce, obszar został objęty ochroną i jest dostępny dla wszystkich za darmo - podobnie zresztą jak wszystkie inne miejsca na Islandii, które wykreowała natura.







Przemieszczając się na południe, jakieś 12 km od wodospadu Gullfoss dojeżdżamy do Brúarhlöð - wąskiego i płytkiego wąwozu rzeki Hvítá. Nad wąwozem przebiega most. To droga nr 30. Widać tutaj doskonale erozyjny wpływ wody na budulec wąwozu - brekcję, przez co w przebiegu rzeki utworzone zostały niezwykle interesujące formy skalne. Miejsce to leży w granicach Golden Circle, lecz z łatwością może zostać przeoczone a często jest świadomie pomijane w ramach zorganizowanych wycieczek. Nie napotkamy tutaj tłumów, ale punkt ten zasługuje z pewnością na krótkie odwiedziny.





Z drogi nr 30 skręcamy na wschód w główną i najdłuższą drogę Islandii - drogę nr 1. Posiada chyba w całym swoim przebiegu asfaltową nawierzchnię (co na Islandii wcale nie jest takie oczywiste) i biegnie w przeważającej części wzdłuż wybrzeża oplatając całą wyspę. Niektóre odcinki bywają często niedostępne i są zamknięte dla ruchu. Jakie, kiedy i na jak długi okres - to zależy od minionego okresu zimowego oraz aktualnie panujących warunków pogodowych. Natrafiamy na ciekawą budowlę. Nie rozumiemy, co napisano na tabliczkach ale wygląda to na rodzaj zagród wykorzystywanych podczas spędów owiec czy baranów.





Początkowo zamierzaliśmy przeprawić się promem na wyspę Haimaey. Mieści się tam drugie największe skupisko ptaków na Islandii (w tym maskonurów, o których była mowa w poprzednim wpisie). Liczymy na możliwość zaobserwowania jakiejś większej kolonii tych fascynujących stworzeń niż miało to miejsce w Fiordach Zachodnich.



Na morzu jednak panuje silny sztorm i wszystkie rejsy są zawieszone do odwołania, co wymusiło zmianę planów. Wobec takich okoliczności uderzyliśmy więc do znajdującego się stosunkowo niedaleko przystani promowej, wysokiego na 61 m wodospadu Seljalandsfoss. Spacer ścieżką poprowadzoną wzdłuż skały umożliwia znalezienie się tuż za spadającą kaskadą wody.





Tego dnia dalej już nie jedziemy. Zatrzymujemy się na campingu Hamragarðar, który znajduje się kilkaset metrów od wodospadu. Wyposażenie to spora kuchnia, spłukiwane toalety, umywalki i prysznice z ciepłą wodą ale też pralki na monety. Zatem robimy pranie, przygotowujemy i spożywamy posiłek, po czym udajemy się na spoczynek.

Nazajutrz kolejny z wielkich wodospadów Islandii, Skógafoss. Dzięki swoim 69 metrom dzierży pierwsze miejsce pod względem wysokości. Jest też zdecydowanie szerszy od poprzedniego. Woda spada z progu o szerokości 30 m.



Tutaj również jest ścieżka, tylko poprowadzona w górę. Po jej przejściu można z bliska przypatrzeć się rzece Skóga zasilającej wodospad, masom wody leniwie zrzucanym w przepaść oraz rozkoszować panoramą okolicy.



Teraz po raz pierwszy zapoznamy się z tym, na na co przede wszystkim byliśmy nastawieni i co stanowi esencję pobytu na Islandii. Wjeżdżamy w interior, czyli wnętrze wyspy. Już na wstępie tablice przestrzegają, że podczas przejazdu czekają nas brody i teren dostępny jest wyłącznie dla samochodów terenowych z napędem na cztery koła.



Dalsze wskazówki apelują do naszego rozsądku (stwierdzenie, że nie każdą przeprawę należy za wszelką cenę pokonywać, gdyż pojazd raczej nie jest wyposażony w wodoodporny silnik) a wzmianka o konieczności zaopatrzenia się w ciepłą odzież w jaskrawych barwach stanowi dodatkową przestrogę przed panującymi tu zmiennymi, niezwykle trudnymi i wymagającymi warunkami.



Jedziemy do naszego pierwszego lodowca. To Sólheimajökull. Prowadzi do niego droga nr 221. Sólheimajökull stanowi wysunięty jęzor większego brata - lodowca Mýrdalsjökull. Naszym terenowym autem dojeżdżamy do dolnego parkingu (górny jest przy kawiarni) i udajemy się wytyczoną ścieżką w kierunku czoła lodowca. Tutaj też spotykamy tabliczki, by nie zbaczać ze ścieżki i nie wchodzić na lodowiec.







Każdy lodowiec jest niestabilny, przemieszcza się a od czoła ulega tzw. cieleniu, czyli odrywaniu od głównej struktury mniejszych lub większych fragmentów tworzących potem dryfujące bryły czy ogromne góry lodowe. Ten lodowiec topnieje dość szybko, w ciągu zaledwie dziesięciu lat "skurczył" się o ponad kilometr.





Spacer przy lodowcu strasznie nas wyziębił, zimno od niego bijące potęgowała zacinająca mżawka i silny wiatr. Przemokliśmy niemal do suchej nitki. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się zatem na dłużej w kawiarni, by nieco przeschnąć, rozgrzać się aromatyczną kawą i rozkoszować domowym ciastem właścicielki.



Wracamy do drogi nr 1. To urok Islandii, na której infrastruktura drogowa nie jest zbyt bogata. Kierujemy się na południowy wschód. Tam w morze wychodzi skalisty półwysep Dyrhólaey. Aby do niego dotrzeć należy zjechać na drogę nr 218.



Do roku 1918 półwysep stanowił najdalej na południe wysunięty punkt Islandii. Mnóstwo tam wyłaniających się z wody formacji skalnych i stromych klifów pochodzenia wulkanicznego. Istnieją przypuszczenia, że w przeszłości półwysep stanowił osobną wyspę, która została połączona z resztą lądu w wyniku podwodnej erupcji wulkanicznej. Droga doprowadzi nas do dolnej części półwyspu (Lágey), na którym mieści się parking. Stąd możemy ruszyć trzema ścieżkami, z których jedna prowadzi na plażę, a druga na górną część półwyspu (Háey).







Trzecią ścieżką dojdziemy natomiast do najbardziej spektakularnego punktu, którym jest wysunięta w morze skała z charakterystycznym łukiem u dołu. To właśnie od tego miejsca bierze swoją nazwę półwysep (z islandzkiego: dyr - drzwi, hola - dziura, ey - wyspa). Ogrom tego obiektu można sobie wyobrazić, patrząc na osobę stojącą przy kopczyku na końcu skały, która udała się tam pomimo silnego i porywistego wiatru przy którym czasami trudno było utrzymać równowagę. Ja pozwolenia na spacer do tamtego miejsca nie otrzymałem...



W górnej części półwyspu znajduje się wybudowana w 1927 r. trzypiętrowa latarnia morska. Półwysep to kolejne, doskonałe miejsce do obserwacji ptaków morskich ale z tego powodu w okresie od 1 maja do 25 czerwca jest całkowicie zamknięty dla ruchu turystycznego z uwagi na okres lęgowy.



Z wybrzeża ponownie wjeżdżamy do interioru, by trafić do ukrytego klejnotu południowej Islandii, kanionu Þakgil.





Na końcu drogi znajduje się camping, można rozbić się na polu namiotowym (2 000 ISK/os/noc = 70 zł, w cenie 1 prysznic dziennie) lub wpakować do chatki za 25 000 ISK/noc (ok. 860 zł). Otoczenie doprawdy bajeczne!



Þakgil oznacza w języku islandzkim "Kanion Dachowy". I być może wywodzi się od tego, że pogoda jest tutaj bardzo przyjemna, a wznoszące się wokół góry zapewniają ochronę przed nieustającym wiatrem. Ta piękna, zielona dolina otoczona dziwacznie uformowanymi, spiczastymi górami pokrytymi aksamitnym, zielonym mchem jest niczym oaza dająca wytchnienie i natchnienie. Czyli... jak w domu pod dachem  :).





Po krótkiej wędrówce miejscowymi szlakami opuszczamy ten jeden z najpiękniejszych dotychczas odwiedzonych przez nas obszarów i przemieszczamy się do Parku Narodowego Vatnajökull, gdzie znajduje się lodowiec o tej samej nazwie. To największy lodowiec na świecie położony poza obszarami polarnymi. Składa się na niego kilka połączonych ze sobą mniejszych lodowców. Docieramy tam już późnym wieczorem, więc spędzamy noc na campingu stanowiącym część centrum turystycznego Skaftafell. Była to jedna z najzimniejszych nocy... Następnego dnia ruszamy na lodowiec.





Wysuwający się w tym miejscu jęzor należy do lodowca Skaftafellsjökull. Nie mieliśmy sprzętu by wchodzić na jego czapę, zatem musieliśmy się zadowolić wędrówką wzdłuż czoła tego kolosa. Wrażeń jednak nie brakowało.







Vatnajökull ma ok. 8,5 tys. km kwadratowych powierzchni a czasza lodowa osiąga 1 km głębokości! Masa lodu jest tutaj większa niż suma mas wszystkich europejskich lodowców. Górna warstwa lodu wymieszana jest z popiołem wulkanicznym, co tworzy niesamowite wrażenia kolorystyczne.





60 km dalej na wschód znajduje się malownicza lodowa laguna Jökulsárlón. Jezioro zasilane jest wodą z topniejącego lodowca Vatnajökull a właściwie ze stanowiącego jego część jęzora Breiðamerkurjökull. Na powierzchni wody unoszą się oderwane od czoła lodowca różnej wielkości bloki lodu.





Dryfują po lagunie tak długo aż stopią się na drobne kawałeczki i dadzą się porwać nurtowi do morza, by wraz z innymi niezliczonymi kawałkami, wyrzucone na brzeg, zdobiły pobliską Diamentową Plażę. Zanim jednak to nastąpi można popływać po lagunie amfibią pomiędzy tymi imponującymi olbrzymami.







Pogoda zmienia się na tyle, że rejsy promem na wyspę Haimaey zostają wznowione. Jest to zamieszkiwana przez ok. 4,5 tysiąca mieszkańców największa wyspa archipelagu Vestmannaeyjar. W 1973 roku omal nie została totalnie zniszczona przez wybuch jednego z dwóch znajdujących się tutaj wulkanów, wulkanu Eldfell.



Jego erupcja rozpoczęła się bez żadnego ostrzeżenia i trwała od stycznia do lipca. Ze szczeliny o szerokości 1,5 km wydostało się w tym czasie 33 mln ton lawy. Mieszkańcy zostali ewakuowani a dzięki pomysłowi islandzkiego fizyka Þorbjörna Sigurgeirssona do schładzania 165-metrowej ściany lawy sunącej w kierunku zatoki portowej użyto armatek wodnych. Armatki załadowane na dwa duże trawlery wylewały na lawę 43 mln litrów wody dziennie! Wyspa zniknęła w kłębach pary ale ekspansja lawy została zatrzymana. Dziś wyspa stanowi ostoję ptaków morskich (na ulicach natkniesz się na zabawne artystyczne drogowskazy imitujące dzioby maskonurów oraz ławki z wizerunkami dziobów)





oraz główny ośrodek rybołówstwa w Islandii (w porcie cumuje ponad sto trawlerów). Mimo, że jest zamieszkiwana przez zaledwie 2% ludności kraju, dostarcza 12% wartości eksportu. Miłośnicy górskich wędrówek znajdą wyzywające szlaki wzdłuż stromych, ostrych klifów a szukający spokojniejszej rozrywki - doskonale utrzymane pola golfowe wśród cieszącego oczy otoczenia w postaci brązowych i szarych, wyszczerbionych bloków skalnych pokrytych mchem w soczyście zielonym kolorze.







Na wyspie można również zwiedzić odnoszący się do czasów z początku zasiedlania skansen, utworzony w otoczeniu brązowych skał i wzgórz uformowanych przez zastygłą lawę. Ekspozycja zawiera także częściowe informacje dotyczące zdarzeń zaistniałych podczas erupcji wulkanu. Wstęp do wszystkich obiektów skansenu jest bezpłatny.





Z wyspy Haimaey wracamy na stały ląd (jeśli tak można powiedzieć o Islandii  ;D). Zamierzamy dostać się do Landmannalaugar, miejsca zwanego przez jednych "kolorowe góry", przez innych "tęczowe góry", z pewnością jednak powszechnie uważanego za najpiękniejsze miejsce w Islandii. A znajduje się... tak, w interiorze, na terenie objętego ochroną rezerwatu Friðland að Fjallabaki. Można tam dojechać zarówno z północy, jak i z południa kraju. Prowadzą doń drogi F208 i F225 (zwana też Landmannaleið). Literka F przy numerze drogi oznacza, że droga dostępna jest wyłącznie dla samochodów terenowych z napędem 4x4. Wjeżdżamy zatem ponownie w interior. Tym razem bardzo głęboko. I z miejsca zostajemy pochłonięci przez totalnie księżycowy krajobraz.







Nie czujemy monotonii, ma on w sobie jakąś magię. Droga generalnie prowadzi na wprost. Z czasem, wraz z rosnącą ilością przejechanych kilometrów otoczenie diametralnie ulega zmianie ale niezmienny pozostaje widoczny już od jakiegoś czasu, kopiec najbardziej znanego z Islandii i wciąż aktywnego wulkanu Hekla. Ostatni wybuch miał miejsce w roku 2010.





Wrażenie robi surowość i nieprzystępność tego terenu pokrytego materiałem wulkanicznym z rozrzuconymi wokół ogromnymi, ostrymi głazami.





W większości jedyna roślinność, która miała śmiałość pokryć tę jakby powykręcaną w spazmach bólu powierzchnię ziemi to mech. Z rzadka pojawiają się inne  gatunki.





Wbijając się wciąż głębiej i głębiej w serce wyspy podziwiamy pojawiające się niesamowite formy ukształtowania powierzchni przystrojone w pastelowe barwy. To chyba już wszystko jasne - przekroczyliśmy granice rezerwatu Friðland að Fjallabaki.





To otoczenie wydaje się takie nierzeczywiste! Są miejsca, które nie wymagają żadnych słów. Bo żadne słowa nie są w stanie wyrazić tego, co się czuje. To jest właśnie jedno z tych miejsc. Oto Landmannalaugar.







To nazwa zarówno gór, obszaru geotermalnego, jak i campingu. przy którym znajduje się gorące źródło. Mieliśmy ogromną ochotę, by się w nim zrelaksować. Dojazd wymagał przejazdu przez kilka rzek. Był to pierwszy sprawdzian (ukończony pozytywnie) dla naszego samochodu i... niezłe emocje! Na koniec - wyczekiwany "leżing" w ciepłym rosole  ;D.





Gorąca woda, która podgrzewa strumień jest uwalniana spod ziemi pod ciśnieniem w sposób naturalny i absolutnie nieprzewidywalny. Miesza się z przepływającą zimną wodą strumienia w sposób niekontrolowany a zatem niedoskonały. W miejscach takie jak to można "oberwać" więc zarówno wrzącym "plaskaczem" jak i lodowatym smagnięciem...



Po odprężającym moczeniu noc spędziliśmy na campingu Landmannahellir, dokąd musieliśmy się troszkę wrócić. Była ona wyjątkowo mroźna. Ale może jako swoiste zadośćuczynienie i podsumowanie dnia zafundowała nam jeszcze piękny spektakl na niebie.





Ciąg dalszy wrażeń następnego dnia. Islandia płata niespodzianki, jeśli nie jesteś dobrze przygotowany. Droga F26, którą zamierzaliśmy dotrzeć przez interior na północ kraju do miasta Akureyri okazała się zbyt wymagająca dla naszego auta. Słabość obnażona została przez jedną z kolejnych rzek. Jej nurt był zbyt silny a poziom za wysoki. Próba przeprawy na drugi brzeg mogłaby skończyć się tragicznie.



Zostaliśmy zmuszeni do wycofania się do dróg nr 32 i 30 i szukania szczęścia na przebycie interioru drogą F35. Ten objazd zajął nam cały dzień... Po tej logistycznej operacji jesteśmy znowu w cuglach. Z drogi F35 zjeżdżamy kawałek w F347 by zobaczyć Kerlingarfjöll. To kolorowe pasmo górskie na islandzkich wyżynach i jednocześnie trzeci co do wielkości obszar geotermalny w interiorze. Pogoda nie sprzyja, jest bardzo zimno, by nie rzec mroźnie. Wyjątkowo silnie w tym mroźnym powietrzu czuć zapach siarkowodoru (zgniłych jaj). Chmury uniemożliwiają podziwianie pięknej panoramy a mroźny, silny wiatr wywiewa z nas wszelki zapał do wędrówek, chociaż widzimy śmiałków przemierzających ten zachwycający teren.







Wracamy na F35 i jedziemy dalej na północ. Na terenie pola lawowego Kjalhraun znajduje się kolejny obszar termalny Hveravellir. Podobnie jak i w Seltún, tutaj również zbudowano drewniane ścieżki, którymi można poruszać się pomiędzy gorącymi źródłami, wrzącym błotem i fumarolami. Najbardziej widowiskowy jest Öskurhóll, mineralny stożek, z którego nieprzerwanie wyrzucana jest z gwizdem gorąca mieszanka toksycznych gazów i pary wodnej.





Jest tutaj camping, na którym można spędzić noc w 3-osobowym pokoju prywatnym (28 800 ISK = 995 zł/noc/pokój), w jednym z pokojów wieloosobowych (7 500 ISK = 260 zł/noc/os) lub jako najtańsza opcja - w swoim namiocie na przyległym polu namiotowym (1 900 ISK = 65 zł/noc/os). Śniadanie kosztuje 1 800 ISK (62 zł). No tanio nie jest. Ale to Islandia, tutaj nic nie jest tanie  8). Za darmo można jednak skorzystać z przyległego, sztucznie zbudowanego basenu termalnego. Dwiema grubymi rurami z jednej strony z pobliskiego strumienia doprowadzana jest zimna woda, a z drugiej jedną rurą - wrząca, która i tak przeważa, stąd bardzo wysoka temperatura w basenie. Ja decyduję się pomoczyć (w buffie na głowie), dla małżonki temperatura otoczenia, która wynosi 8 ˚C jest za niska, by się rozbierać. A w basenie... prawdziwy ukrop... W tak gorącej wodzie jeszcze się nie moczyłem.





Stąd kierujemy się już wprost na północne wybrzeże i tego samego dnia docieramy do miasta Blönduós, gdzie na campingu Glaðheimar spędzamy noc. Następnego dnia jedziemy do Kálfshamarsvík. To mała zatoczka na półwyspie Skag. Przyciągnęła nas do niej niesamowita, zapierająca dech w piersiach formacja kolumn bazaltowych, które powstały około 2 miliony lat temu.





Ten fenomen tworzy się wówczas, gdy bazaltowa lawa przepływając schładza się, kondensuje i w konsekwencji dzieli na kolumny - najczęściej sześciokątne. Piękne dzieło natury, sztuka w najczystszej postaci.





Objeżdżamy półwysep w drodze do miasta Akureyri. Po drodze wpadamy do objętego ochroną skansenu torfowych domków Glaumbær. To farma, która istnieje od czasów pierwszych osadników, tj. od ok. 874 roku. Obecnie w skład kompleksu wchodzi 13 obiektów, w tym dwa domki drewniane. Chociaż wiadomo, że torf stanowi materiał nietrwały, najstarsza część skansenu pochodzi z połowy XVIII wieku.







Przybywamy do Akureyri. Według islandzkich standardów to tętniąca życiem metropolia  ;D (16 tys. mieszkańców), druga pod względem wielkości w kraju, zaraz po Reykjavíku. Mimo odległości zaledwie 100 km od koła polarnego cieszy się wyjątkowo ciepłym jak na Islandię klimatem. W samym mieście niewiele jest do zwiedzania, budynki to klasyczne, islandzkie klocki. Wyjątkiem jest Akureyrikirkja - dominująca nad miastem charakterystyczna bryła kościoła.





Akureyri było jedynym miejscem, w którym korzystaliśmy z Couchsurfingu. Spędziliśmy tam u naszego gospodarza Sveinna w sumie dwie noce. Niestety, Sveinn miał napięty grafik zawodowy i nie mógł nam towarzyszyć w naszych wypadach.

Wspominałem w poprzednim wpisie, że nasz wylot na Islandię został opóźniony z powodu erupcji wulkanu Bárðarbunga. Erupcja wciąż trwała i z Akureyri organizowano wówczas przeloty helikopterem w miejsce tego przepięknego pokazu potęgi natury.



My akurat nie mieliśmy zbędnych 60 tys. ISK na osobę za przelot (2 tys. zł/os) 😕. Ci co mieli, mogli nacieszyć oczy takimi widokami.

Nie zaznaliśmy zatem przyjemności oglądania na żywo wylewającej się ze szczelin i kraterów lawy, za to postanowiliśmy podjechać do pobliskiej mieściny Húsavík, która uważana jest za europejską stolicę obserwacji wielorybów w ich naturalnym środowisku. W zatoce można spotkać przedstawicieli trzech gatunków: humbaki, płetwale karłowate i płetwale błękitne. Reklama jednej z firm głosi, że na 712 odbytych rejsów w ubiegłym roku 699 zakończyło się pełnym sukcesem, czyli bliskim, wzrokowym kontaktem z kolosami Oceanu Arktycznego. Nie tam, żebyśmy zbytnio wierzyli reklamom  ;), ale za jedyne 10400 ISK (360 zł/os) wykupujemy 3-godzinną wycieczkę i na pokładzie kutra patrolujemy obszar zatoki w poszukiwaniu tych olbrzymów.





Zgodnie z sugestią kapitana jak i przewodnika, większość uczestników wycieczki czynnie uczestniczy w przeczesywaniu wzrokiem wodnych przestrzeni i po zauważeniu śladów obecności tych zwierząt głośno podaje wskazówki nawigatorowi, dokąd ma skierować łódź. Wszak to naturalne środowisko a nie cyrk, wieloryby nie podpłyną na zawołanie. Wydmuchiwanych w powietrze pióropuszy wody nikt nie zanotował, jedynie ogromne bąble powietrza na powierzchni wody, świadczące o przepływaniu wieloryba w zanurzeniu. Wyprawa zmierzała już ku zakończeniu, gdy udało nam się podpłynąć stosunkowo blisko jednego osobnika, którym zdaniem przewodnika był płetwal karłowaty. Rejs tylko częściowo można uznać za udany, ponieważ w trakcie całego jego przebiegu zaobserwowaliśmy jedynie niewielkie skrawki ciał  tych olbrzymów.





Po wysiadce z kutra na ląd jedziemy jeszcze do dwóch wodospadów, których będąc na Islandii nie powinno się przeoczyć, a do których z Húsavík niedaleko. Oba leżą na rzece Jökulsá á Fjöllum, która licząc sobie 206 km jest drugą pod względem długości rzeką Islandii. Pierwszym wodospadem jest monstrualny Dettifoss. Ma wysokość 51 m ale aż 171 m szerokości! Istnieją niejednomyślne opinie ale przez różne źródła jest uważany za najpotężniejszy wodospad w Europie. Nie ma jednak jakichkolwiek wątpliwości co do tego, że pod względem mocy stanowi najbardziej imponujący wodospad na Islandii.





Stąd robimy ok. półtorakilometrowy trekking w górę, by dojść do drugiego z wodospadów na tej samej rzece, wodospadu Selfoss. Nie jest on zbyt wysoki (ok. 12 m) ani potężny, jego wyjątkowość polega na tym, że próg wody znajduje się częściowo wzdłuż przebiegu rzeki. Panorama tego miejsca jest niesamowita...





Przed powrotem na noc do Akureyri rzuciliśmy się jeszcze drogą 864 w kierunku jeziora Mývatn. To unikat. Przy swoich 37 km kwadratowych powierzchni i głębokości zaledwie 1-4 m na tej szerokości geograficznej nigdy nie zamarza zupełnie! Zasługa w tym zasilającej jezioro gorącej wody, wypływającej spod dna a pochodzącej z przyległych obszarów aktywności wulkanicznej. Z uwagi na tę specyfikę jezioro stanowi kolejną oazę ptactwa wodnego. My przybyliśmy tam już po zmierzchu i jedyne, co udało nam się zaobserwować, to łuna nad lodowcem Vatnajökull po drugiej stronie jeziora, wywołana trwającą wciąż erupcją wulkanu Bárðarbunga. Od wulkanu w linii prostej dzieliła nas odległość ok. 120 km.



Nasz pobyt na Islandii z wolna dobiega końca. Kierując się z Akureyri na południe odbijamy z drogi nr 1 w prawo na półwysep Vatnsnes, by zobaczyć Hvítserkur, stojący w morzu bazaltowy monolit skalny o wysokości 15 m. Wygląda jak jakiś statek kosmiczny czy... pijący wodę dinozaur.





Tego dnia przejeżdżamy w sumie jakąś połowę drogi od odległego o niemal 500 km Keflavika. Nazajutrz, w przeddzień wylotu postanawiamy zafundować sobie jeszcze ostatnią kąpiel na łonie natury w gorących źródłach.



Już tam byliśmy na początku naszej wyprawy (odbyliśmy kąpiel bez strojów kąpielowych  ;D), ale podchodziliśmy z innej strony - z dołu, z samej Doliny Parowej Reykjadalur. Tym razem idziemy z terenu Hengilssvæðið, w dół. To obszar geotermalny, na terenie którego wytyczono ponad 100 km górskich, turystycznych szlaków pieszych. Po trekkingu w pięknych okolicznościach przyrody lądujemy w cieplutkim strumieniu.









W ostatnią noc naszego pobytu Islandia żegnała nas spektaklem zorzy polarnej. Mimo temperatury poniżej zera moglibyśmy tak stać do samego rana, spoglądając na wędrujące po nieboskłonie świetliki.



W dzień odlotu pospacerowaliśmy sobie jeszcze po stolicy kraju. Reykjavik skupia niemal dwie piąte ludności kraju. Ze swoim niespiesznym tempem życia i nieco rustykalnym charakterem jest całkowicie odmienny od innych stolic europejskich.





Do wartych wymienienia obiektów architektonicznym należy kościół Hallgrímskirkja. To najwyższy budynek w Reykjaviku i drugi pod względem wysokości w całej Islandii. Mierzy 74,5 m i nosi imię świętego islandzkiego poety Hallgrímura Péturssona (dosłowne tłumaczenie: kościół Hallgrímura). Parafia należy do Ewangelicko-Luterańskiego Kościoła Islandii.



KRÓTKIE PODSUMOWANIE WYPRAWY

Na Islandii spędziliśmy niemal trzy tygodnie. W naszych pierwotnych założeniach troszkę namieszała nam natura (przesunięty o jeden dzień lot z powodu erupcji wulkanu i konieczność nawrotki z interioru z powodu za głębokiej rzeki z silnym nurtem), troszkę przypadek (złapanie „gumy” we Fiordach Zachodnich) i trochę pogoda (odwołane rejsy na wyspę z powodu sztormu). Stąd czasami improwizowaliśmy i udało nam się zobaczyć i zrobić sporo, choć nie wszystko to, co zaplanowaliśmy. Mapka przedstawia miejsca naszych noclegów.



Okres pobytu to przełom sierpnia i września ale jak było widać na zdjęciach przez większość czasu ubrani byliśmy w kurtki narciarskie a pod spodem jeszcze cienkie polary. Zmuszały do tego średnia temperatura w dzień w okolicach 9-12 ˚C (odczuwalna była niższa), silny i przeszywający wiatr oraz nawracające opady deszczu. Na pewno trzeba się przygotować na trzy pory roku i to niezależnie od okresu, w którym się jedzie (no może z wyjątkiem zimy). Namiot odporny na wiatr i ciepłe śpiwory to fundament.

Nie ma problemów z płatnością kartami płatniczymi ani z porozumiewaniem się w języku angielskim. Można też zawsze liczyć na pomoc i życzliwość mieszkańców – oni wiedzą, jak trudne i wymagające warunki są na wyspie. Nie stołowaliśmy się w pizzeriach, barach, itp., posiłki przygotowywaliśmy sami wykorzystując palnik wielopaliwowy (najczęściej na benzynę), a składniki kupowaliśmy w sklepach - najtaniej jest w sieci „Bonus”. Gorąca kawa jest darmowa w dużych sklepach czy na stacjach paliw.

Wewnątrz wyspy nie ma zasięgu sieci komórkowych. Nie posiadaliśmy map papierowych, czasami kierowaliśmy się mapami z przewodnika „Podróże marzeń - Islandia” wyd. przez Bibliotekę Gazety Wyborczej, ale głównie posługiwaliśmy się darmową nawigacją offline na Androida - OsmAnd. Problemów z dotarciem do wyznaczonego celu nie mieliśmy.

O poniesionych kosztach nie będę się rozpisywał, niskie nie były ale duża ich część to przelot, wynajem samochodów i paliwo. Należy jednak mieć na uwadze, że… loty często bywają w cenach promocyjnych, z samochodów można zrezygnować, namiot rozbijać można praktycznie wszędzie, bez korzystania z campingów a gaz do kuchenek mieć za darmo - częściowo opróżnione kartusze z gazem często można znaleźć pozostawione przez innych turystów w specjalnych pojemnikach na campingach (najbliższy w okolicy lotniska w Keflaviku). To zdecydowanie obniży koszty.

Zakończę słowami ze starej reklamy: to, co zobaczycie - bezcenne! Za wszystko inne zapłacicie kartą Mastercard  ;D.






- may the Force be with us -

Offline dave

Odp: Islandia - przemierzyć krainę ognia i lodu w 3 tygodnie
« Odpowiedź #2 dnia: Maj 13, 2018, 19:55:02 »
Znakomita impreza, te pasma górskie i bezkresne przestrzenie wyglądają niezwykle interesująco. Z pewnością wędrówka tymi górami dostarczyłaby nielichych wrażeń... tylko jak tu utrafić w pogodę? ;)
Like the fella says, in Italy for 30 years under the Borgias they had warfare, terror, murder, and bloodshed, but they produced Michelangelo, Leonardo da Vinci, and the Renaissance. In Switzerland they had brotherly love - they had 500 years of democracy and peace, and what did that produce? The cuckoo clock. So long Holly.

Offline grendel

Odp: Islandia - przemierzyć krainę ognia i lodu w 3 tygodnie
« Odpowiedź #3 dnia: Maj 13, 2018, 20:52:59 »
Pogoda tam zmienną jest. Jak pisałem - w ciągu kilkunastu minut bywały trzy pory roku. Zdążyliśmy przemoknąć, zmarznąć, wyschnąć i zacząć się przegrzewać. Generalnie jest tam deszczowo i wietrznie. Baaardzo wietrznie. Często wiało tak, że były problemy z utrzymaniem równowagi czy z otwarciem drzwi samochodu. Ale... Islandia jest różna i inna w różnych porach roku. Mam na myśli walory widokowe.

A odnośnie meritum pytania, czyli łazikowania po górach, to okres letni byłby chyba najlepszy. Te śniegi, które mogłyby zejść to już zeszły, nowe jeszcze nie spadły. Przez to dostępność większa i... brody płytsze. No i teoretycznie najcieplej...
- may the Force be with us -

Offline Shwarc

Odp: Islandia - przemierzyć krainę ognia i lodu w 3 tygodnie
« Odpowiedź #4 dnia: Maj 14, 2018, 13:04:06 »
Ładnie, ładnie, coś innego

Offline misiak76



  • Pomógł: 37

    • Status GG
    • Coś skromnego na Polskich Krajobrazach
Odp: Islandia - przemierzyć krainę ognia i lodu w 3 tygodnie
« Odpowiedź #5 dnia: Maj 15, 2018, 15:40:32 »
Aż chce się tam być :)

Wysłane z mojego ONEPLUS A3003 przy użyciu Tapatalka


Offline sieku

Odp: Islandia - przemierzyć krainę ognia i lodu w 3 tygodnie
« Odpowiedź #6 dnia: Maj 18, 2018, 12:06:38 »
Którą (lub które) z atrakcji przyrodniczych określiłbyś mianem najważniejszych? Oczywiście subiektywnie. Czy 3 tygodnie to Twoim zdaniem optimum czasu potrzebnego na objechanie wyspy?

Islandia od zawsze jest na mojej liście. Zazdroszcze!

Offline grendel

Odp: Islandia - przemierzyć krainę ognia i lodu w 3 tygodnie
« Odpowiedź #7 dnia: Maj 18, 2018, 14:41:51 »
Którą (lub które) z atrakcji przyrodniczych określiłbyś mianem najważniejszych?
Pytanie wbrew pozorom nie jest łatwe. Islandia urzeka w każdym miejscu, w którym byliśmy. My sobie wrażenia stopniowaliśmy - dlatego pierwszy tydzień to Fiordy Zachodnie.  Ale esencja wyspy to interior. I gdyby miałby to być krótszy okres, to zdecydowanie nie fiordy, nie ganianie wzdłuż linii brzegowej wyspy drogą nr 1, która wyspę oplata a interior.

A co w interiorze? Największe chyba wrażenie zrobił na nas rezerwat Friðland að Fjallabaki. Tam znajdziesz dwa-w-jednym, bo i góry w pastelowych kolorach i obszar termalny, z miejscem do moczenia w dzikim, gorącym źródle.

Poza tym jakiś lodowiec, możesz wybrać, jest ich sporo i są one do siebie podobne. No i obszar Geysir. Wszak od niego nazwę biorą wszystkie gejzery świata. Na wodospady natkniesz się tak czy siak.
 
Czy 3 tygodnie to Twoim zdaniem optimum czasu potrzebnego na objechanie wyspy?

Ja osobiście chciałbym poświęcić tego czasu więcej, bo w wielu miejscach byliśmy ale w żadnym z nich nie zagłębialiśmy się na jakiś trek. I tego żałuję.

Jeżeli nie tylko chcesz zobaczyć w miarę dużo różnych miejsc ale jeszcze do tego powędrować gdzieś w głąb tej dziczy, to przy dobrze zorganizowanym planie i braku złośliwości losu, w moim odczuciu 3 tygodnie powinny wystarczyć. Mam na myśli "główną wyspę" - bez fiordów. No i auto 4x4. Przynajmniej na tydzień.
- may the Force be with us -

Offline sieku

Odp: Islandia - przemierzyć krainę ognia i lodu w 3 tygodnie
« Odpowiedź #8 dnia: Wczoraj o 10:53:39 »
Faktycznie interior i ten wielki lodowiec z laguną robią największe wrażenie ;) Ale jak znam moją żonę to nie darowałaby gdybyśmy nie zobaczyli puffina.

Offline grendel

Odp: Islandia - przemierzyć krainę ognia i lodu w 3 tygodnie
« Odpowiedź #9 dnia: Wczoraj o 11:59:24 »
Puffiny  ;)  można podglądać na wyspie Haimaey. Ta opcja jest o tyle lepsza, że:
1. miejsce właściwie "przy interiorze", nie traci się czasu na dotarcie
2.  wysepka jest mała, można ją ogarnąć w jeden dzień
3. ptaki w określonych porach roku wchodzą nawet do miasta i nieszczególnie boją się ludzi. Można niemal zrobić selfie ;D

Ale nie da się ukryć, że bardziej spektakularne jest Látrabjarg we Fiordach Zachodnich. Wysokie, strome klify z siedliskami ptaków ciągną się na przestrzeni 14 km...

Ważna uwaga: przy planach udania się na wyspę Haimaey samochodem, warto zarezerwować wcześniej miejsce na promie. I  kierować się prognozą pogody, by wybrać termin, w którym prawdopodobieństwo sztormu jest znikome. Nam za pierwszym razem się nie udało właśnie z powodu sztormu a za drugim - wjechaliśmy na prom tylko dlatego, że nie pojawił się ktoś, kto rezerwował i zwolniło się miejsce.
- may the Force be with us -