Autor Wątek: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014  (Przeczytany 5998 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« dnia: Wrzesień 15, 2014, 23:58:19 »
We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014 - część I (Pierwsze dni w Kirgistanie i trekking do Base Camp)


Wyjazd na Kahn Tengri to właściwie pół roku przygotowań każdego  z naszej czwórki – mój, Marcina, Janka i Janusza. Na głębszą jego genezę trudno by się tutaj silić. Większość zostało już wszak napisane czy opowiedziane podczas przygotowań, a co drobniejsze szczegóły pozostaną w naszych głowach i nie warto ich przytaczać. Faktem natomiast  jest, że w wyprawę „We Khan do it” każdy z nas zaangażował się całym sercem i już na kilka miesięcy przed dawał z siebie ile mógł. W założeniu wszystko można było załatwić  łatwiej czy szybciej,  kupić pakiet i po sprawie. Problemem jest, że na takie rozwiązanie nie mieliśmy ani pieniędzy ani chęci. Jak często powtarzam „droga jest celem”, więc nie warto bawić się w szukanie ścieżek na skróty, ale z łatwizny poczynić sobie swego rodzaju wyzwanie.
Właśnie takim tokiem działania poszliśmy postanawiając wyjazd nasz uczynić jak najtańszym i już po raz drugi obyć się bez zakupu pakietów agencyjnych. Z tego powodu przygotowania kosztowały dużo czasu i wytrwałości, jednak z upływem dni i miesięcy koła zębate zaczynały na siebie nachodzić, a tryby pracować tworząc lepiej lub gorzej działającą całość.



Nasze przygotowanie również mogły okazać się płonne  również bez pomocy z zewnątrz. Poprzez poczynione staranie udało nam się pozyskać sponsora. Dzięki firmie Reall, która pełniła tą funkcję wyprawa osiągnęła płynność finansową, a za udzielone wsparcie mogliśmy uzupełnić nasze zapasy  sprzętowe w brakujące a potrzebne elementy.  Kilka dni przed wyjazdem zrealizowaliśmy również nasz projekt na polak potrafi.pl tym samym zapewniając sobie jeszcze trochę grosza. Nie bez znaczenia dla powodzenia wyprawy pozostała również pomoc osób dobrej woli nie wyrażona w pieniądzu – pożyczanie sprzętu, udzielanie porad, konsultacje i wsparcie duchowe szerokiego grona sympatyków.
Widząc tak przychylne nastawienie do naszej, skądinąd szalonej, inicjatywy sami również staraliśmy się dać z siebie po sto dziesięć procent. Przed wyjazdem w góry każdy mocno trenował i wylewał pot na poczet wspólnej idei.
Od połowy czerwca nikt już nie myślał o niczym innym. Cytując Becka „wszystkie sprawy i zagadnienie zeszły na plan dalszy”, a idealnie piramidalny kształt Kahn Tengri popsuł normalne postrzeganie rzeczywistości czwórce zwykłych ludzi. Mieszane uczucia to chyba najlepsze co można powiedzieć o myślach, jakie kołatały się po głowie każdego z członków wyprawy. Z jednej strony radość i podekscytowanie, z drugiej obawa o zdrowie, życie i powodzenie wyjazdu.
Przed wyruszeniem nieraz przeklinałem bezlitosny czynnik obiektywny, jaki ciążył na południowej drodze na Kahn Tengri, którą obraliśmy – kuluar Siemionowa i nieprzewidywalne lawiny, w obliczu których człowiek staje się bezradny i słaby.  Godzinami myślałem, jak wyeliminować albo ograniczyć zagrożenie jakie wiąże się z tym miejscem. Mówiąc krótko, pochłonęło mnie to do reszty, a jedyne co osiągnąłem to świadomość, że co by nie robić to gra w ruletkę o mniejszej lub większej ilości nabojów w komorach.
Ostatnie tygodnie przed wyjazdem upłynęły na domykaniu spraw odstawionych i zakupach. Dodatkowy bagaż do samolotu, rozszerzenie ubezpieczenia, załatwianie ostatnich kwestii, które już dawno powinny być załatwione.
Lipiec i ostatnie dni przed wyprawą nie były dla mnie najszczęśliwszym okresem, a wszystko kręciło się wokół kontuzji, której wtedy się nabawiłem. Z pozoru niegroźne opuchnięcie kolana po treningu, na USG okazało się pęknięciem łąkotki, wymagającym leczenia operacyjnego. Pchanie się z takim urazem w góry wysokie, z dala od cywilizacji pozostawało kwestią otwartą, a na pewno nie oczywistą i rozsądną. Zastanawiałem się nad tą kwestią, choć niezbyt długo, powiadomiłem chłopaków o fakcie i rozwiałem obawy stwierdzeniem, że jednak jadę. Miesięcy przygotowań, włożonego trudu i pieniędzy nie można odpuścić po prostu od tak.
Choć wiedziałem, że moje szanse wejścia na szczyt zmniejszyły się diametralnie już przed startem, to jednak byłem świadomy, że moja obecność na wyprawie okaże się dodatkowym atutem, a przy odrobinie szczęście nawet nie będzie przeszkadzać ;). Jakby nie było zawsze, no może nie przesadzajmy – do pewnego momentu, będę mógł zrezygnować czy wycofać się.
Przez cały lipiec zarzuciłem więc treningi, zastępując je okładami z lodu, maściami i wylegiwaniem. Do połowy miesiąca opuchlizna zeszła, choć zdawałem sobie sprawę, że to tylko przejściowa poprawa.
Poza moim dolegliwościami chłopaki również nie mieli lekko. Janusz na tydzień przed startem wyprawy złapał zapalenie oskrzeli i do Kirgistanu został wyposażony w antybiotyk i naręcze leków. Janek natomiast przy pomocy badań zdał sobie sprawę, że jest bezglutenowcem i rozważał zmianę całego wyprawowego jadłospisu. Tylko Marcin nie zgłaszał poważniejszych dolegliwości.

Z mojej perspektywy wyjazd zaczął rozkręcać się 18 lipca, kiedy wyjechałem busem do Lublina. Już dużo wcześniej umówiliśmy się z Jankiem, że to jego mieszkanie stanie się punktem zbornym przed wyprawą i tam przepakujemy się, sprawdzimy ekwipunek i zaczniemy wyprawę. Gdy dojechałem do Lublina Janusz i Janek już na mnie czekali. Marcin jako miejscowy musiał przejść kilkaset metrów piechotą, aby znaleźć się w naszym centrum zarządzania wyprawą.
Trzeba przyznać, że przepakowywanie miało rozmach. Mieszkanie zostało prawie w całości zarzucone gratami wszelakiej maści i kilkuset kilogramami rzeczy dziwnego pochodzenia i przeznaczenia. Co zaś tyczy się samego tempa pracy - było ono leniwe i bezproduktywne, bardziej przypominając studencką schadzkę na piwo niż realne przygotowania na dzień przed wyprawą w serce Azji. Impreza z popołudnia przeniosła się na wieczór, a dopiero po północy osiągnęliśmy około dziewięćdziesięciu procent gotowości. Nieprzygotwani, niespakowani ale za to zadowoleni i zmotywowani po północy położyliśmy się spać.

Teraz czas przenieść się w ten radosny moment, a narrację przerzucić na barki pierwszej osoby.







19 lipca
Budząc się przed 8:00 po raz pierwszy uświadamiam sobie, że coś zwane „tym dniem” właśnie się zaczęło. Choć za kilka godzin wyjeżdżamy, do ogarnięcia zostało jeszcze kilka ważnych spraw. Po śniadaniu wraz z Jankiem zmierzam do lekarza. To mieszkający niedaleko ortopeda umówiony po znajomości, który ma spojrzeć na moje felerne kolano. Konsultacja na kilka godzin przed wyjazdem wypada stosunkowo pomyślnie – więzadła całe, a łąkotka podczas wyjazdu nie powinna bardziej się zużyć.
- Najwyżej spuchnie i będzie boleć – pada werdykt.
I choć dla innych, w sytuacji wyjazdu „na koniec świata” mógłby wydawać się wyrokiem, mnie uspokaja i wskazuje poważnie zaopatrzyć się w środki przeciwbólowe.
Na mieszkanie wracamy przed południem by wpaść w wir pakowania, sprawdzania i porządkowania. Ostatnie czynności wykonujemy niespiesznie, bardziej skupieni na pamięciowym zbieraniu bagażu w swoich myślach. Jeśli nawet nie uniknąć, to przynajmniej do minimum należy ograniczyć liczbę rzeczy, których mogliśmy zapomnieć.
Niecałą godzinę później, wraz z Januszem i Jankiem zmierzamy już w kierunku PKSu, gdzie wkrótce podjedzie nasz transport. We trójkę zjawiamy się długo przed czasem, a Marcin przychodzi kilkanaście minut przed 14:00. Ostatnie wolne chwile wykorzystuję na zakup zapasowej baterii do smartfona w przypływie świadomości, że może się jednak przydać.




Bezpośrednio przed odjazdem Polskiego Busa odprawia nas kilka osób – są rodzice Janka i Marcin który ma być podczas wyprawy naszym pośrednikiem w łączności z Polską. Ostatnie pożegnania, trudne rozłąki i po chwili oglądamy Lublin zza szyby, dziękując przewoźnikowi za klimatyzację, tak przyjemną w tym gorącym dniu.
Do Warszawy dojeżdżamy o 17:00 ze świadomością, nadmiaru czasu i baraku perspektyw na jego wykorzystanie. Niewiele myśląc, na początku musimy przejechać przez miasto. Poruszanie się z kilkudziesięcioma kilogramami bagażu stanowi nieliche wyzwanie toteż jesteśmy wdzięczni za stacje metra, znajdującą się kilkaset metrów dalej. Tym środkiem transportu przejeżdżamy dokładnie na ostatnią stację i rozkładamy się na pierwszej lepszej ławce położonej nieopodal. Czas jaki pozostał do północy poświęcamy na ostatnie zakupy, jedzenie i kręcenie się w kółko wokół kupy bagażu.
Trzeba wykonać ostatnie telefony jeszcze na polskiej ziemi – tak na wszelki wypadek, gdyż w podróży nic nie wiadomo…




Gdy nastaje zmrok, wraz z całym dobytkiem instalujemy się w poczekalni dworca. Kwadrans przed północą przyjeżdża nasz środek transportu. Na szczęście miejsca na bagaż nie brakuje i bez problemów całość sprzętu pakujemy do luku. Około godziny zero wyjeżdżamy z nocnej stolicy na zachód.




20 lipca
Noc w autokarze mija nadspodziewanie szybko i przyjemnie. Miejsca nie brakuje, ludzi relatywnie mało i korzystając z okazji możemy złapać kilka godzin przerywanego snu. Budzimy się właściwie dopiero u celu, a zaspane oczy wyłapujące napis „Berlin Schönelfeld” tylko nas w tym utwierdzają.




Niewiele po 7:00 rano opuszczamy Polskiego Busa i niezdarnie z plątaniną toreb i plecków kierujemy się na terminale. Nie ma pośpiechu, samolot wylatuje dopiero o 14:00, więc co najmniej do południa mamy wolną rękę. Czas ten spędzamy bardzo leniwie, rozkładając się na ławkach i odsypiając ostatnią noc w  autobusie. Komuś udaje się zjeść, innym podładować telefon i jakoś godziny mijają. Przed odprawą nasze leniwe ruchy trochę się zagęszczają – foliujemy bagaże i ważymy cały dobytek dokonując niezbędnego przepakowania. Okazuje się, że z wykupionym nadbagażem dysponujemy w sumie 132 kg ładunku. W limit wagowy udaje się wcisnąć również buty, co cieszy nas niezmiernie w kwestii wygody podczas lotu.




Odprawa przebiega sprawnie, szybko oddajemy bagaż i czekamy na wejście na pokład. Samolot spóźnia się trochę, choć dla nas nie ma to znaczenia, a nawet oznacza krótsze oczekiwania na przesiadkę. Do Istambułu dolatujemy wieczorem i czekamy na kolejny lot. Przed wejściem na pokład spotykamy trójkę Czechów, wybierających się na Khana od północy. Jeden z nich opowiada o swoim zeszłorocznym trekkingu lodowcem i nie nastawia nas optymistycznie. Kolejny temat przechodzi na lawiny i niebawem trzeba powiedzieć sobie „Cześć” i życzyć wzajemnie powodzenia, aby całkowicie się nie demotywować.
Na rozmyślania na szczęście nie ma czasu, gdyż niebawem wchodzimy na pokład. Liczymy na jakiekolwiek jedzenie lub wodę, ale tanie linie Pegasus nie dostarczają nam takich luksusów. Bez przyjemności siedzimy kilkanaście godzin o suchym gardle, odwracając uwagę słabym i niewygodnym snem. Sam próbują jeszcze przy świetle lampki przeczytać kawałek książki – prawie 400 stron „Wojny Iwana” zmieszczonych na 38  stronach A4 drukiem „maczkowym”.


21 lipca
Przed północą odpływam, a do stanu świadomości przywraca mnie po kilku godzinach stewardesa i nierówna płyta lotniska w Biszkeku. Zupełnie jak rok temu – przychodzi mi na myśl. Kirgistan wita.
Przylatujemy kilka minut przed 5:00 czasu lokalnego, co jest efektem blisko godzinnego opóźnienia. Dla nas to nawet lepiej – mniej czekana na marszrutkę. Na wydanie bagaży czekamy prawie pół godziny, ale na szczęście wszystkie są. Ładujemy je na rozklekotany wózek i za takim taranem przebijamy się przez tłum taksówkarzy-naganiaczy.




Na lotnisku ponownie się przepakowujemy, wymieniamy parę groszy i kupujemy pierwszą od kilkunastu godzin wodę, którą pochłaniamy w kilka chwil. Janek zostaje mianowanym „Cash-keeperem” a Janusz ma mu pomagać w rozliczeniach. Na pierwsze koszty robimy szybką zrzutkę po 50 dolarów. Wszystko wydaje się iść sprawnie, gdy w pewnym momencie Janek uświadamia sobie, że nie ma swoich butów. Chwila konsternacji, po czym wraz z Januszem idzie do administracji lotniska. Proceder walki z biurokracją zajmuje chłopakom prawie godzinę, choć kończy się sukcesem. Janek wraca z butami, które jak się okazuje zostawił przy odbieraniu bagażu.
Spokojniejsi udajemy się na przystanek marsz rutek i po chwili oczekiwania jedziemy do centrum stolicy. Po drodze dogaduję się z kierowcą, że za 300som podwiezie nas bezpośrednio na dworzec zachodni. Cena jak za cztery osoby śmieszna, a żeby busik zamienić w taksówkę wystarczy schować tabliczkę. Elastyczność Kirgizów jest niepojęta w naszym rozumieniu, ale skoro można to czemu nie skorzystać.
Na dworcu zachodnim dokonujemy szybkiego podziału zadań. Janek wraz z Marcinem zostają bagażami i wypytują o transport do Karakol, ja wraz z Januszem wychodzimy na miasto. Wraz z mapą i zeszłorocznymi wspomnieniami przechodzimy znajome już miejsca. Poranne miasto powoli zapełnia się ludźmi, a słońce stopniowo daje się we znaki. Ponad godzinę zajmuje nam dotarcie do sklepu Red Fox, gdzie kupujemy gaz. 14 kartuszy za 140 dolców – ceny poszły w górę.  Z racji później pory wracamy już marszrutką. Szczególnie szybko pokonujemy okolice Osz Bazaru, mając w pamięci dawne urazy i ściskając pochowane, świeżo wymienione somy.
Gdy wracamy do chłopaków, okazuje się że pomimo naszej wcześniejszej umowy nie mogli się powstrzymać i zamówili jakieś lokalne jedzenie. Nic dziwnego, że nietrudno się powstrzymać, a cena zachęca. Pozostaje poczekać na reakcje żołądków.




Kilka minut po południu wyjeżdżamy marszrutką w kierunku Karakolu, spławiając po drodze tabuny rozjuszonych taksówkarzy. Transport kosztuje niewiele – 350 som, a w busiku spędzamy następne siedem godzin, gapiąc się za szybę i oglądając tandetne programy telewizji  miejscowej serwowane na przymus.
Do Karakolu docieramy na 19:00, wysiadając na dworcu autobusowym. Otoczenie nie pretenduje do miana kilkudziesięciu tysięcznego miasta, a wkrótce okazuje się, że centrum jest kilka kilometrów dalej. Opinie co do położenia centrum są jednak sprzeczne. Taksówkarze mówią jedno, sklepikarze drugie. Co gorsze – nikt nie wie, gdzie znajdziemy pole namiotowe opisywane w sieci. W międzyczasie pojawia się kolejny kłopot z odbiorem naszych pozwoleń przygranicznych od znajomej Kirgizki. Okazuje się, że w tym momencie są one w Biszkeku i mają przyjechać dopiero jutro rano. Dziewczyna twierdzi również, że w okolicy miasta Enlichek (tam się wybieramy) panuje epidemia dżumy i będziemy musieli się zaszczepić.
Nie wiedząc zbytnio co robić, po pierwsze spławiamy taksówkarzy. Korzystając z GPS kierujemy się bez żadnego  celu w kierunku większego zgrupowania ulic. Dźwiganie całych 130kg bagażu daje się nam ostro we znaki, męczy i zajmuje dużo czasu. Gdy dochodzimy do jednej z głównych ulic trzy kilometry dalej zapada zmrok, a my zostajemy bez perspektyw, z „rękami w nocnikach”.




Pierwszy rekonesans robi Marcin, ale znajduje tylko jakiś guesthouse, który zostawiamy sobie jako furtkę rezerwową. Kolejne rozpoznanie robię wraz z Jankiem. Tym razem trafiamy w dobre miejsce – Turkestan Yurtcamp. Chociaż wszystkie jurty są zajęte, to jednak gospodarz z racji później pory lokuje nas w pokojach po 300 som od głowy.
Nasza sytuacja się powoli gruntuje. Około północy mamy dach nad głową, wi-fi, prysznic i co najważniejsze – perspektywy. Pogłoski o rzeczonej dżumie zostają szybko obalone, a ponad to pojawiają się nadzieje na szybki transport. Zdecydowanie promieniujemy od dobrych informacji. W nagrodę po północy urządzamy sobie spóźnioną kolację i osuszamy połówkę lokalnej wódki. Zdrowotnie, na żołądek oczywiście. Po przyjęciu tak wysublimowanego medykamentu jeszcze weselsi idziemy spać.


22 lipca
Poranki w Karakolu są piękne, a przynajmniej podczas naszego wyjazdu tylko takie się zdarzają. Lokalny klimat jest natomiast odmienny od reszty kraju i to w pozytywnym znaczeniu. Noce i poranki są chłodne i rześkie, odpowiednie dla dobrego snu. Nie sposób porównać ich z okolicami Oszu, gdzie w nocy temperatura nie spada poniżej 25 stopni, a śpi się właściwie z rozsądku. Podobnie ma się sprawa z temperaturą w ciągu dnia. Chociaż słońce pali, to jednak po kilku chwilach w cieniu szybko się ochładzamy i wypoczywamy. Co więcej, klimat staje się bardziej kontynentalny i jest zdecydowanie bardziej pogodny niż „morska” aura nad Issyk Kulem, którą można zaobserwować kilkadziesiąt kilometrów dalej.




Taki też piękny poranek wita nas drugiego dnia w Kirgistanie. Wstaję wcześnie, chcąc jak najwięcej uchwycić z klimatu nowego miejsca. Wraz z Januszem idziemy na zakupy, aby zrobić prowizoryczne zaopatrzenie i popatrzeć trochę na kirgiskie życie o poranku. Przede wszystkim szukamy chleba, choć okazuje się że nie wszędzie można go dostać. Nie ma go na przykład w sklepie nieopodal, gdzie na słowo „chlieb” niespełna piętnastoletnia ekspedientka przecząco kręci głową. Decydujemy się  jednak na dalsze poszukiwania, które przynoszą efekty. Z zakupów wracamy obładowani frykasami uważając aby przez nieuwagę nie zintegrować się z nawierzchnią drogi wpadając w otwartą studzienkę ściekową, czy przewracając o kamień sterczący z klepiska, któremu nie przysługuje zaszczytne miano chodnika.
Około 9:00 robimy śniadanie i delektujemy się internacjonalnym klimatem Yurtcampu. Niedługo potem bez zapowiedzi pojawia się opcja transportu za 8000 som. Cena wydaje się do przeżycia, więc umawiamy się na 12:30. Czas jaki nam pozostaje wykorzystujemy na niedbale i szybko wykonywane czynności – kolejne przepakowania, obszerniejsze zakupy i wysyłanie kartek pocztowych do znajomych i rodziny. Janek i Marcin przemierzają jeszcze miasto w poszukiwaniu zaspanego kierowcy i naszego pozwolenia przygranicznego, co zajmuje im ponad godzinę.




W południe pojawia się transport i zaczyna się rytuał upychania bagażu. Na szczęście maszyna jest duża i wszystko mieści się bez problemów. O zaplanowanym czasie ruszamy. Kierowcą jest Andriej, którego pradziadek sprowadził się tu z Krymu jeszcze w spokojnych carskich czasach. Turystów wozi wraz ze swoim synem, który siedzi razem z nami w samochodzie. Z rozmowy daje się poznać jako przyjazny człowiek i szybko nawiązujemy kontakt. Droga upływa bardzo szybko i jeszcze szybciej pogarsza się stan nawierzchni. Początkowo przemierzamy zielone doliny, przekraczamy rwące potoki i omijamy dziury na drogach pokroju żółtego sera. Okolica jest wprost piękna i zdecydowanie odmienna od południowej części kraju. W okolicach Osz turysta mija spalone słońcem pola i żółto-szare przestrzenie ciągnące się po horyzont. No może to generalizowanie, ale tak je zapamiętałem. Tymczasem otoczenie Karakolu po prostu kłuje w oczy zielenią i świeżością. Soczysty kolor pól, liści i drzew oraz stosunkowo dużo płynącej wody. Od razu przypomina mi się „rajska kraina” Jacka Hugo-Badera. „Zielska” skądinąd brak…




Początkowo jedziemy wzdłuż osiedli ludzkich, bo niebawem skręcić w górską dolinę i wzdłuż potoku systematycznie zdobywać wysokość. Okolica staje się wyludniona, a zieleń przechodzi wkrótce w brąz skał i kamieni. Osiągamy przełęcz, z której widoczna jest dalsza część drogi. Kierowca wspomina, że zimą przywozie się tu turystów na narty, a okolica mimo iż zimna nie należy do zaśnieżonych. Droga natomiast, pomimo słabego stanu i szutrowej nawierzchni jest podobno cały rok przejezdna i odśnieżana zimową porą.
Z przełęczy zjeżdżamy do górskiego wąwozu, który wiedzie kilkadziesiąt kilometrów wąską drogą wzdłuż rzeki i pionowych ścian skalnych. Co jakiś czas mijamy odłamy skalne, które zadomowiły się na drodze po pokonaniu kilkudziesięciu metrów lotem „koszącym”.
Przed 16:00 odległy widnokrąg zapowiada koniec doliny. Zatrzymujemy się na zakręcie drogi, przed zjazdem ze wzgórza. Przed nami rozpościera się przepiękny widok na dolinę i wyludnione miasto – Enlichek. Jak powiada Andriej – za czasów związku radzieckiego były tu kopalnie i kwitł przemysł. Teraz Kirgiski rząd nie widzi sensu inwestowania w to miejsce. Zamieszkuje tu niewiele ponad dwadzieścia rodzin, choć żądnego tubylca nie widzimy po drodze.




Po zjeździe ze wzgórza docieramy do mostu, gdzie przebiega symboliczna granica. Drogę zastawia nam anachroniczny szlaban, a z kontenera obok wychodzi młody żołnierz. W tym punkcie poświęcamy kilka chwil na formalności „mundurowe”, po czym ruszamy dalej. Przejazd przez „miasto duchów” trwa tylko kilka chwil, choć i tak łapiemy jego aurę a Janek i Janusz odgrażają się, że po akcji górskiej chcieliby pochodzić po opustoszałych blokach i silosach.




Ostatni odcinek wiedzie polodowcową, szeroką doliną. Daleki horyzont, teren płaski jak naleśnik, a wkoło pustki. Dawną bazę wojskową widzimy w oddali, a docieramy do niej po kilkunastu minutach. Z naszym kierowcą żegnamy się o 17:00 i na odchodne dostajemy parę ciekawych wskazówek. Z baraków obok  mają podobno przyjść żołnierze do kolejnej kontroli, choć to podobno w ich interesie.  Mayda Adir jest teraz wyjątkowo tłoczna. W bazie koczuje już kilka ekip, które czekają od kilku dni na popsuty śmigłowiec.
Gdy kierujemy się do obiektu z naprzeciwka wychodzi naczelnik bazy. Widać, że to twardy górski człowiek. Gdy dowiaduje się, że nie podróżujemy z agencjami tylko na własną rękę wrogo mierzy nas wzrokiem i wskazuje miejsca na namioty.
Niezbyt ciepłe przyjęcie nie zniechęca nas, gdyż mamy ważniejsze sprawy na głowie. Rozbijamy obozowisko i zabieramy się do podziału bagażu. Po ogarnięciu najważniejszych spraw nagle odczuwam, że moje kolano ma się nie najlepiej, a co więcej – solidnie spuchło. Z racji, że czeka nas pięć dni marszu z ciężkimi plecakami, ten fakt nie napawa mnie optymizmem. Zaczyna się dyskusja z chłopakami, co robić. Janek i Janusz nakłaniają mnie abym raczej poczekał w bazie na śmigłowiec i poleciał do Base Campu. Ja zaś z uporem zostaję przy swoim, że jakoś dojdę i mimo wszystko tak będzie lepiej dla nas wszystkim. Chłopaki niełatwo się przekonują i w końcu zostaje na tym, że odciążą mnie trochę z bagażem i jakoś będę człapał.




Aż do zapadnięcia zmroku dzielimy bagaż. W bazie chcemy zostawić pierwszy depozyt i oddać część bagażu do śmigłowca. Czynności te idą nam bardzo wolno i w końcu w plecakach zostawiamy ok. dwudziestu kilogramów wraz z jedzeniem na siedem dni (w razie czego) a resztę pakujemy do wspólnej torby.
Wieczór spędzamy w budynkach bazowych, pijąc zdrowotne co nieco z dwójką poznanych przed kilkoma godzinami Polaków. Oni jak cała reszta międzynarodowego towarzystwa czekają na śmigłowiec, a oczywiście atakują od północy. Dobijające to trochę, że jeszcze nie spotykamy nikogo, kto wybierałby się drogą pierwszych zdobywców od południa, jak my.


23 lipca
Budzik dzwoni o 7:00 rano. Niezbyt sprawnie, ale i bez ociągania próbujemy wkomponować się w nową rzeczywistość, która będzie towarzyszyć nam przez kolejne kilkanaście dni. Rzeczywistość gór, skał i wielkich, odludnych przestrzeni. Jak zwykle wszystko robimy na ostatnią chwilę i dziś uwijamy się jak w ukropie. Niedokończone przepakowania i kontrola ekwipunku, decyzje co zabrać a co zostawić szczegółowe aż do absurdu i zwykłe kosmetyczne czynności, które zajmują najwięcej czasu. Ostatecznie zostawiamy ok. 10 kg depozytu w bazie, oddajemy na śmigłowiec 46 kg sprzętu (po 2 euro za kg), a resztę bierzemy. Naczelnik, który przywitał nas wczoraj niezbyt przychylnie okazuje się twardym, ale przyjaznym i uczynnym człowiekiem. Z niczym nie robi problemów i zapewnia, że postara się wysłać nasz ładunek jak najwcześniej, jednak może to być 24 lipca, czy 29, a gwarancji też nie może udzielić bo wszystko zależy od zapełnienia śmigłowca i jego stanu.
Naczelnik próbuje również zniechęcić nas do marszu doliną. Ku mającej budzić strach przestrodze podaje przykład Polaka, który ostatnio całą trasę pokonał w 10 dni!




W Mayda Adir korzystamy z telefonu satelitarnego (2,5 euro/minuta) i nadajemy szyfrogram do Marcina, aby opisał naszą bieżącą sytuację. Przy pakowaniu Janek i Janusz zgodnie z obietnicą odciążają mnie zabierając namiot, szpej i część jedzenia. W tym momencie mój plecak wazy kilkanaście kilogramów, choć z tego powodu nie jestem szczęśliwy. Lewe kolano ciągle jest spuchnięte i co jakiś czas łypię na niego kontrolnie, sprawdzając jak wypełnia opaskę uciskową.




Około 11:00 ostatecznie wychodzimy z bazy, zaczynając trekking na wschód. Pogoda póki co jest piękna. Słońce pali niemiłosiernie, a wiatru niestety próżno szukać. Przed nami rozpościera się szeroka dolina polodowcowa i ciągnie droga szutrowa. Na końcu doliny majaczą już ośnieżone szczyty, choć nie mogą dać nam żadnego pojęcia o odległości. Pozostaje iść przed siebie i być dobrej myśli. Tak też robimy, gnąc się pod ciężarem bagażu, robiąc regularne postoje i konsumując skromne posiłki. Dziś po raz pierwszy przestawiamy się na naszą „postną” dietę ok. 2400kcal. W ekspedycyjnych butach górskich nogi szybko się pocą i po wyciągnięciu z nich stóp, wyglądają one jak po kąpieli. Moje nawet gorzej niż reszty towarzystwa. Już od pierwszych kilometrów czuję, że buty bardzo mnie obcierają, a za kilka godzin mam na piętach solidne pęcherze. Kleję plastry, owijam bandażami i idę dalej, jednak marsz z przyjemnego przeradza się w walkę z samym sobą już na początku przygody. Po 15:00 pogoda zaczyna się psuć. Niebo zasnuwa się ciemnymi chmurami i niewiadomo skąd pojawia się wiatr. Nie upływa pół godziny i  na głowy zaczynają kapać krople deszczu. Do obozu już jednak niedaleko. Właściwie w oddali majaczą namioty i drewniane zabudowania.




O godzinie 17:00 dochodzimy do rzeczonych budynków. Okolica wydaje się opustoszała i w tej aurze lekko przygnębia. Cena 300 som za rozbicie namiotu zniechęca jeszcze bardziej. Osobiście jestem za przejściem dziś  jeszcze kilku kilometrów w kierunku rzeki i namawiam do tego chłopaków.




Opinie są podzielone, a w czasie namysłu na miejscu chcemy załatwić dwie sprawy. Po pierwsze znaleźć wodę, gdyż słońce w pierwszej fazie marszu wpłynęło na pragnienie i z zapasów niewiele zostało. Po drugie wypytujemy o pewnego człowieka – Rosjanina Walerego, który jest lokalnym przewodnikiem i przebywa tu razem z grupą niemieckich trekkerów. Poszukiwania nie trwają długo, bo Walery wkrótce sam nawija nam się przed nos. Okazuje się, że Rosjanin w dolinie Enlichka spędził służbę wojskową w czasach związku radzieckiego i tak mus się tutaj spodobało, że po upadku czerwonego kolosa wrócił w te tereny oprowadzać klientów do Base Camp pod Khan Tengri. Walery to typ człowieka ikony, którego polubi chyba każdy i to po pierwszej rozmowie. Około 50 lat na karku, pokaźny brzuszek, gęsta broda i szeroki uśmiech. Przewodnik jest bardzo rozmowny i pomocny. Mamy wiele pytań o dalsza drogę przez lodowiec, a on na każde odpowiada i udziela wielu cennych wskazówek. Walery prognozuje, że trekking zajmie nam około 5 dni marszu jeśli utrzymamy dobre tempo. Bogatsi o nowe wiadomości decydujemy nocować nad rzeką, którą musimy przekroczyć wczesnym rankiem z powodu niskiego stanu wody. Żegnamy się więc i po nabraniu wody w naczynia idziemy w dalszą drogę.
Rzeka jest niedaleko. Po pół godziny marszu zatrzymujemy się około stu metrów od jej brzegów i szumiącego głośno nurtu. Rozbijamy biwak, po czym zajmujemy się zwykłymi obozowymi czynnościami. Chłopaki oglądają jeszcze brzeg rzeki, zastanawiając się, gdzie wiedzie właściwy bród. Potok wydaje się być jednak wszędzie jednakowo rwący i decyzję co do wyboru miejsca przekroczenia go odkładamy na rano.

Dziś do wykonania zostały już tylko przyjemności. Zdjęcie ciężkich butów, legnięcie na karimacie i oddanie

 się rytuałowi jedzenia liofila zanim wieczorny chłód wgania nas do ciepłych śpiworów.


24 lipca
6:00 rano i pierwsze wstające słońce wita nas już przebudzonych. Choć mamy dużą motywację do wyjścia to ogarnianie biwaku nie jest jeszcze zsynchronizowane i nie należy do najszybszych. W pierwszych dniach wyprawy to normalne. Trzeba przestawić się z trybu cywilizacyjnego na wyprawowy i dobrze poznać swój ekwipunek. Po kilku dniach gdy miejsce każdego drobiazgu w plecaku jest znane wszystko przychodzi automatycznie. Teraz jest jeszcze ciężko, przez to i zbieramy się długo. Około 8:00 pakujemy namioty, gdy w okolicy pojawia się znajoma postać. To Walery wraz ze swoja grupką idzie przekraczać rzekę. W tym momencie dalszy pospiech traci sens. Skoro idzie przed nami i zna teren to nie ma co silić się na wyścigi czy udawanie znawców. Niespiesznie więc zbieramy nasz bagaż i idziemy na grupką Niemców i Rosjaninem.
Pomimo wczesnej pory rzeka jest bardzo rwąca. Chyba każdy z nas słysząc o niższym poziomie wody ranną porą nie spodziewał się aż tak wartkiego nurtu. Walery również jakoś nie może zdecydować się na przechodzenie i długo idzie wzdłuż brzegu. Sprawa wydaje się być poważniejsza niż myśleliśmy. Przewodnik wyciąga linę i wiąże się w pasie. Tak asekurowany przez dwóch Niemców przechodzi przez kipiel. Oczywiście po skosie, niwelując opór wody. Mimo to przejście nie idzie mu ławo, a szara beja sięga po pas. Po przejściu na drugą stronę Walery łapie koniec liny i tworzy poręczówkę nad nurtem rzeki. Przewodnik woła nas z drugiego brzegu a my skrupulatnie pomoc wykorzystujemy. Z wyjątkiem Marcina idącego w „adidasach”, rzekę przechodzimy gołymi stopami, w przysłowiowych gaciach. Staramy się nie korzystać z rozstawionej liny, choć nurt jest tak silny, że każdy chwieje się i przynajmniej na chwilę podtrzymuje sznurek. Gdy przychodzi mi zmierzyć się z wodą nie jest to łatwe. Nurt jest bardzo wartki, kamienie przesuwają się pod nogami i stanie w jednym miejscu wymaga nie lada wysiłku. Woda jest lodowata. Już po kilku krokach nie czuję stóp tylko dwa sztywne twory, którymi drepczę po kamieniach.  Po przejściu wszyscy dziękujemy zrządzeniu losu za linę i przewodnika ze swoja grupą. Bez pomocy przejście tutaj stanowiłoby nieliche wyzwanie.




Gdy wszyscy jesteśmy już na drugim brzegu pomagamy Waleremu w asekuracji pozostałych Niemców. Widać, że nie zdają oni sobie sprawy z zagrożenia jakie stwarza rzeka i ślepo wierzą przewodnikowi. Jedna z turystek podczas przechodzenia potyka się i wpada w kipiel kurczowo trzymając się liny. Mimo iż wciąga ją nurt, a postawienie na nogi kosztuje dużo nerwów i czasu, petentka jest zadowolona i uśmiechnięta. Z pewnością nawet nie uświadamia sobie, że taki wypadek mógł skończyć się obrażeniami czy śmiercią, gdyby tylko puściła sznurek.
Po przejściu przez rzekę musimy opatrzyć nogi. Każdy ma mniej lub bardziej pokaleczone stopy od bosego stąpania po kamieniach. Moje odciski na piętach a tym etapie porozdzierały się niwecząc szanse na jakiekolwiek szybkie wygojenie.
Mimo wszystko jesteśmy jednak szczęśliwi i z zapałem prześcigamy się w opowieściach kto jak szedł i jak blisko był upadku do wody. Ponowne ubranie się zajmuje sporo czasu i wychodząc grupę Walerego widzimy już tylko na horyzoncie.
Po dwóch godzinach uśmiechy schodzą z naszych twarzy. Przed nami rozpościera się szeroki widok i dwie kolejne rzeki lodowcowe do przejścia. Znowu musimy się przepakowywać i krok po kroku wdrażać procedurę przekraczania rwących strumieni. Pierwszy z nich pokonujemy z łatwością i mamy nadzieję, że gorzej już nie będzie. Jak na złość okazuje się, że kolejna przeszkoda jest gorsza do sforsowania, a na pomoc nie możemy liczyć. Pierwszy przechodzi Marcin, który choć nie bez problemów, sprawnie przeprawia się na drugi brzeg. Janek i Janusz decydują się iść w innym miejscu, choć decyzja ta kosztuje ich spoko wysiłku, nerwów i strachu. Po przejściu każdy z nich przyznaje się, że tylko przysłowiowy włos dzielił go od porwania przez rwący nurt. Ja wracam w miejsce, gdzie przechodził Marcin i tam mierzę się z potokiem. Idzie się ciężko, choć znośnie. Powoli pokonuję kolejne metry, a od drugiego brzegu naprzeciw wychodzi mi Marcin, który pomaga w przeprawie. Ten fragment okazuje się bardziej emocjonujący od osławionej rzeki i na brzegu siedzimy dłuższą chwilę. Każdy musi dać chwilę ulgi kołatającemu sercu i trzęsącym się rękom. Przeszliśmy, ale na samą myśl o powrocie włosy jeżą się na głowie. O samotnym przekraczaniu tego miejsca nawet nie warto myśleć.




Na przechodzeniu przez rzeki tracimy dużo czasu, a pogoda już powoli się psuje. Znaczy to, że już minęło południe. Podczas trekkingu codziennie doświadczamy tej prawidłowości. Rankiem niebo jest czyściutkie, a słońce mocno grzeje, zaś po godzinie 12:00 wszystko zasnuwa się chmurami, by ustąpić miejsca wieczornemu deszczowi.
Przez większość dnia kontynuujemy marsz przez pustkowie. Zdecydowanie skończyły się już drzewa, a trawę można znaleźć tylko w nielicznych zagłębieniach i polanach. Ziemię, a raczej kamienie po których stąpamy pokrywają za to wytrwałe badyle i niskie krzewy o twardych i kolczastych łodygach. Większe odludzie wprost trudno sobie wyobrazić, a klimatu miejscu dodają spotykane co jakiś czas fragmenty poroża.




Większość dnia idziemy przez ten rozległy i niekończący się padół. Około 15:00 przed nami wyłaniają się namioty obozu. To ostatni lagier przed lodowcem, a na miejscu spotykamy znajomą personę. Dziś właśnie tutaj nocuje Walery razem ze swoja grupą. Przewodnik wita nas z entuzjazmem po raz kolejny i proponuje spędzenie tu nocy. Nasze plany są jednak ambitniejsze i chcąc wykorzystać wczesną porę decydujemy się na dalszy marsz. Przewodnik życzy nam powodzenia i na „odchodne”  rzuca kilkoma cennymi radami. Wspomina o jeziorze Merzbahera, które nieregularnie wylewa początkiem sierpnia zalewając lodowiec i moreny na dobrych kilka dni. Zaleca aby unikać miejsc nisko położonych, gdyż taki biwak może zakończyć się nieszczęściem.




Przewodnikowi dziękujemy za pomocne rady i po kilku minutach odpoczynku kierujemy kroki dalej na wschód. Gdy dochodzimy do samego czoła lodowca zaczyna padać. Chowamy się dokładnie pod ostatnią skarlałą wierzbą, która stoi tu nie wiadomo jakim prawem. Dziś mamy szczęście – po pół godziny deszcz powoli przestaje siąpić, a my możemy zagłębić się w koryto wyschłej rzeki lodowcowej. Stabilny grunt pod nogami kończy się do odwołania – zastępuje go ruchomy gruz, piach i lód.




Ścieżka, choć niewyraźna daje się odróżnić z szarawo-brązowego krajobrazu. Dodatkowo ciągle idziemy za oznaczeniami – kopczykami z ustawionych na sobie kamieni, niekiedy malowanych w rażące kolory.  Teren jest bardzo urozmaicony. Początkowo wdrapujemy się na morenę czołową, później przechodzimy na boczną. Na niestabilnym podłożu musimy uważnie stawiać kroki, gdyż nieuwaga może zakończyć się zsunięciem kilkadziesiąt metrów razem z toną kamieni.



Po 17:00 znajdujemy odpowiedni miejsce na biwak – niedaleko rzeki i z namiastkami trawy wystającej spomiędzy kamieni. Dziś już dostatecznie wyeksploatowaliśmy swoje nogi czas odpocząć.
Dzielimy się zadaniami – ja wraz z Marcinem rozbijamy namioty, a Janek i Janusz idą po wodę. To co przynoszą nie przedstawia sobą najlepszej jakości – woda lodowcowa jest tak mętna, że osad gromadzi się gruba warstwą na dnie. Nie mamy jednak wyboru – chwilę się odstoi i trzeba używać. Do specyficznego posmaku i zgrzytu pyłu w zębach można przywyknąć, a bez wody daleko byśmy nie zaszli.


25 lipca
O 6:00 rano poza dzwonkiem budzika, ze snu wyrywa nas pełne słońce. Wieczorne chmury rozpłynęły się, a nad lodowcem wstaje nowy, piękny dzień. Z racji iż wczorajsze pakowanie do szybkich nie należało, dziś postanawiamy nie dać się wyprzedzić Waleremu i jego grupie. Jemy śniadanie, zwijamy namioty i za niecałe dwie godziny ruszamy.




Po drodze nabieramy wody z rzeki lodowcowej. Rankiem okazuje się dużo bardziej czysta niż wczorajszą porą i nawet zdatna do picia wprost z potoku. Droga wiedzie dalej moreną boczną przez mniejsze i większe rumowiska skalne. Ciągle trzeba uważać, gdzie stawia się stopy, gdyż podłoże jest po prostu ruchome. Po kilku godzinach musimy przekroczyć boczny lodowiec, który swoją odnogą łączy się z Enlichkiem. Tam droga jest zmienna niemal z dnia na dzień. Początkowo idziemy za znakami, a po chwili spotykamy rosyjską kilkuosobową ekipę, z którą wymieniamy spostrzeżenia. Moment nieuwagi i konsekwencji nie wiemy gdzie kierować kroki. Kluczymy więc pomiędzy głazami, lodowymi zboczami i przeskakujemy przez strumienia lodowcowe. Wkrótce udaje się znaleźć drogę i stromym stokiem wyjść z powrotem na morenę. Po kilkudziesięciu minutach marszu docieramy do kolejnego komercyjnego obozu. Zatrzymujemy się tu tylko na suszenie przepoconych stóp i posiłek.




Od rana dotkliwie doskwierają mi obtarcia na piętach. Rankiem mam mocne postanowienie, że będę regularnie suszył stopy lecz w trakcie dnia jakoś chęć odchodzi. Procedura ściągnięcia dwóch warstw butów, skarpet, rozwinięcia bandaży, odklejenia plastrów i założenia wszystkiego na nowo zajmuje prawie pół godziny. Lenistwo i brak konsekwencji sprawia, że nie robie tego za często, a w trakcie dnia stopy już nie bolą. Marcin natomiast już trzeci dzień idzie w „adidasach”. Przed lodowcem miał w nich nad nami przewagę, ale na morenie zostaje z tyłu. Kilkukrotnie wspomina, że wkrótce założy wysokie buty, ale konsekwentnie udaje mu się od tego wymigać.




Od południa pogoda jak zwykle staje się coraz gorsza. Gdy dreptamy po morenie pełne słońce pali niemiłosiernie, ale z godziny na godzinę jest coraz chłodniej. Głównie za sprawą chmur, które przesłaniają stopniowo cały nieboskłon.  Odmianą dla moreny są kolejne lodowce boczne, których przechodzenie nie jest najprzyjemniejszą rzeczą, a i zapowiedzią warunków przyszłego marszu.
 Około 16:00 przed nami ukazuje się Polana Merzbahera, z oddali wyglądająca niczym usłana kartonowymi pudełkami zielona enklawa. To kontenery pracowników stacji meteorologicznej i namioty agencji turystycznych.




Widok niedalekiego celu motywuje nas do wytężone marszu. Nie bez znaczenia pozostają również burzowe chmury za naszymi plecami i wizja rychłego przemoknięcia.
Po około pół godziny wysiłku meldujemy się na polanie i witamy z młodym naczelnikiem. Skrzętnie korzystamy z możliwości darmowego rozbicia namiotów na ostatnim trawiastym terenie, wszak od jutra nie zaznamy już tej przyjemności.
Gdy zrzucamy na ziemię plecaki przychodzi burza. Namioty trzepoczą w rękach, a deszcz nie ułatwia zadania które wykonujemy już rutynowo. Z powodu silnego wichru mocno kotwiczymy je do ziemi, aby nie pofrunęły z naszym dobytkiem w środku. Wykonawszy zadanie idziemy do namiotu kuchennego, gdzie przygotowujemy kolację. Kilka dni siedzenia na ziemi i kamieniach sprawiają, że człowiek naprawdę docenia ławkę i pomieszczenie nieco większe niż dwuosobowy namiot.




W „kuchni” siedzimy aż do nocy delektując się wygodami miejsca. Gotujemy litry wody, rozmawiamy i staramy się wykonać czynności na przyszłość.  Przed wieczorem wychodzimy jeszcze na morenę, aby podziwiać niesamowity spektakl koloru i światłą jaki funduje nam kapryśna pogoda Tien Shanu. Jest po prostu pięknie i tylko wieczorny ziąb wgania nas do namiotów.




Wieczór na Polanie Merzbahera ma dla nas duże znaczenie motywacyjne. Zażywamy trochę wygody, regenerujemy siły dłuższym odpoczynkiem i napawamy się widokami, które wprost zachęcają do kontynuowania marszu bez względu na przeciwności.



Noc na Polanie Merzbahera uświadamia nas gdzie jesteśmy. W nocy temperatura spada prawie do zera, a pobudka przed świtem idzie bardzo mozolnie. Jak wskazuje GPS przed nami jeszcze 23 kilometry marszu i choć taką odległość bez problemu pokonuje się do popołudnia, tutaj przeczuwamy że najgorsze przed nami i lodowiec niełatwo odda każdy metr.




Pomimo szczerych chęci odrobina  luksusu spowalnia bardzo nasze pakowanie. Można skorzystać z kuchni czy toalety, jest trochę wygodniej niż zwykle i automatycznie człowiek przestaje się spieszyć.
Ja poświęcam dużo czasu na opatrywanie stóp. Wczorajsze niedopilnowanie suszenia doskonale widoczne jest na moich piętach. Na jednych, niewygojonych obtarciach porobiły się kolejne i teraz jakiekolwiek założenie buta sprawia problemy. Z braku lepszych środków próbuję zamieniać się z Marcinem za botki, czy buty ale eksperymenty nie wychodzą. Na stopy zaczyna również narzekać Janek, który dziś również je bandażuje przed założeniem skarpet. Marcin natomiast  po raz pierwszy zakłada swoje wysokie Zamberlany, które z definicji nie należą do najwygodniejszych.




W konsekwencji lenistwa i braku motywacji wychodzimy późno, bo prawie przed 9:00. Początkowo trasa wiedzie trudniejszym odcinkiem moreny bocznej, następnie schodzi na lodowiec. Przed opuszczeniem moreny długo zastanawiamy się, gdzie skierować kroki – znaki z kamieni kończą się, a jakakolwiek ścieżka zaciera.  Po dokładnym prześledzeniu mapy schodzimy prosto na lodowiec, chcąc osiągną pas czarnej moreny, który ciągnie się wstęgą po horyzont, na około ¼ jego szerokości. Dotarcie do celu, który majaczy niespełna kilkaset metrów dalej przysparza nam nie lada przygód. Kluczenie po lodowcu jest bardzo męczące. Z pozoru płaska nawierzchnia w rzeczywistości okazuje się pasem kilkunastometrowych wzgórz pokrytych ruchoma nawierzchnią. Trzeba niezwykle uważać na sypkie kamienie i lodowe zbocza pokryte skalnymi łupkami. Błądzimy, sugerując się tylko ogólnym kierunkiem północno wschodnim, prowadzącym do środka lodowca.
Droga bardzo się dłuży, a świadomość kroczenia po tak niepewnym terenie ciąży każdemu na psychice. W pewnym momencie idąc w awangardzie wchodzę na duże głazy, które momentalnie uciekają mi spod nóg. Kątem oka dostrzegam, że wpadają one w szczelinę, którą zasłaniały. Momentalnie padam na bok i rozbijam kolano tym razem prawe kolano  o głaz leżący nieopodal. Pod sobą ciągle czuje ruchome kamienia nad szczeliną. Na szczęście zaraz za mną jest Janusz, który podaje mi dłoń i wyciąga na w miarę stabilny grunt. Mogło być groźnie ale skończyło się tylko na powierzchownym zranieniu.




Niebawem po tym incydencie docieramy wreszcie do rzeczonej moreny i momentalnie dostrzegamy kopczyki znaczące drogę. Choć straciliśmy dużo nerwów i czasu jesteśmy już spokojniejsi wiedząc że zmierzamy właściwą trasą. Dalsza część dnia upływa na szukaniu drogi i trzymaniu się brązowych skał moreny. Nie jest to trudne, bo oddalać się lekko w innym kierunku od razu trafia się na teren z którego szybko trzeba uciekać.
Dziś już konsekwentnie podchodząc do problemu stóp regularnie poddaję je długiemu procesowi suszenia. Podczas jednego z takich postojów dociera do nas samotny Czech. Jak się okazuje również idzie sobie pod Khan Tengri od południa, tylko że ma wykupione zakwaterowanie w obozach agencyjnych. Przy tym nie wydaje się być zbyt rozmowny i wylewny, toteż po wymianie paru zdań i uśmiechów rozdzielamy się. Jeszcze nieraz przyjdzie nam spotkać się w drodze do Base Camp.




Zgodnie  z przewidywaniami po południu pogoda się psuje. Dziś jednak chyba na poważnie. Choć przed nami ośnieżone szyty widoczne są na tle błękitu, to od strony zachodniej lodowiec posępnieje. Zbliża się do nas pas ciemnych chmur i jakby mgła, która najprawdopodobniej jest deszczem. Gdy zachodzi słońce momentalnie robi się chłodno i zaczynamy doceniać, że dziś pierwszy raz założyliśmy nieprzemakalne, długie spodnie.
Przeczuwając nadciągającą zawieruchę staramy się zwiększyć tempo. Mijamy kolejne lodowe wzniesienia przekraczamy potoki, w nieskończoność. Na szczęście burzowy front porusza się wolno i mamy jeszcze trochę czasu. Obóz Komsomoł, jak głosi napis na drewnianej desce, wyłania się niespodziewanie wśród lodu około godziny 16:00. Przed nami widzimy Czecha, który po dotarciu na miejsce od razu zaszywa się w agencyjne namioty.




Nasza czwórka nie ma tyle szczęścia co słowiański kolega i swoje apartamenty musi dopiero rozłożyć. Dziś zajmuje to trochę czasu bo zanim zaczniemy bawić się z namiotami musimy wyłożyć „podłogi” z płaskich kamieni. Od lodu ciągnie zimnem, a zbierająca się z deszczu woda mogłaby nas podtopić od podłogi. W biwakowych czynnościach prześcigamy się z naturą. Niebawem przychodzi wiatr i grzmoty. Zaczyna padać akurat gdy kończymy rozkładać namioty. Już w deszczu wraz z Januszem biegniemy po wodę, a potem zaszywamy się w naszych poliestrowych domkach.
Niedługo potem burza szaleje na całego, a wiatr łopocze płótnem namiotu jak szmatą. Nieraz obawiamy się, czy mocowanie wytrzyma, ale ostatecznie konstrukcja pozostaje nienaruszona. W takiej aurze kiblujemy do wieczora, wykonując wszystkie obozowe czynności w namiotach. Nie przestaje lać, więc o jakimkolwiek wyjściu nawet nie ma mowy. Wszystko to możliwe odkładamy na jutrzejszy poranek, po czym idziemy spać.


27 lipca





Rankiem pogoda się stabilizuje, lecz nie jest już tak słoneczna jak co dzień. Jest za to zimno i wieje, choć z pewnością mogło być gorzej. Bez motywacji budzimy się więc  i załatwiamy wszystko w czym przeszkodził wczorajszy deszcz. Pakowanie znowu się przeciąga i planowane wyjście o 8:00 trzeba trochę przełożyć. Namioty muszą podeschnąć, nogi trzeba starannie zawinąć w bandaże, a po drodze wykonać jeszcze kilka dziwnych czynności.
Ostatecznie wychodzimy przed 9:00 i próbujemy znaleźć właściwą drogę. Najgorszy zawsze jest początek i wyjście z obozu. Na początku musimy zmienić morenę, gdyż ta którą zmierzaliśmy do tej pory urywa się i przechodzi w lodowiec boczny. Od tej położonej głębiej dzieli nas za to strefa bielutkiego lodu w postaci pasa niewielkich wzgórz. Początkowo  nie trafiamy na ścieżkę, ale idziemy po swojemu, lepiej lub gorzej wybierając szlak. Po około pół godziny kluczenia wśród lodu, docieramy wreszcie do brunatnej moreny, gdzie widnieją już kamienne kopczyki. Za nimi kierujemy się dalej na wschód, drogą monotonną jak flaki z olejem, wśród monotonnego krajobrazu. Wkrótce dogania nas i Czech, choć on widocznie ze swoimi problemami i własnym tempem nie chce wchodzić z nami w komitywę.




Smętne humory nieco poprawiają się, gdy wychodzi słońce, a chmury trochę rozrzedzają. Niebawem podczas obserwacji okolicznych szczytów, na południu dostrzegam znajomy ze zdjęć kształt. Tak, to on – Pik Pabiedy z charakterystyczną długą granią zakończoną kopułą szczytową. Komunikuję odkrycie chłopakom, którzy jednak nie przejawiają entuzjazmu. Mi natomiast sam widok przynosi dużo satysfakcji i kształtuje przeświadczenie, że już prawie jesteśmy na miejscu. Choć kolana bolą, właśnie dziś czuje przypływ energii. Widzę natomiast, że chłopaki poza Januszem nie są już pierwszej świeżości, a Janek co chwilę zatrzymuje się na odpoczynek. Proponuję mu zamianę plecaków, ale on jest konsekwentny i nie daje się przekonać. Wkrótce okaże się, że zachowanie statusu quo było dla mojego zdrowia wskazane…




Około południa długo zastanawiamy się, czy zbaczać ze ścieżki i odwiedzać przedostatni komercyjny obóz na trasie – tzw. Diki. Widzimy, że w jego kierunku poszedł już Czech i tam również prowadzą znaki. Decydujemy się iść do obozu, choć niebawem przyjdzie nam żałować tego wyboru. Dopiero po pół godziny widzimy namioty położone, około kilometr od głównej ścieżki. Upragnionego odpoczynku w obozie nie będzie, za to pojawia się złość i pretensje do własnej naiwności. Trzeba było jednak iść dalej moreną, teraz pozostaje zacisnąć zęby i szukać drogi na skróty w trudnym terenie. Choć zazwyczaj takie eksperymenty nie popłacają, tym razem mamy szczęście. Choć nie bez problemów i nie bez kluczenia, to jednak w miarę gładko przechodzimy pasy moren i lodu, by wreszcie wgramolić się na tą właściwą. Dalej staramy się iść za znakami i nie kombinować. Idąc według mapy, teraz ponownie musimy zmienić morenę na równoległą. Po chwili z oddali wyłania się również znajoma postać Czecha, który od tego momentu widocznie postanawia tłuc się razem z nami.




Idzie więc w piątkę wyszukując kopczyków i spoglądając na zbawczy wschód. Według GPSu do bazy pozostało już niewiele – bagatela trzy czy cztery kilometry w linii prostej. W normalnym terenie taki dystans pokonuje się w czterdzieści- pięćdziesiąt minut, Jednak zdecydowanie nie tutaj. Przechodzimy kilkaset metrów i ponownie gubimy rzadkie znaki. Postanawiamy więc kierować się bezpośrednio na morenę, widoczną w oddali. Aby do niej dotrzeć musimy pokonać szeroki pas szczerego lodu, który bieli się pofalowanymi wzgórzami. Początkowo nie jest to skomplikowane, gdyż jak to w życiu bywa – łatwiej w trudny teren wejść, niż znaleźć z niego wyjście. Tak jest i tym razem. Wchodzimy na jedno lodowe wzgórze, schodzimy z niego, okrążamy kolejne, przeskakujemy strumień i nagle wyrasta przed nami uskok a pod nim wije się wstęga lodowcowej rzeki. Jednym słowem droga zamknięta. Obejście tego miejsca zdaje się niemożliwe, a kluczenie i wyszukiwanie niewiele pomaga. Nasza sytuacja z przyzwoitej przeistacza się w niezbyt kolorową. Dodatkowo niebo szarzeje i zaczyna kropić deszcz, co na lodowym podłożu oznacza ostrą jazdę. Teoretycznie mamy raki, ale nie chcę ubierać ich z dwóch powodów. Po pierwsze Janek przez pomyłkę wrzucił swoje do depozytu na śmigłowiec, po drugie rzeczony Czech drepcze wesoło w adidasach. Póki nie jest zbyt niebezpiecznie nie ma sensu chłopaków stresować.




Aby wyjść z niekomfortowej sytuacji decydujemy, że trzeba zawrócić, znaleźć znaki i iść właściwą drogą. Już zaczynam zawracać, gdy nagle dostrzegam, że wesoły Czech wybrał jednak drogę na skróty. Sam, w adidasach i krótkich spodniach. Chwilę zastanawiam się co robić, ale zaciskam zęby i zawracam. Chłopaki się zgadzają, że szkoda by było gdyby sobie biedak coś zrobił.




Wybieramy więc ciężką drogę na skróty. Wchodzimy na kolejne wzniesienia, schodzimy stromymi lodowymi zboczami i zaliczamy małe poślizgnięcia. Co jakiś czas ktoś pojedzie kawałek, ale nic poważnego się nie dzieje. Od moreny dzieli nas już około stu metrów, gdy trafiamy na barierę nie do pokonania. Wartka lodowcowa rzeka i strome zejście oznaczające drogę w jedną stronę ruchem przyspieszonym z twardym lądowaniem.  Po raz kolejny musimy szukać obejścia, choć i tym razem nie widzimy nic bezpiecznego. Wprawdzie pojawiają się wątpiące głosy i propozycje rozbijania tu biwaku, poza pomysłodawcą chyba nikt nie bierze idei poważnie. Decydujemy się działać i braku lepszej opcji wybieramy ryzykowne przejście wątłym lodowym mostem, który tworzy nad lodowcową rzeką coś w rodzaju szczeliny. Prowadzi Janek wraz z Czechem, ostrożnie badając drogę. Po przejściu na drugą stronę radośnie krzyczą, że stamtąd bezpiecznie da się zejść na morenę. Możemy więc odetchnąć na chwilę, by całkowite wytchnienie znaleźć dopiero po wejściu na jakże przeklinane kiedyś i upragnione teraz – szare kamienie.
W bezpiecznym terenie adrenalina spada i możemy odpocząć. Jesteśmy już na morenie i do obozu mamy „prostą” drogę. Niestety minęła godzina 17:00 a więc czas kiedy zazwyczaj już rozbijaliśmy biwak. Całodzienny marsz piątego dnia trekkingu daje o sobie znać i pomimo zadowolenia wszyscy są mniej lub bardziej zmęczeni.




Niewiele ponad dwa kilometry jakie pozostały nam do bazy ciągną się w nieskończoność. Wypiliśmy już całą wodę i zjedliśmy jedzenie przeznaczone na marsz. Nie mamy lepszego wyjścia niż utrzymywać wolne ale stabilne tempo i liczyć, że za kolejnym brunatnym wzgórzem ukażą się namioty. Po niespełna dwóch godzinach marszu nisko nad nami przelatuje śmigłowiec, który potwierdza że baza jest już niedaleko. I faktycznie – osiągając jeden z wyższych punktów zauważamy namioty przebiegające się wśród złomisk moreny wypłowiałą żółcią. Na długiej tyczce powiewa zaś radosna czerwona flaga – aby w międzynarodowym motłochu nie było wątpliwości co do przynależności państwowej tego terenu.
Na widok obozu wszystkim wracają siły. We trzech trzymamy się jakoś razem, za to Marcin widocznie opadł z sił i snuje się raz kilkadziesiąt, a czasem i kilkaset metrów z tyłu. Pewnie jak i my radośnie przyjął wieść o rychłym końcu wędrówki.




Czech który w  niepewnym terenie szedł z nami, teraz wystrzelił bez słowa do przodu i tyle zostało nam z jego towarzystwa. Do bazy dochodzimy zaraz za nim i witamy się z międzynarodowym towarzystwem. Baza wygląda nader komercyjnie, nawet bardziej niż się spodziewałem. Wszystkie namioty jednakowe, a alpiniści błyszczą sprzętem z najwyższych półek. Nie wysilam się w długi konwersację i z takowej wyrywam Janka, gdyż chcę jak najszybciej zrzucić plecak i lec w namiocie. Idziemy do naczelnika obozu, za wskazaniami któregoś z alpinistów. Spotykamy go w centralnym obozie okraszonym wysoką anteną, a rozmowa przebiega raczej niczym poselstwo wśród wrogów.




- Dzień dobry, idziemy na Khana i chcieliśmy przenocować u was – mówię zdecydowanie
- A wy z jakiej agencji?
- Bez żadnej agencji, sami idziemy – odpowiadam z nutką dumy w głosie
- To tam jest Khan, i możecie sobie iść! - wskazuje lekceważąco ręką ku górze zbijając mnie z tropu. Starszy, żylasty Rosjanin nie sili się na uprzejmości. Mierząc go wzrokiem pytam jeszcze o nasz bagaż i dowiaduję się, że musiał zapewne trafić do sąsiedniej bazy.
- Tutaj jest jakaś druga baza?
- No jest. Tutaj Ak Sai, a tam Tien Shan Travel – odpowiada Rosjanin machając paluchem w tym samym kierunku co poprzednio.
- A jak długo się tam idzie?
- Po ścieżce będzie z pół godziny.
Ostatnie zdanie jakie wypowiada naczelnik ostatecznie pogrzebuje nasze szanse na szybki odpoczynek. Nie ma czasu do stracenia – musimy iść aby zdążyć przed zmrokiem. Nie pokonujemy jednak nawet kilku kroków, gdy z tyłu odzywa się wątpiący głos. Marcin oświadcza że jest strasznie zmęczony i nie da rady iść dalej. Teraz nie możemy jednak zbyt wiele dyskutować i wiemy, iż musimy jakoś temu zaradzić, najlepiej terapią namawiająco-odciążeniową Każdy z naszej trójki bierze od Marcina część najcięższych rzeczy i pakuje do swojego plecaka. Następnie Janusz ma za zadanie powoli iść wraz z nim, a ja z Jankiem szybko staramy się dotrzeć do Bazy Tien Shan i przygotować nocleg. Do szybkiego marszu ostatecznie zachęca nas mocne tąpnięcie lodowca pod naszymi stopami oznajmiająca potęgę matki natury u której jesteśmy teraz gośćmi.




Ostatni odcinek mierzy dwa kilometry i zajmuje nam faktycznie około pół godziny. Po drodze przechodzimy obok charakterystycznego, powykręcanego wraku śmigłowca i mijamy pozostałości baz z poprzednich lat, które walają się po morenie.
W bazie Tien Shan Travel panuje inny nastrój. Ludzi mniej, spokojnie i kierownictwo młode. Z oddali widzimy grupkę zarośniętych facetów, witamy się ze wszystkimi i zaczynamy rozmowę z około trzydziestoletnim naczelnikiem – Saszą.
- Dzień dobry. My z Polski, na Chan przyszliśmy. Ile kosztuje u was namiot bazowy?
- 5 euro za osobę – nasze oczy zabłysły równocześnie.
- A gdzie woda
- Tam. W beczkach.
- Gdzie kibel?
- Tam
- Nasz bagaż przyleciał do was z Mayda Adir
- Tak, jest w namiocie.
- To bierzemy namioty na cztery osoby. Do widzenia.
I rozmowa zakończona. Nie mamy siły i ochoty na dalsze pogawędki. Jeden z Rosjan wskazuje nam depozyt, kolejny zaś prowadzi do dwóch przestronnych namiotów, które co najważniejsze posiadają prawdziwą cieplutką podłogę z desek.
Kilkanaście minut później przychodzi Marcin z Januszem, a my w międzyczasie poznajemy dwóch Polaków, którzy pomieszkują sobie w obozie. Około pięćdziesięcioletni Irek to człowiek nie do przegadania. Pomimo iż ze stabilizatorem na kolanie, doszedł do obozu drugiego i tyle wystarczyło mu aby osiągnąć cel pokonania swoich słabości. Mariusz zaś po raz kolejny wybiera się na Pik Pabiedy chcąc uprzednio aklimatyzacyjnie zdobyć Khana od południa. Z towarzystwem nie wdajemy się jednak w dłuższe dyskusje, gdyż priorytetem jest ogarnięcie biwaku.
W Base Camp dowiadujemy się przede wszystkim, że dziś miał miejsce wypadek. Około 8:00 rano w kuluarze Siemionowa zeszła lawina, czego efektem była śmierć jednego i poturbowanie kilku alpinistów. Wieść ta jeży nam włosy na ciele i wzbudza niepokój. Póki co chcemy o nie zapomnieć. Świadomość, że za dwa czy trzy dni będziemy przechodzić przez miejsce gdzie dziś zginął człowiek jest dzisiaj zbyt przygniatająca. Lepiej nie myśleć i dać upust zmęczeniu organizmu.
Na miejscu szybko robię miejsce Marcinowi i z nim zajmuję duży, zielony namiot, gdzie upychamy również depozyt. Janek wraz z Januszem kierują się do drugiego.  Wieczorem gotując wodę i przygotowując liofile wspólnie debatujemy nad dalszymi planami. Po chwilowym odpoczynku, przyjęciu ciepłego płynu i żywności, w Marcina wraca życie. Postanawiamy, iż następny dzień przeznaczamy na Rest , a kolejnego wyjdziemy założyć Camp 1. Pomimo zmęczenia nastroje są bardzo dobre. Cieszymy się, że wreszcie znaleźliśmy się na właściwym miejscu i siedzimy w ciepłych śpiworach wśród ludzi naszego pokroju. Z optymizmem na ustach i głowami pełnymi planów idziemy spać przed północą.

Tomasz Duda

Ciąg dalszy niebawem...


Offline petelicki

Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowiedź #1 dnia: Wrzesień 16, 2014, 14:13:56 »
Super relacja, czekam na dalszą cześć!
"Kto nie maszeruje ten ginie."


Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowiedź #3 dnia: Wrzesień 19, 2014, 23:43:57 »
Tomasz Duda świetna relacja, szkoda że nie mieliśmy możliwości na dłuższą pogawędkę u księdza nad Issyk Kul'em :)
Od śmierci w dolinach zachowaj nas, Panie

Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowiedź #4 dnia: Wrzesień 21, 2014, 00:43:47 »
Jeszcze jest na to czas. Gdzieś, kiedyś, w górach :)

Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowiedź #5 dnia: Październik 18, 2014, 21:08:26 »
We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014 - część II (Akcja górska)


28 lipca
Na pierwszy nocleg w bazie nikt nie nastawia budzika. Jesteśmy mniej lub bardziej zmęczeni i póki co nigdzie nam się nie spieszy. Można powiedzieć, że do rana następuje świadoma „odcinka” od problemów, perspektyw i trudów. Rzecz niezwykle do regeneracji potrzebna i podyktowana przez organizmy i własną psychikę. Należy nam się - osiągnęliśmy przecież sukces i wytrwaliśmy w trudach trekkingu docierając w znośnym stanie do pierwszego checkpointu na trasie. Mamy co jeść, śpimy na cieplutkich deskach, w przestronnych bazowych namiotach i puchowych śpiworach – żyć nie umierać. I chociaż tak to wygląda z optymistycznej strony, ranek przynosi nowe problemy i rozmyślania.




Koniec końców nikt długo nie śpi. Nie przyzwyczajeni do obecności większej ilości osób, budzimy się około 8:00, stymulowani odgłosami ruchu w obozie. Pomimo porannego chłodu nie zagrzewam miejsca w śpiworze, tylko czym prędzej wychodzę na zewnątrz. To co oglądam, przerasta moje najśmielsze oczekiwania. Khan Tengri w całej swojej krasie prezentuje się na tle lodowca. Pierwszy widok na górę wprost zapiera dech w piersiach. Idealna piramida po której przetaczają się rzadkie chmury, wystająca ponad horyzont charakterystycznym ostrzem. Na pierwszym planie słynna marmurowa grań – cóż więcej można chcieć do szczęścia? Ja mam już zupełnie wszystko.
Do namiotu wracam nabuzowany nową energią i przekazuję spostrzeżenia Marcinowi. Ten niestety nie przejawia szczególnego optymizmu, a i wygląda nie najlepiej. Na twarzy odbija mu się wczorajsze zmęczenie – wiem, że dziś już nigdzie nie pójdzie. Ponadto Marcin pokazuje mi skutki marszu w wysokich butach – odparzony i obtarty do krwi goleń, który czym prędzej trzeba smarować Argosulfanem.




Podczas pierwszych porannych czynności dostrzegam również u siebie skutki wczorajszego chodzenia. Felerne, lewe kolano spuchło jak balon, a zgięcie go bardziej niż do kąta prostego jest zupełnie niemożliwe. Pomijając kwestie wyjścia na górę, to na samą myśl o potrzebie skorzystania z „kucanego” kibla mam zero pomysłów i poważne obawy. Z dzisiejszej perspektywy to zabawne, ale w tamtych chwilach z pewnością takie nie było. Podczas gdy chłopaki ogarniają swoje sprawy, ja zasięgam języka wśród lokatorów bazy. Mariusz radzi mi okładać kolano lodem i nie ruszać się. Irek natomiast błyskawicznie przynosi mi z namiotu zastrzyki sterydowe. Jak mówi – jemu samemu lekarz dał je na kolano, a teraz mi mogą się przydać. Namawia mnie, abym zaaplikował je od razu, choć mam do tego spore obawy. Nie jestem lekarzem i wolę zostawić zastrzyki na ostateczność, kiedy nie mógłbym się po prostu ruszyć. Tak obdarowany z jednej strony jestem spokojniejszy, z drugiej mam świadomość że to już nie przelewki i o  ile do góry jakoś się podejdzie, to największym kłopotem dla felernego kolana pozostanie zejście.
Pomimo iż dziś planowaliśmy odpoczynek, Janusz i Janek oferują się z inicjatywą wyjścia do Camp 1 z częścią rzeczy i założeniem obozu. Odradzam im ten pomysł, choć z drugiej strony wiem, że przy naszej skromnej puli czasowej będzie on taktycznie dobrym rozwiązaniem i pozwoli zaoszczędzić jeden dzień na akcję górską. Chłopaki nie dają się przekonać do restu, choć przynajmniej przekonuje ich do powrotu dzisiaj do Base Camp, aby lepiej odpocząć w namiotach bazowych. Jest już 11:00, więc aby zdążyli dojść w obie strony muszą się spieszyć. Choć według Irka droga zajmuje około 2,5 godziny, to jednak nic nie wiadomo i lepiej być przygotowanym na dłuższy wariant. Podczas gdy chłopaki szybko się pakują, ja gotuję im liofile aby zdążyli jeszcze zjeść przed wyjściem. 
Około południa Janusz z Jankiem wychodzą, Marcin śpi, a ja staram się załatwić obozowe sprawy. Korzystam z telefonu satelitarnego i dzwonię do Marcina S. w Polsce, informując go o naszej sytuacji. Od ostatniego kontaktu minęło trochę czasu, a warto uspokoić rodzinę i znajomych.




Po południu pogoda pogarsza się, a mi pozostaje zaszyć się w namiocie i z lodem na kolanie, zajmować dobytkiem i rozmyślać o logistyce akcji górskiej. Zadań nie mam zbyt wiele i po kilku godzinach zaczynam myśleć o naszych perspektywach, które widzę w ciemnych barwach. Problemy zdrowotne, wczorajsza informacja o wypadku, mało czasu, a wszystko spowodowane bieżącym brakiem zadań i mgłą wokół. Zaczynam się czuć naprawdę kiepsko i w porę z podłego nastroju wyrywa mnie dźwięk krótkofalówki. Po niecałych trzech godzinach od wyjścia chłopaki założyli Camp 1, zostawili depozyt i zaczynają wracać. Dobra wiadomość i wesoły głos Janusza odrywa mnie od czarnych myśli. Pod koniec dnia również ożywia się Marcin, który już zdążył solidnie wypocząć i wygląda o niebo lepiej niż rano. W oczekiwaniu na Janusza i Janka rozmawiamy gotując wodę.
Chłopaki wracają przed zmierzchem, zadowoleni z wykonanego zadania. Wszyscy mamy z czego się cieszyć i w naszym namiocie urządzamy sutą kolację. Spożywamy również prawdziwy rarytas – arbuza zostawionego nam przez którąś z międzynarodowych ekip, opuszczającą Base Camp. Działa prawdziwy klimat bazy – cicho, ciepło i stabilnie. Trzeba to wykorzystać, przecież już jutro wychodzimy do góry.



29 lipiec
Pomimo wieczornych opadów śniegu i kiepskiej pogody, dzień po raz kolejny rozpoczyna się pięknie. Jak to w bazie, znowu nie nastawiamy budzików, a rytm wstawania dostosowujemy do rytmu działania Base Camp. Krzątanina na zewnątrz szybko budzi mieszkańców namiotów i zgodnie z efektem domina po godzinie cała baza już tętni życiem.




Pakujemy się powoli i leniwie, zabierając sprzęt który będzie potrzebny nam na górze. Potrzebny sprzęt, czyli właściwie wszystko. Do depozytu z Base Camp wrzucamy zbędne małe przedmioty i jedną rację żywnościową – „na czarną godzinę”.
Poranna obdukcja kolana nie wykazuje zmian, z czego jestem zadowolony. Jeśli nie ma poprawy status quo to najlepsza oznaka, którą zawsze można się pocieszać. Przed wyjściem chłopaki po raz kolejny odciążają mój plecak, tak że dziś waży naprawdę niewiele. Inaczej już pomóc mi nie mogą.
Około południa załatwiamy ostatnie formalności i płatności bazowe, po czym jesteśmy już w pełni gotowi do wyjścia. Na horyzoncie sterczy charakterystyczna sylwetka Khana, którą wykorzystujemy do pozowanych grupowych zdjęć. Kilka minut przed wyjściem na akcję górską to chyba najlepszy moment na grupową fotografię. Przez te kilka dni wiele się jeszcze może wydarzyć.




W kilka ostatnich minut żegnamy się z mieszkańcami bazy i naczelnikiem Saszą, po czym kierujemy swoje kroki na wschód. Trasa biegnie początkowo moreną, ścieżką znaczoną przez znajome już kamienne kopczyki. Następnie wchodzi na pas wzgórz lodowych, gdzie za śladami czerwonych traserów odnajdujemy właściwy szlak. Po skoku przez rzeczkę lodowcową osiągamy właściwy lodowiec.
Jako iż Janusz z Jankiem szli wczoraj tą drogą, zachęcam ich do prowadzenia. W pełnym słońcu które mocno dogrzewa jest stosunkowo ciepło, toteż często się zatrzymujemy. Nie ma pośpiechu ani żadnych wyścigów, przeciwnie – lodowiec jest w zupełności pusty i oprócz nas nie widać żywego ducha. Trasa jaką wybiera Janusz wiedzie łukiem przewie aż do przeciwległego „brzegu” lodowca a następnie wzdłuż moreny. Pod koniec drogi musimy przeskoczyć kilka poważniejszych szczelin, choć brak świeżego śniegu i stabilny teren nie wymaga wiązania się.




Okolicę Camp 1 osiągamy po około 2,5 godziny marszu. Miejsce wygląda jakby na opuszczone i sprawia bardzo przygnębiające wrażenie. Poza dwójką Rosjan którzy zmierzali do bazy nie ma tu zupełnie nikogo. Jedyną oznakę, że tutaj faktycznie znajduje się obóz stanowi kilka namiotów „agencyjnych” i nasz czerwony Husky, odcinający się od otoczenia.
Nie wiem czy za braku lepszego zajęcia, czy kierowany ciekawością chcę zobaczyć co czeka nas jutro i obejrzeć choć z oddali kuluar Siemionowa. Nie lubię chodzić całkiem nieznanym terenem, a w nocy niewiele będzie można rozróżnić.  Wysuwam więc propozycję spaceru z której korzystają Janek i Janusz. Idziemy kilkaset metrów moreną i zatrzymujemy się dopiero naprzeciw słynnej butelki. Kuluar jest szary, mocno postrzępiony rysami szczelin i stosunkowo stromy. W górnej części ewidentnie zakręca w prawo, gdzie znajduje się tzw. szyjka butelki i bariera seraków. Tysiąc metrów nad kuluarem wisi natomiast niczym miecz Demoklesa grań Piku Czapajewa zakończona lodowymi nawisami serakóe – sprawca większości wypadków i tragedii w okolicy. Nic dziwnego, aż strach pomyśleć jakiej prędkości nabiera lodowa lawina spadająca z takiej wysokości i jaki musi mieć zasięg.
Z większą wiedzą o przyszłej drodze, choć z pewnością nie spokojniejsi wracamy do namiotu. Jako iż nie chce nam się bawić ze składaniem w nocy jednego z naszych schronień postanawiamy skorzystać z przybytku agencji turystycznych. Ja wraz z Marcinem zajmuję tym samym czerwony namiot Janusza, a pozostała dwójka na nocleg udaje się do pomarańczowego „Red Foxa”.




W Camp 1 już po raz wtóry zmagamy się z przepakowywaniem. Coś co na nizinach wydawałoby się błahostką, tutaj zajmuje dużo czasu, fatygi i myśli. Żaden gram nie może być zabrany niepotrzebnie, jeśli w grę wchodzi szybkie poruszanie się w kuluarze, od którego może zależeć życie. Wnioskuję, że na aklimatyzację będziemy potrzebować nie więcej niż pięć racji dziennych pożywienia, a poza tym trzeba zostawić tu kolejny depozyt. Na tym etapie całym sprzętem dzielimy się już po równo i nie ma dla mnie lepszego traktowania jak do tej pory. Z jednej strony zastanawiam się, jak kolano zachowa się wyżej, ale z drugiej jestem spokojniejszy psychicznie – z lżejszym plecakiem lepiej się idzie fizycznie, ale odebrany balast ciąży na psychice i sumieniu, że inni się muszą męczyć.




Wieczorem Camp 1 powoli zaludnia się alpinistami. W ciągu kilku godzin schodzi się co najmniej kilkanaście osób różnej narodowości, którzy jutro planują wychodzić. Z zasięgniętych informacji odcinek „lawiniasty” trzeba przejść do 8:00 rano, a barierę seraków do 9:00. Oczywiście godziny te są bardzo umowne, ale nie pozostaje niż lepszego niż zaufanie lokalnym przewodnikom i ich doświadczeniu. Postanawiamy wyjść o 2:30 co samo w sobie nie jest takie oczywiste. Z jednej strony nie mamy aklimatyzacji i będziemy iść wolniej od innych ekip, z drugiej nie znamy drogi i możemy łatwo pogubić się w ciemnościach na lodowcu.
Ostatni posiłek i pakowanie zajmuje nam długo czasu. Pierwotnie planowaliśmy położyć się spać około 20:00, ale ta godzina zastaje nas jeszcze „w proszku”. Po zapadnięciu zmroku w obozie robi się bardzo zimno i mróz ścian wszystko w parę chwil. Dopiero około 22:00 jesteśmy przygotowani do wyjścia i kładziemy się do śpiworów.
Przed zaśnięciem w głowie kołatają mi się setki myśli, a przed oczyma widzę szarą gardziel kuluaru. Mam przeczucie, że chyba każdy z naszej czwórki mierzy się teraz z obawami i strachem co do jutrzejszego dnia. Dnia którego świadomość ciążyła na nas jeszcze przed wyjazdem, a już za kilka godzin ma się zmaterializować.


30 lipca
O 1:30 budziki wyrywają nas z głębokiego snu i swoim wrzaskiem zapowiadają znaczący dzień. Na zewnątrz musi być bardzo zimno, bo po przebudzeniu dreszcze przychodzą niemal automatycznie. Wraz z Marcinem uznajemy, że komfort jest nie wart wychodzenia ze śpiworów i przygotowania do wyjścia na ile to możliwe robimy zawinięci w kokony. Trzeba przyznać, że wprawdzie jest niewygodnie, ale ciepło. Nie mamy czasu na śniadanie, toteż ssaniu w żołądku zapobiegamy przyjęciem batona. Pomimo żmudnych wieczornych przygotowań, pakowanie przeciąga się. Dopiero o 2:30 jesteśmy już ubrani, mamy na sobie uprzęże i z żalem musimy spakować również śpiwory.




Po wyjściu z przytulnego namiotu okazuje się, że w nocy padał śnieg i przykrył cienką warstwą cały obóz. W innych namiotach natomiast trwa krzątanina. Z pewnością nikt nie lekceważy tutaj nocnego wyjścia i zdaje sobie sprawę czym takie lekceważenie mogłoby się skoczyć.
Camp 1 opuszczamy około 2:40, zostawiając w nim czerwony namiot Janusza.  Na początku zamiast od razu wejść na lodowiec próbujemy podejść trochę moreną. Pomysł okazuje się kiepski, a szczeliny zmuszają nas do powrotu i skierowania się bezpośrednio na łuk kuluaru. Przed nami widać dwa światełka, które po jakimś czasie znikają. Prowadzę i idę trochę po omacku. Śladów nie ma,  a na zachmurzonym niebie brakuje dziś księżyca i gwiazd, które mogłyby oświetlić drogę. Idę więc w świetle czołówki i kieruję się najpierw za światełkami, a gdy one znikają pozostaje mi tylko intuicja. Na początku teren jest łatwy, pozbawiony szczelin  i stosunkowo płaski. Taki przyjemny marsz trwa około pół godziny. Gdy dochodzimy do pierwszego lodowego wzgórza spotykamy tam Mariusza (spotkanego w bazie) wraz ze starszym Rosjaninem. To odpowiedni moment, aby się związać i założyć raki. Te z pozoru rutynowe czynności zajmują nam ponad dwadzieścia minut. Zwracam tu szczególną uwagę na czas, gdyż każdy wie, że felerny odcinek trzeba przejść jak najwcześniej i każdej straconej sekundy można później żałować.




Po związaniu się wraz z Jankiem, jako prowadzący pierwszego zespołu i całej grupy wychodzę za lodowe wzgórze szukać chorągiewek. Marcin wraz z Januszem również szybko kończą swoje supełki i wychodzą w ślad za nami. Pierwsze oznaczenie ścieżki spotykam już po paru minutach i od tego czasu trasa jest już widoczna. Teren zaczyna stawać dęba, a po drodze pojawiają się szczeliny. Niektóre z nich są oporęczowane i na początku wpinam nawet małpę w dwie liny. Szybko jednak zarzucam ten pomysł z uwagi na oszczędność czasu. Szczeliny są dość szerokie. Czasem trzeba skakać ponad metr i w żaden sposób nie można ich obejść.
Subiektywnie idzie mi się bardzo dobrze. Krok za krokiem, systematycznie do przodu. Podczas marszu robimy tylko dwie przerwy, a w sytuacjach zmęczenia staram się z powodzeniem motywować Janka do wytężonego wysiłku w obawie o wspólne zdrowie. O ile nasz zespól sprawnie pokonuje metry, o tyle Janusz z Marcinem zostają systematycznie coraz dalej z tyłu. Nieraz odwracam się i widzę, iż Janusz nieraz ciągnie Marcina, który często się zatrzymuje.




Po około godzinie marszu zaczyna się rozwidniać. Z jednej strony oznacza to lepszą orientację, z drugiej stymuluje adrenalinę i świadczy o bezlitosnym upływie czasu, który nie ma dla nas zmiłowania. Początkowo niebo jest zachmurzone, ale wkrótce zaczyna się przejaśniać, a wraz z nim pierwsze promienie słońca padają na seraki Piku Czapajewa. Tak, choć próbujemy o tym zapomnieć przechodzimy po świeżych lawiniskach pod niemal tysiącmetrową ścianą Piku Czapajewa. Gdy osiągamy małe wywłaszczenie przed barierą seraków i możemy pozwolić sobie na chwilę wytchnienia, zaczynają schodzić pierwsze lawiny pyłowe. Niewielkie i niegroźne, choć Janusz i Janek którzy są jeszcze na odcinku zagrożonym z pewnością mają stracha.
Na wypłaszczeniu doganiamy idącego przed nami Mariusza i idziemy już bezpośrednio na nim. Od tego momentu śnieg staje się natomiast głęboki i po każdym kroku zapadamy się po kolana. Jesteśmy już na pięciu tysiącach metrów, więc taki marsz przychodzi bardzo żmudnie. Krok za krokiem pokonujemy trawers wprowadzający w seraki.
W barierze seraków nasze obawy o zdrowie tylko rosną. Najpierw trzeba pokonać podwójną i stromą szczelinę, która znaczy miejsce przełamania lodowego kolosa. Następnie idziemy labiryntem wśród ścian brył lodu, wielkości sporego domu jednorodzinnego. Jak na złość większość takich piramidalnych tworów zakończona jest na górze pokaźną i przewieszoną bryłą, która paranoicznie zdaje się jakby odrywać kiedy tylko na nią spojrzymy.




W tym odcinku nie idziemy już tak sprawnie jak wcześniej. Głęboki śnieg solidnie nas wymęczył, a brak aklimatyzacji daje się we znaki płytkim oddechem i szybkim biciem serca.
Ostatnią szczelinę pomiędzy serakami opuszczamy około 8:20 i szczęśliwy wychodzimy na płaski fragment lodowca. Od tego momentu nie spieszymy się. Krok za krokiem i wiele postojów – tak wygląda pokonanie ostatnich stu metrów do Camp 2.
W obozie jesteśmy około 9:00 i kontemplujemy okolicę. Nad nami widać marmurowe żebro i sylwetkę Khana, który z tej perspektywy wygląda nad wyraz płasko. Sam obóz natomiast to właściwie lodowe wzniesienie zakończone szczeliną. Mieści się tutaj cztery namioty, rozstawione na wszystkich  wolnych platformach. Choć wiatr wieje i po wysiłku najchętniej byśmy odpoczęli – trzeba brać się za kopanie platform. Na swój namiot znajduję płaskie miejsce na skraju obozu. Wystarczy tylko trochę podkopać i jakoś powinien się zmieścić. Kilkanaście minut po nas do obozu docierają Janusz z Marcinem i od tej pory praca idzie sprawnie. Wraz z Marcinem ustawiam namiot, a pozostała dwójka rąbie swoją platformę. Godzinę później schronienia już stoją zamocowane na czym się da – czekanach, śrubach i workach na śmieci wypchanych śniegiem.




Gdy już zabezpieczamy się przed czynnikami atmosferycznymi i siedzimy w ciepłych śpiworach można bliżej obejrzeć Camp 2, który jest naprawdę malutki. Namioty są zbite niemal w jedną masę, w odległości centymetrów od siebie. Nie skłamię gdy powiem, że śmiało można by podawać sobie kubek z wodą pomiędzy nimi, bez wychodzenia na zewnątrz. Z mojego namiotu, który stoi na jednym końcu obozowiska można bez przeszkód rozmawiać z chłopakami, których schronienie znajduje się na przeciwległym jego skraju, skądinąd kilka metrów dalej.
Po rozprawieniu się z biwakiem odkrywamy że nie ma jeszcze południa, a przed nami właściwie większa część dnia. Wykorzystujemy ją głownie na odpoczynek i gotowanie. Chociaż śnieg z tego miejsca do czystych nie należy i roztapiając go nieraz można liczyć na prezenty musimy się nawadniać i wokół palnika toczy się całe obozowe życie.
Gdy „wybija” godzina 14:00 do obozu dociera dwójka alpinistów. Biorąc pod uwagę, że ostatni przed nimi byli tu o 9:30, mocno zastanawiamy się nad ich poczynaniami. Czyżby byli nieświadomi niebezpieczeństw kuluaru Siemionowa, albo ze swego wyboru ryzykowali tak absurdalnie? Zastanawiając się nad pochodzeniem owych osobników, nagle w jednym z nich rozpoznaję Czecha, który w adidasach przemierzał z nami lodowiec ;). Konkluzja wywołuje tylko uśmiech.

Po południu pogoda która od rana nie była stabilna, psuje się ostatecznie. Zaczyna sypać śnieg, który prószy aż do samego wieczora. Choć nigdzie się nie ruszamy, to jednak utrudnia on funkcjonowanie. Gotowanie odbywa się przy zamkniętym tropiku, gdyż przy jego lekkim uchyleniu śnieg wwiewany jest do środka namiotu.
Wieczorem już możemy ocenić, że pomimo dużej różnicy wysokości od ostatniego noclegu i męczącego podejścia z językami na brodach, wraz z Marcinem czujemy się bardzo dobrze. Pytając o samopoczucie Janka i Janusza, poza nieznacznym bólem głowy u tego pierwszego, również otrzymuję zadowalającą odpowiedź. Pomiar puls oksymetrem tylko potwierdza nasze spostrzeżenia – saturacja wszystkich oscyluje około 80. Na dzień jutrzejszy planujemy Rest w Camp 2 i zdobywanie aklimatyzacji. Pomimo niesłabnących opadów nastroje dopisują, a perspektywy rysują się w ciepłych barwach.


31 lipca
Rest w górach charakteryzuje się u nas tym, iż planując taki dzień z założenia nie nastawiamy budzików. Trzeba dobrze się wyspać, albo odespać zaległości żeby mieć siłę na pokonanie kolejnego odcinka. Tak również jest dzisiaj i pomimo ścisku w obozie nikt nie pali się do wychodzenia. Śnieg choć lekko, to jednak stale sypie, a poprawa nie zapowiada się szybko.
Co ciekawe – nikt nie ma prognozy pogody albo nie chce zdradzić takowej. Poczynając od obsługi bazy, po samych alpinistów. Jeśli już takowa się pojawi to obejmuje najwyżej kolejną dobę i objawia się tłumnymi pielgrzymkami przez kuluar.




Tym razem jest jednak cicho. Mija godzina 9:00, a z dołu nikt jeszcze nie przyszedł – to chyba znak że na lepszą pogodę nie ma co liczyć.  Z wylegiwania się wyrywa nas dopiero Mariusz, który z namiotu nieopodal pyta, czy wybieramy się dziś co Camp 3. Trochę zdziwiony odpowiadam że chyba nie, choć wątpliwość w głosie jest zarodkiem nowego pomysłu.  Z jednej strony mieliśmy siedzieć i odpoczywać, ale z drugiej wszyscy czujemy się dobrze (chłopaki z namiotu obok również potwierdzają prawidłowe funkcjonowanie organizmów), a takie wyjście mogłoby oszczędzić nam sporo czasu i przecież Camp 3 pod przełęczą jest raptem 300-400 metrów wyżej.
Po takim szybkim „rachunku sumienia” proponuję chłopakom wyjście do kolejnego obozu. Po chwili zastanowienia wszyscy przytakują mi rację i od tego momentu wylegiwanie zamienia się w nerwowe pakowanie.
Chociaż Mariusz niebawem wychodzi, a śnieg zaczyna sypać coraz intensywniej humory nam dopisują. Świadomość, że za kilka godzin możemy znaleźć się kilkaset metrów wyżej działa bardzo motywująco. Gdy jesteśmy już spakowani, trzeba zlikwidować biwak. Nie przychodzi to łatwo, bo mocowania zasypał śnieg i zmroziła amplituda temperatury. Po kilkunastu minutach wraz z Marcinem jesteśmy już gotowi do wyjścia, a Janek z Januszem wydają się być jeszcze nieprzygotowani.
Tymczasem mam miejsce groźna sytuacja. W pewnym momencie podaje Marcinowi namiot, a ten przez nieuwagę zaczyna staczać się po zboczu. Widzimy jak mknie kilkadziesiąt metrów w dół, na szczęście omijając wszystkie szczeliny na swojej drodze. Mamy niesamowitego farta, że nie wpada do którejś z dziur, gdyż oznaczałoby to dla nas konieczność kopania jam i utratę wygodnego schronienia. Wkrótce po naszą zgubę schodzi Marcin, którego asekuruję na linie i po kilku minutach udaje mu się bezpiecznie wrócić.




Kilka minut później możemy wychodzić. Jako iż Marcin sugeruje, że z pewnością będzie szedł wolniej ode mnie i nie chce być ciągnięty, proponuję, aby dreptał pierwszy. Tak też robimy i jako pierwsza dwójka staramy się trafić na właściwą drogę. Niestety nie udaje się to za pierwszym podejściem. Śnieg gęstnieje i zakrywa jakiekolwiek ślady w parę minut. Marcin po przejściu kilkunastu metrów zawraca. Postanawiamy poczekać na Janka i Janusza i dopiero wyjść już razem.
Parę dłuższych chwil później zmierzamy ku przełęczy. Opady powoli zanikają, a śnieg ustępuje miejsca nieprzyjemnemu i silnemu wiatrowi.
Teraz ścieżka jest już widoczna, a ja idę ostatni. Nie spieszymy się, prowadzi Janusz i powoli krok na krokiem zdobywa wysokość. Niebawem zostawiamy za sobą namioty Camp 2, mijamy szerokie szczeliny i mozolnie pniemy się do góry.
Podczas trwania naszego marszu pogoda diametralnie się poprawia w ciągu niemal paru chwil. Chmury nagle znikają gdzieś w oddali, a wyłania się intensywny błękit nieba. Choć wiatr mocno zacina po twarzach tysiącami igiełek, to w tym momencie liczy się tylko chwila. Jest po prostu pięknie i co kilka kroków zatrzymuję się nie tylko stymulowany tempem Marcina, ale z potrzeby kontemplacji otocznia. Przed nami w oddali wyłania się przełęcz, na prawo coraz wyraźniejsze rysy grani zachodniej Khana widnieją na widnokręgu. Gdy zaś obrócę głowę w tył widzę Pik Pabiedy w całym swoim majestacie.




Początkowo sprawnie, im wyżej tym nogi stają się cięższe a świeży śnieg po kolana stawia coraz większy opór Będąc kilkaset metrów od przełęczy diametralnie tracimy na prędkości. Stok nagle nabiera na stromiźnie, a świadomość ograniczenia forsowania organizmu podczas aklimatyzacji sugeruje żeby zwolnić. Nie spieszymy się więc, choć i to tempo jest nie do wytrzymania dla niektórych. Marcin diametralnie zwalnia i zostaje w tyle. Sugeruje mi rozwiązanie się na co przystaję, gdyż na tym odcinku nie ma już szczelin.
Około 16:00 docieramy do Camp 3 na 5800 npm, osiągając niewielką grań oddzielającą stromy stok od szczelin znajdujących się przed stromym serakiem. Sam serak jest słusznych rozmiarów. To właściwie ściana czystego lodu, wysoka na kilkadziesiąt metrów i błyszcząca w pełnym słońcu. Miejsce nie jest zbytnio przychylne dla obozowiska. Po jednaj stronie stok, po drugiej szczeliny, nad głową serak, a za plecami zachodnia grań Khan Tengri która ma być naszym przyszłym celem. Widać również poręczówkę, wyprowadzającą na przełęcz.




Na małej grani Camp 3 stoi kilka małych namiotów, choć najgorsze wrażenie wzbudza ten zasypany i połamany który stoi niczym świadek potęgi natury. Chociaż ulokowani tu już alpiniści nie są z tego zbytnio szczęśliwi, wraz z Jankiem montujemy namiot pomiędzy dwoma innymi, uprzednio kopiąc odpowiednią platformę. Janusz i Marcin męczą się z drugim namiotem, który trzeba zabezpieczyć dużo bardziej, gdyż wraz z częścią jedzenia i sprzętu planujemy go tu pozostawić. Niebawem znajdzie się w głębokiej platformie po wewnętrznej stronie grani, solidnie zakotwiczony do podłoża.
W kilka chwil po tym gdy kończymy rozkładać biwak, słońce zachodzi za grań Piku Czapajewa i momentalnie robi się mroźno. Chowamy się do namiotów, zaszywamy w śpiwory, a mimo to drżymy z zimna gdyż jeszcze nie zdążyliśmy się przyzwyczaić. Ku naszemu zadowoleniu czujemy się nadspodziewanie dobrze, a jutro wcześnie rano planujemy schodzić do Camp 1.
Wieczór spędzamy na bezproduktywnych rozmowach oraz gotowaniu wody na posiłek i napoje. Ta czynność w górach wysokich staje się już niemalże rytuałem. Jeśli nie ma co robić to zawsze można ugotować dodatkową ilość cieczy, bo tego nigdy dość, a gdy spostrzegasz, że już długo nie piłeś i nie topiłeś wody, to najwyższy czas zacząć, aby zapobiec odwodnieniu.




W towarzystwie utrzymuje się wysokie morale a humory dopisują. Z namiotu słyszymy, jak Mariusz kontaktuje się przez radio z Szaszą z bazy i wspomina, że siedzimy tu razem z nim. Taka prosta rzecz, a świadomość łączności z kimkolwiek „tam na dole” bardzo podnosi na duchu.
Dwa dni spędzone powyżej Camp 1 wpływają bardzo korzystnie na moje kolano. Niezbyt szybkie tempo i godziny wyleżane w śpiworze przyspieszają regenerację. Myślę, że swój wkład ma również niska temperatura dzięki której opuchlizna zaczyna powoli schodzić.
Gdy zapada zmrok temperatura spada drastycznie, znacznie poniżej naszej tolerancji. Wyjście za potrzebą jest powodem do żartów i wyzwaniem, za osiągnięcie którego wygrywam z Jankiem „najlepsze piwo w TESCO” :D.  Natomiast widok, jaki roztacza się z Camp 3 dziś w nocy, jest chyba najbardziej spektakularnym jakiego doświadczyłem, doświadczam i być może doświadczę. Parę takich spektaklów wizualnych doświadcza się tylko kilka razy w życiu i dla mnie to był jeden z nich, kiedy czuje się życie i do życia nie jest już nic potrzebne. Niesamowicie rozgwieżdżone niebo wokoło, na lewo grań Khan Tengri, a przede mną Pik Pabiedy migoczący błyskami wyładowań przechodzącej w oddali burzy. Tak wpatrzony stoję kilka długich chwil, aż dreszcze wpędzają mnie do namiotu. Z takim też widokiem przed oczyma zasypiam i wiem, że jestem szczęśliwszym człowiekiem niż kilka godzin temu.





1 sierpnia
O 2:00 nad ranem z przyjemnego snu wyrywa mnie budzik. Choć niesamowicie nie chce mi się wstawać, czym prędzej budzę Janka aby nie zasnąć „przypadkiem” po wyłączeniu urządzenia jak nieraz się zdarzało (m.in. pod Leninem). Jakkolwiek, wokoło szron pokrył wszystko od tropiku  po podłogę, a pobudka w takich warunkach jest prawdziwą katuszą. Zbieramy się leniwie, zamglonymi oczyma próbując wychwycić w zakamarkach namiotu przedmioty, które trzeba spakować.  Z czasem uświadamiamy sobie, że musimy spakować namiot i potrzebujemy sprężyć się bardziej niż Janusz z Marcinem, których schronienie zostaje tu na następne dni. Wkrótce cały obóz ożywia się. Niektórzy wyruszają na atak szczytowy, obok nas Mariusz jest już na zaawansowanym etapie pakowania.
Koniec końców ze zwinięciem  namiotu pomaga nam Janusz i we trójkę możemy swobodnie okiełznać go na wietrze. Po tej czynności w świetle czołówek wiążemy się i około 4:20 zaczynamy schodzić.
Janek idzie przodem a ja z lepszej pozycji staram się koordynować jego drogę. Jeśli o nie chodzi, to zejście chcę wykonać jak najszybciej. Przy składaniu namiotu solidnie wymarzłem i teraz nie mogę powstrzymać dreszczy i ogrzać zgrabiałych kończyn. Ponad to powoli zaczyna wstawać dzień, a odcinek pomiędzy Camp 1 i Camp 2 trzeba pokonać prawie w biegu.




Do bariery seraków dochodzimy po godzinie schodzenia w łatwym terenie. Pomimo braku czasu nie mogę przegapić chwili i szybko robię zdjęcie wschodowi słońca nad Pikiem Pabiedy, który jest wprost konieczny do uwiecznienia. Po tej czynności szybko odzyskuję kontakt z rzeczywistością i zmuszam się do wytężonej koncentracji, tak niezbędnej przy przechodzeniu pomiędzy serakami i szczelinami.
W tym niebezpiecznym terenie nie dochodzimy zbyt daleko, gdy spotykamy Mariusza który wyruszył przed nami. Opady świeżego śniegu zasypały szczeliny i wszelkie ślady grubą warstwą śniegu, a alpinista idący sam boi się ryzykować i trudno mu się dziwić. Jako związani przejmujemy prowadzenie i próbując odtworzyć drogę do Camp 2 kierujemy się w nieznany teren. Asekuruję Janka, który idzie przodem, po kilku chwilach docierając do „znajomego” uskoku w formie szczeliny.
Dalej już droga jest znajoma a śniegu z kroku na krok coraz mniej. Szybko nabieramy tempa i staramy się błyskawicznie dojść do podstawy kuluaru. Na naszej drodze spotykamy już pierwszych podchodzących do Camp 2 – nagła poprawa pogody wygoniła z baz chyba wszystkich którzy planowali zdobyć tą górę. Teraz możemy ich obserwować jak mozolnie stawiają kolejne kroki, pozdrawiać i życzyć powodzenia. Zauważamy, że pomimo licznych dziur i ukrytych szczelin większość podchodzących nie widzi potrzeby wiązania się, mijamy raptem dwa zespoły linowe. Przed 7:00 jesteśmy już bezpieczni i zatrzymujemy się na potrzebny postój, delektując się batonami i porannymi promieniami słońca.




Już idąc do Camp 1 decydujemy, że wrócimy jednak do bazy. To tylko 2,5 h marszu, a komfort wypoczynku nieporównywalny. Pomijając kwestie wygody, to przygnębiający klimat tego opuszczonego miejsca nie sprzyja dłuższym posiedzeniom. W obozie spędzamy tylko chwil, zostawiając tu właściwie cały sprzęt, a zabierając tylko trochę jedzenia. W pewnym momencie Marcin ma widocznie jakąś chwilę zwątpienia i mówi że zastanawia się czy ogóle wychodzić drugi raz do góry, na atak szczytowy. Przyznam, że od jakiegoś czasu się obawiałem takiej wiadomości, ale nie dopuszczam jej do siebie. Tłumaczę mu, że ma już jakąś tam aklimatyzację i świadomość, że był już w Camp 3, a to najważniejsze. Drugie wejście będzie tylko łatwiejsze, a swoje interesy trzeba przedkładać nad dobro zespołu i całej wyprawy. Nawet gdy nie ma się siły czy chęci na zdobywanie szczytu to jednak w obozie przydadzą się dodatkowe ręce do gotowania wody, a na podejściu dodatkowy grzbiet do targania sprzętu i tym trzeba się kierować. Na szczęście Marcin nie jest oporny i szybko przekonujemy go do swoich racji, unikając sytuacji która przydarzyła się rok temu i była niemiła w skutkach (czytaj Pik Lenin 2013).
 Kilkanaście minut później idziemy w dalszą drogę. Z lekkimi plecakami pokonujemy trasę w dół lodowca Inlychek. Tym razem wybieram prostą drogę na wprost w kierunku obozu. Ta okazuje się nawet lepsza niż obrana poprzednio. Co prawda musimy przekroczyć trzy lodowcowe potoki, ale po drodze nie ma szczelin. Problem pojawia się dopiero, gdy szukamy traserów i odpowiedniego miejsca do wejścia na morenę. Nie mogąc znaleźć właściwego kluczymy między lodowymi wzgórzami będąc już tak blisko celu, ale upór przynosi efekty. W końcu ktoś znajduje chorągiewkę, a dalej już znaki wiodą prosto do celu.




W bazie jesteśmy około 9:30 i po przywitaniu lokujemy się w przestronnych namiotach. Na szczęście mnie z Marcinem przypada tek, co poprzednio, a Janek z Januszem dostają żółtego Marmota obok.
Pełne słońce jakie już pali niemiłosiernie wykorzystujemy do suszenia wszystkiego co tylko możliwe. W rezultacie teren wokół namiotów zamienia się w wielkie wysypisko śmieci. W bazie spotykamy kolejną dwójkę Polaków, którzy przyjechali tutaj pobiwakować w okolicy.  Ich historia jest długa, ale sprowadza się do tego, że nie będą zdobywać żadnego większego szczytu  w okolicy.
Urządziwszy się w bazie, po wykonaniu wszystkich niezbędnych czynności od jedzenia po „prysznic” chusteczkami nawilżającymi oddajemy się błogiemu stanowi wylegiwania i odpoczynku. Wszystkim należy się to w nadmiarze. Ktoś śpi, inni słuchają muzyki, mi wystarczy kończenie książki i rozmyślanie. Niestety z kalkulacji wynika, że jutro powinniśmy wyjść ponownie do góry…
Po południu ze szwajcarską precyzją pogoda psuje się, bazę ogarnia mgła i opady śniegu. Na gwałtowny spadek temperatury reagujemy otulając się w puchy i zaszywając w swoich namiotach.
Chyba wszyscy jesteśmy teraz zadowoleni. Wygodne namioty, znośna temperatura i względne bezpieczeństwo – można się wprost rozmarzyć, a już na pewno poczuć radość płynącą z prymitywnych wygód.


2 sierpnia
Jeśli w perspektywie ma się dobę odpoczynku przed kolejnym wyjściem, trzeba dobrze ją wykorzystać. I nie bez powodu użyłem słowa „doba”, a nie „dzień”. Całego dnia odpoczynku nie mamy, biorąc pod uwagę, że wczoraj schodziliśmy z Camp 3, a dziś wieczorem wychodzimy znowu do Camp 1. Można by stwierdzić, że taki pośpiech jest niewskazany. Niewskazany może i owszem, ale z naszej perspektywy niezbędny. Jak wcześniej już wspominałem, brakuje nam czasu, a lokalna pogoda jest całkowicie nieprzewidywalna. Wygodną i słuszną taktyką byłoby przesiedzieć tu jeszcze co najmniej dobę, ale takie postępowanie mogłoby zaważyć na powodzeniu całej akcji górskiej. Nie wiadomo ile przyjdzie nam czekać na pogodę, a jeśli już będziemy musieli, to lepiej odsiedzieć swoje w Camp 3 i zaatakować w czasie okna pogodowego, które z pewnością nie potrwa dłużej niż kilka dni. Z drugiej strony mam świadomość, że będzie niewygodnie, wypoczynek ustąpi miejsca wegetacji na 5800 npm , a poza tym jeszcze nie jesteśmy dobrze zaaklimatyzowani. Sam mam świadomość, że mój organizm potrzebuje trochę więcej czasu na oswojenie się z wysokością, ale interes wyprawy jest ważniejszy. Ze swoimi przemyśleniami i obawami dzielę się z chłopakami, aby było wiadomo, że to ryzykowny plan. Janek i Janusz rwą się do góry bardziej ode mnie, a Marcin nie ma zdania. Tym sposobem pomysł został zatwierdzony, a my mamy jeszcze co najmniej kilka godzin spokoju.




Piękny ranek i przedpołudnie poświęcamy na specyficzne obozowe czynności. Przede wszystkim trzeba obadać i doprowadzić do porządku drobne urazy. Janusz pokasłuje, Marcin smaruje i bandażuje obtarcia po butach, Jankowi nawet zagoiły się bąble na piętach i już nie owija stóp w bandaże. Moje stopy również wyglądają lepiej, ale jeszcze nie mogę pozwolić sobie na luksus chodzenia w samych skarpetach. Kolano co dziwne, jakkolwiek dobrze sprawowało się na wysokościach powyżej 5000 npm, w bazie znowu zaczyna mi dokuczać i puchnąć, choć nie aż tak jak ostatnim razem.
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że trzeba ruszać. Dziś nie ma jednak z tym pospiechu, nie zamierzamy popełnić tego samego błędu co ostatnio i wyjść przed wieczorem do Camp 1. Tym samym możemy jeszcze trochę poleniuchować i zjeść liofila w porze obiadu nie martwiąc się zbytnio o topienie wody, czy skorzystać to raz ostatni z cywilizowanego kibla.




W drodze do góry będziemy dziś osamotnieni. Mariusz wychodzi jutro albo pojutrze, a poza nim w bazie nie ma zbyt wielu osób. Ostatni śmiertelny wypadek przetrzebił trochę internacjonalny zapał na zdobywanie szczytu od południa. Sasza z obsługi bazy, pytany o śmigłowiec, nie może podać nam dokładnego terminu przylotu. Teoretycznie ma być 10 sierpnia, ale praktycznie pogoda lubi się psuć jak i sama leciwa maszyna. Biorąc pod uwagę, że samolot z Biszkeku wylatuje 13 sierpnia rano, to dla nas termin „na styk” i oznacza kolejny stres.
Dziś jednak staramy sobie nie zawracać głowy faktami na daleką przyszłość, jeśli nie wiadomo co może przynieść jutro. Gdy słońce powoli obniża się na nieboskłonie, około 17:20 wychodzimy w kierunku Camp 1. Kilkukrotnie odwracamy się za siebie, zdając sobie sprawę, że klamka już zapadła i od tego momentu ważą się losy wyprawy. Droga z lekkimi plecakami upływa nam błyskawicznie, gdyż przejście pomiędzy obozami zajmuje nam około 1:40 h. W Camp 1 spotykamy tylko kilka namiotów i dosłownie parę osób, które jutro będą wychodzić wyżej. Nie wróży to dobrze na przyszłość, ale nie zastanawiamy się nad tym długo. W międzyczasie zachodzi słońce i na lodowcu robi się bardzo zimno. Szybko przebieramy się, dzielimy sprzęt i całe jedzenie pomiędzy siebie, po czym zabieramy się do pakowania. Tym razem Janusz razem z Jankiem zajmują czerwony namiot, a ja z Marcinem użyczam sobie miejsca w namiocie agencyjnym. Chcielibyśmy jak najszybciej położyć się spać, ale pakowanie przeciąga się do późna. Dopiero po 22:00 kładę się spać, a Marcin jeszcze załatwia ostatnie sprawy. Kilkanaście minut również zaszywa się w śpiwór a wkoło słychać już tylko szum lodowcowych rzek.


3 sierpnia
Dzień po raz kolejny zaczyna się o 1:30, oznajmiony melancholijnym dzwonkiem telefonu. Choć spało się przyzwoicie i na myśl o jakimkolwiek ruchu aż ciarki przechodzą po plecach, to jednak trzeba się zmusić. Kilkanaście minut trwa faza pół letargu, ale im bardziej się zmuszamy tym czynności przychodzą łatwiej. W przestronnym agencyjnym namiocie pakowanie idzie dużo szybciej niż w standardowej dwójce. Przed 3:00 jesteśmy już gotowi i możemy wyruszać. Obóz również obudził się razem z nami i teraz widać tylko migoczące światłą czołówek. Nie wiadomo ile osób dzisiaj wyjdzie, ale z pewnością nasza czwórka będzie pierwszym zespołem.
Pomimo iż idziemy ta drogą po raz drugi to wejście w kuluar nie przychodzi automatycznie. Nie ma mowy o jakichkolwiek znakach, a niebo jest zachmurzone. Prowadzę i szukając ścieżki kieruję się właściwie tylko intuicją.  Po pól godziny dochodzimy do znajomego miejsca przez lodowym wzgórzem i wiążemy się. Atmosfera trochę się pogarsza i pozwalamy sobie na utarczki słowne, które nie motywują na przyszłość. Idący na końcu Marcin również zaczyna skarżyć się na zmęczenie i chęć powrotu. Te fakty dzieją się jednak jakby z boku i nie dopuszczamy do siebie myśli aby miały popsuć realizację planu.
Podzieleni na zespoły zaczynamy szukać chorągiewki i ścieżki, jednak nie przychodzi to tak łatwo jak ostatnio. Ja wraz z Jankiem idziemy bardziej z lewej, Janusz z Marcinem po drugiej stronie kuluaru szukając jakiegoś punktu zaczepienia. Znajdujemy znak gdy już zaczyna się rozwidniać, a za nim idziemy do góry. Widzę, że Marcin często się zatrzymuje, toteż wraz z Jankiem wyrywamy trochę do przodu i utrzymujemy przyzwoite tempo. Początkowo idę przodem, ale po chwili puszczam do przodu Janka i sugeruję, żeby się nie spieszył. Wydaje mi się, że gdybyśmy zbytnio się oddalali mogłoby to mieć negatywny wpływ na Marcina, a tak motywacyjny system „kija i marchewki” jakoś działa. Chłopaki muszą mieć ostre różnice zdań, gdyż co jakiś czas słyszę kłótnie dochodzące zza pleców.




Póki co nie przywiązuje do nich wagi, a marsz przyjmuję znakomicie. Od samego rana mam dużo mocy i nie męczę się na podejściu. Janek przede mną również zachowuje stabilne tempo, toteż nie zatrzymujemy się właściwie w ogóle. Zamiast spodziewanego zmęczenia bardziej marznę, a szczególnie moje stopy. Na tym odcinku nie ma mowy o postojach toteż próbuję rozgrzać je jakoś ruchem podczas marszu.
Przejście odcinka trawersującego stok przed barierą seraków jest dziś prawdziwa przyjemnością. Prowadzi tędy wydeptana ścieżka po zmarzniętym, stabilnym śniegu. Przed samymi serakami mija nas grupa Rosjan, która powoli pokonuje uskok. Podchodząc bliżej możemy przekonać się, jak lodowiec zmienił się w ciągu raptem dwóch dni. Podwójna szczelina oddzielająca nas od bariery seraków poszerzyła się i została zaporęczowana. Bez liny przejście na drugi, położony ponad metr wyżej brzeg  tu byłoby bardzo trudne, szczególnie z ciężkimi plecakami. Nam na szczęście nie sprawia dużych problemów. Janek szybko gramoli się do góry, a następnie ja pokonuję odcinek posługując się poręczą z czekana.  Dalej jest już łatwiej i bez niespodzianek przechodzimy ostatnie metry niebezpiecznego terenu. Przez szczelinę pomiędzy serakami wychodzimy o 8:00 rano, zadowoleni z przejścia niebezpiecznego odcinka i urządzamy postój czekając na chłopaków.
Kilka chwil wolnego jakie mamy wykorzystuję na przywrócenie krążenia w stopach. W barierze seraków kończyny mocno mi zmarzły i zesztywniały. Przed nami jeszcze kilka godzin marszu więc rozgrzewam je ściągając uprzednio skorupy i botki. W międzyczasie przychodzą chłopaki choć po ich zachowaniu widać, iż nie był to najszczęśliwszy marsz. Generalnie Janusz narzeka na Marcina, a Marcin skarży się na kondycję, urywany oddech w czasie podejścia i „diabelskie” tempo Janusza. Na szczęście odcinek, na którym musieliśmy się spieszyć już za nami i dalej możemy powoli zdobywać wysokość.
Gdy Janusz i Marcin chcą trochę odpocząć, nasza dwójka zdążyła już solidnie zmarznąć. Decydujemy się na dalszy marsz, omijając Camp 2, kierując się zagłębieniem pomiędzy obozem a serakami.




Na tym odcinku zaczynają się moje problemy. Przed Camp 3 stopy przemarzają mi jeszcze kilkukrotnie do tego stopnia, że aby przywrócić czucie muszę zatrzymywać się, ściągać skorupy i rozgrzewać drętwe kończyny. Poza samym zirytowaniem, jest to dość niepokojący objaw.  Zauważam również, że im wyżej tym zaczynam słabnąć. O ile w kuluarze Siemionowa czułem się świetnie i narzucałem tempo, to tutaj z każdym kolejnym metrem staję się coraz słabszy. Cała sytuacja powoduje, że denerwuję się na siebie tym bardziej, że żaden z chłopaków nie ma podobnych problemów. Co więcej, nawet Marcin narzekający do tej pory na trudy podejścia i zamordystyczne tempo, teraz idzie równo i wygląda lepiej od mnie. Osłabienie ciągle postępuje i do samego obozu docieram jako ostatni, robiąc na stoku wiele postojów. Na ostatnich metrach Janusz próbuje nawet wrócić i wziąć mój plecak, a ja pod wpływem nerwów zamiast podziękować wrzeszczę na niego i do Camp 3 docieram bez pomocy. W tym momencie wiem już, że mój organizm na aklimatyzację potrzebuje więcej czasu niż pozostałych  i do zakończenia tego procesu w moim organizmie jeszcze trochę brakuje.




W Camp 3 jesteśmy o 12:00 i szybko oceniamy sytuację. Nasz namiot stoi a oprócz niego jeszcze trzy opuszczone schronienia. W okolicy panuje głucha cisza i nigdzie nie widać żywego ducha. Pogoda od rana jest bardzo zmienna, ale dominuje zachmurzenie i mgła. Wszędzie kłębią się chmury ale póki co nie pada. Zmęczeni mniej lub bardziej po solidnym wysiłku myślimy tylko o legnięciu w namiotach. Najpierw jednak musimy rozstawić naszego Marmota, czym zajmują się głównie Janusz i Janek. Będąc jeszcze osłabionym pomagam im na ile mogę, ale główną prace wykonują oni. Po godzinie namiot już stoi, a każdy zawinięty jest w ciepły śpiwór. Do wieczora zajmujemy się czynnościami obozowymi, szczególnie uzupełnianiem płynów których dużo straciliśmy na tym długim podejściu. Wieczorem zaczyna padać śnieg, a do obozu wracają alpiniści z ataku szczytowego. Na szczęście wracają, bo ich wygląd nie napawa optymizmem i świadczy o trudnościach jakie musieli pokonać.



Dzień restu na 5700 npm to idealny moment, aby odespać trudy dnia poprzedniego. Choćby chciało się ruszyć, to na zewnątrz nie ma właściwie nic do roboty, a temperatura skutecznie niweczy jakiekolwiek przebłyski inicjatywy. Śpimy długo, a dopiero około godziny 9:00 potrzeby fizjologiczne okazują się silniejsze od potrzeby zachowania ciepła.




Po wyjściu z namiotu można przekonać się, że pogoda nie ma zamiaru się poprawiać, czy zmieniać. Grań zachodnia ledwie majaczy w oddali, przesłonięta przez mgłę i chmury. Od wczoraj prószy śnieg i w oddali widać że na skalistym szczycie nagromadziła się go pokaźna ilość. Namioty trochę przysypało, ale w stosunkowo niewielkim stopniu i póki co nie wymagają zbytniej interwencji. Nasz Marmot został postawiony na większej platformie i pomiędzy śnieżnymi ścianami a kopuła namiotu jest dużo miejsca gdzie może gromadzić się biały puch. Janusz i Janek mają natomiast swoje schronienie niemal wkomponowane w śnieży grzbiet i opady zmuszają ich co jakiś czas do wyjścia i machania łopatą.
Z braku lepszego zajęcia nasze czynności w obozie kręcą się wokół gotowania. Jedna osoba idzie łupać lód z wiszącego kilka metrów dalej seraka, druga topi zapasy i przelewa do naczyń. Dzień toczy się powoli, właściwie od posiłku do posiłku z gotowaniem w międzyczasie.
Dziś wcześnie rano Anglicy spakowali się i po akcji górskiej zeszli na lodowiec. Co bardzo nas ucieszyło zostawili po sobie torbę z prezentami – cztery małe liofile, cztery batony i dwa kartusze gazu, które przyjęliśmy z wielkimi uśmiechami od ucha do ucha. W torbie znalazła się również kartka od darczyńcy z podpisem „Tedy”, któremu przy okazji wypada pięknie podziękować.  Od tego momentu w obozie jesteśmy już zupełnie sami i poza czerwienią i pomarańczą naszych namiotów nic nie zakłóca wszechobecnej bieli.
Około południa rzucam chłopakom propozycję, aby się trochę rozruszać. Dziś czuje się już bardzo dobrze i uważam, że wypada zrobić krótki rekonesans w kierunku przełęczy. Chłopaki się ze mną zgadzają i ustaliwszy godzinę wyjścia zaczynamy się powoli przygotować.
Wychodzimy zaraz po posiłku, o godzinie 15:00. W międzyczasie pogoda daje złudne nadzieje na poprawę pokazując fragmenty błękitnego nieba, jednak dziś to wszystko na co ją stać.  Okazuje się, że śniegu jest nawet więcej niż się spodziewaliśmy i do poręczówki założonej kilkadziesiąt metrów dalej brniemy w śniegu po kolana.
Pierwszy wpinam się do liny i powoli podchodzę w kierunku przełęczy. Po zwolnieniu sznurka wpina się następny i tak do czterech razy sztuka. Gdy docieram do przełęczy na swojej drodze natykam się na dziurę w śniegu z której wychodzi zarośnięty osobnik. Zaczynam rozmawiać z nim po angielsku, gdy nagle poznaję Polaka, którego spotkaliśmy w Mayda Adir. Okazuje się, że wraz ze swoją dziewczyną/żoną siedzą tutaj w jamie śnieżnej i również czekają na pogodę. Niebawem przychodzą chłopaki i wszyscy rozmawiamy ciesząc się z tak nieoczekiwanego spotkania. Umawiamy się, że w razie ataku szczytowego zawiadomimy ich o naszym wyjściu, a oni zdążą się spakować i wyruszyć razem z nami.




Gdy już wiatr i temperatura sugerują jakiś ruch, postanawiamy wybrać się na rekonesans w kierunku grani zachodniej. W warunkach widoczności kilkunastu metrów przed siebie podchodzimy kawałek, nie docierając wyżej niż 5900 npm. Grań na tym odcinku jest całkowicie zasypana świeżym śniegiem. Co jakiś czas widać zarysy ścieżki, ale ogólnie trzeba torować w kopnym śniegu. Na dodatek wieje wiatr i dokucza śnieg, który na dobrą sprawę nie przestał padać od wczoraj. Widząc, że dużo dziś nie osiągniemy nie przejawiamy dusz wojowników i schodzimy z powrotem do obozu.




Wycieczka zajmuje nam tylko około dwóch godzin a w trakcie i tak solidnie marzniemy. Teraz chcemy już tylko wejść do śpiworów i oddać się przyjemności jedzenia i gotowania aż do znudzenia.
Według pierwotnego planu na dzień jutrzejszy planowaliśmy atak szczytowy, jednak przy takiej aurze doskonale widać, że trzeba zmodyfikować pierwotne koncepcje. Pogoda nie aspiruje do poprawy, kopny śnieg oznacza cały dzień torowania, a dla złapania aklimatyzacji wskazanym byłoby poczekać. Mamy jeszcze czas, dlatego w niepewnych warunkach nie ma sensu ryzykować czy tracić sił przy realnie małych szansach na sukces. Swoimi spostrzeżeniami dzielę się z Jankiem i chłopakami przez krótkofalówkę (o pełnych godzinach parzystych podczas pobytu w obozie utrzymywaliśmy stałą łączność). Janek przyznaje mi rację, a Janusz bardzo rwie się do szybkiego wychodzenia. Przekonuję go jednak do swoich racji, proponując że może obudzić się nad ranem i sprawdzić pogodę. W przypadku nagłej poprawy aury możemy wyjść, jeśli nie będzie klarownie zostajemy. Przyznam się, że idąc spać nie chciałem wychodzić dnia jutrzejszego z racjonalnych powodów przedstawionych powyżej. Szczególnie pogoda mnie nie przekonywała, gdyż po zmierzchu poza opadami pojawił się gwałtowny i silny wiatr trzepoczący tropikiem namiotu.  Następne godziny pokazały że obawy były słuszne.


5 sierpnia

Budząc się o 7:00 rano z potrzeba nagłego wyjścia z namiotu uświadamiam sobie że na szczyt dziś faktycznie nie wyjdziemy. Całą noc wiało i na efekty nie trzeba długo czekać. Pierwszych objawów kapryśnej pogody mogę doświadczyć namacalnie. Namiot jest w większości przywalony śniegiem i trzeba szybko go odśnieżyć. Najpierw konieczne jest uporanie się z wejściem, na którym zalega pól metra śniegu. Otwieram zamek przedsionka od góry i powoli wyrzucam śnieg. W braku lepszych narzędzi najlepszą robotę odwala garnek Janka. Po wyjściu mogę dopiero dostać się do łopaty i zająć odkopywaniem. Praca zajmuje mi pół godziny, ale nie jest to najprzyjemniejsze zajęcie, szczególnie wykonywane kilka minut po przebudzeniu. Widząc, że namiot Janusza i Janka również przysypało odkopuję im przynajmniej wyjście i zostawiam łopatę w zasięgu ręki, oszczędzając chłopakom używania garnka.




Cały dzień dmie silny wiatr i przegania obłoki po niebie. Pomijając już kwestie zasypywania namiotów i konieczności ich kilkukrotnego odśnieżania, to na tej wysokości opady są bardzo denerwujące. Gotowanie musi odbywać się w środku namiotu przy zamkniętej wentylacji i wyjścia. Gdy tylko na chwilę przyjdzie chęć na jego otwarcie, biały puch automatycznie jest wtłaczany do środka, a po zamknięciu namiot wilgotnieje i szron osadza się na ściankach. Tak źle, tak niedobrze. W takiej aurze właściwie przez cały dzień nie opuszczamy namiotu. Nawet za przysłowiową potrzebą fizjologiczną nie chce się wychodzić w taką wichurę. Na zewnątrz załatwiamy więc wyłącznie konieczne sprawy, jak odśnieżanie, łupanie lodu na wodę czy przysłowiowe „siku”.
Tak silny wiatr ma jednak i dobre strony, gdyż grań zachodnia została widocznie wymieciona ze śniegu, co oznacza mniej torowania na podejściu. Zakładam więc, że się wypadało, teraz przewieje drogę i grań  będzie idealna do podchodzenia. Niestety kalkulacje szybko biorą w łeb, gdyż wieczorem wiatr powoli zanika, a jego miejsca zajmują ponowne opady śniegu.




Dziś, po dwóch dniach przesiadywania w Camp 3 czujemy się świetnie i mamy dość bezczynności. Z dobrą aklimatyzacją, wypoczęci i w pełni sił nie chcemy spędzać kolejnego dnia w pozycjach horyzontalnych. Jeśli pogoda nie będzie wprost koszmarna, nad ranem wychodzimy.
Wieczór w namiocie przeznaczmy na dokładne pakowanie. Przy takiej randze przedsięwzięcia wszystko musi mieć swoje miejsce i żadnego elementu wyposażenia nie można zapomnieć. Jakie wziąć ubranie, co gdzie schować i jak przyczepić do plecaka, żeby zawsze było pod ręką? To kilka z pozoru banalnych pytań, które tuzinami pojawiają się w namiotach i podczas rozmów przez krótkofalówki. Wiemy, że o powodzeniu ataku szczytowego mogą decydować szczegóły.
Ze względu na niską temperaturę i ryzyko odmrożeń postanawiamy opuścić namioty dosyć późno. Budziki nastawiamy na 4:00 rano i z  optymizmem kładziemy się spać, chociaż aura na zewnątrz nie daje większych nadziei.


6 sierpnia
Przed świtem poza budzikiem ze snu wyrywa mnie głos Janusza, który z podekscytowaniem informuje o pięknej pogodzie. Jak widać chciało mu się wyjść z namiotu, za co bardzo go podziwiam i nie mam zamiaru póki co naocznie potwierdzać tej informacji. Faktycznie, dziś aura jest zupełnie inna. Wiatr ucichł i nie słychać cichutkiego odgłosu płatków śniegu na tropiku, jaki towarzyszył nam przez ostatnie dni niemal bez przerwy. Więc stało się, po dwóch i pół dnia błogiego nihilizmu niespodziewanie przyszedł wreszcie kulminacyjny punkt wyprawy.
Odzyskując w pełni świadomość po nagłym przebudzeniu zaczynam się pakować. Jeśli chcemy zdobyć szczyt, to faktycznie trzeba się spieszyć, a ogarnięcie wszystkich czynności zajmie trochę czasu. Na początku gotujemy wodę na śniadanie i do pojemników. Ja dopełniam swojego camelbaga, Janek butelkę 1l, którą bierze na atak razem ze śpiworem. Następnie długo ubieramy się, pakując na siebie kolejne warstwy odzieży, uprzęże i kaski. Najwięcej uwago staram się poświęcić butom, gdyż o stopy najbardziej się boję. Na stopy idą podwójne skarpety z workiem foliowym w środku, ogrzewacz chemiczny i botek wyciągnięty  ze śpiwora. Skorupy co prawda spędziły noc w namiocie, jednak dla pewności ogrzewam je nad palnikiem przed założeniem. Tak złożona konstrukcja ma zapewnić mi komfort termiczny i ciepło w butach przez cały dzień.




Założywszy uprzednio raki, w okolicach godziny 6:00 wygrzebujemy się z namiotów. Niebo jest bezchmurne, wiatr znikomy, a słońce powoli oświetla okolicę. Trzyma solidny mróz i choć po wyjściu z namiotów zachowujemy jeszcze temperaturę, to wychodzić trzeba jak najszybciej. Mi niewiele brakuje do ogarnięcia ekwipunku, lecz chłopaki są w różnym stanie skupienia. Janusz za parę chwil wyjdzie, ale Janek i Marcin jeszcze walczą z zalodzonymi paskami raków.  W ostatnich chwilach daję Marcinowi krótkofalówkę, gdyż sugeruje, że najprawdopodobniej nie będzie wchodził na sam szczyt. Drugie urządzenie ma Janusz. Kontakt ustalamy na pełną godzinę, do 14 co dwie godziny parzyste, od tego czasu w miarę możliwości co godzinę.
Janusz wychodzi pierwszy, a chwilę później ja zmierzam w kierunku poręczówki. Janek i Marcin guzdrają się jeszcze ze sprzętem, ale za kilka chwil podążą za nami. Atak szczytowy rozpoczyna się właśnie teraz.
Od pierwszych kroków nie spieszymy się. Poręczówkę na przełęcz pokonujemy bez pośpiechu, powoli oswajając organizmy z wysiłkiem. Gdy wychodzę na grań owiewa mnie wiatr, który dmie od północnej strony. Wreszcie mogę zaspokoić ciekawość i napatrzeć się na góry po stronie kazachskiej i potężne ramie Czapajewa, na którym z łatwością można wyszczególnić namioty poszczególnych obozów.
W początkowym odcinku grań jest szeroka i niezbyt stroma. Nabiera charakteru dopiero po kilkuset metrach, gdzie pojawiają się pierwsze sterczące skały i poręczówki, których nie ma sensu jeszcze używać. Idę spokojnie, zatrzymując się co jakiś czas aby ustabilizować oddech. Kilkadziesiąt metrów przede mną idzie Janusz, a z tyłu w oddali majaczą postacie Janka i Marcina.  Na poręczówkach powyżej wiszą jeszcze sylwetki dwóch alpinistów, którzy musieli wyjść dobrą godzinę przed nami.




Pierwsze trudności pojawiają się na skalistej ściance, która uświadamia nas, że trzeba się asekurować. Widzę, jak przede mną wspina się Janusz, jedną ręką operując czekanem, a drugą podciągając się na przyrządzie. Niebawem i mi przychodzi zmierzyć się ze stromą, skalistą ścianką. Niedługo zajmuje mi jej przejście, jednak w tym momencie zaczynam już odczuwać inną niedogodność – chłód. Od wyjścia z namiotu nie mogę się rozgrzać i z niepokojem odczuwam jak moje stopy, które jeszcze godzinę wcześniej były ciepłe, powoli ale systematycznie marzną. Początkowo staram się bagatelizować problem, wewnętrznie tłumacząc sobie że wkrótce zaczną działaś ogrzewacze i sytuacja się ustabilizuje. Z nadzieją oczekuję również słońca, które skutecznie skryło się za szczytem i w najbliższych godzinach zapewne nie oświetli grani zachodniej. Tymczasem ratuję się środkami tymczasowymi intensywnie pracując palcami i kopiąc śnieg kiedy to tylko możliwe.
Zachowując koncentrację pokonuje poręczówkę za poręczówką. Niektóre są luźne, inne bardziej naciągnięte, ale ogólny ich stan przedstawia się całkiem dobrze. Wcześniej nieraz słyszałem o tragicznej kondycji lin na grani, ale z tej perspektywy muszę zdementować tą informacje. Poręczówki prowadzą po całej długości, ułatwiają nawigację pomiędzy skałami oraz gwarantują względne bezpieczeństwo. Spokojnie mijam więc linę za liną kierując stopniowo uwagę na stopy, w których jakiś czas temu już straciłem czucie.
Gdy zdaję sobie sprawę, że dotychczasowe rozgrzewanie i ogrzewacze nie pomagają, zatrzymuje się i wpięty do liny zabieram się za ogrzewanie kończyn. Tracę tym samym odległość, jaką utrzymywałem do Janusza od wyjścia z obozu.  Zdejmuję skorupy, botki i próbuje przywrócić krążenie na różne sposoby. Ogrzewam w łapawicach, masuję, w końcu nawet tłukę czekanem jak opisywała Rutkiewicz. Ku mojej rozpaczy zabiegi pomagają w stopniu znikomym, mianowicie czucie wraca tylko częściowo w lewej stopie. W międzyczasie na poręczówkach mija mnie Janek, który ma w butach stabilną sytuację i  po wymianie paru słów rusza dalej, gdyż w tej sytuacji nie może mi nijak pomóc.




Kilka minut później zadowoliwszy się częściowym rozgrzaniem jednej stopy postanawiam iść dalej. Obiektywne kalkulacje nie dają mi spokoju, ale liczę że może uda mi się jakoś szybkim marszem opanować sytuację. Przez głowę przechodzi mi wiele myśli i najważniejsza – czym skończy się kilkunastogodzinny marsz bez czucia w stopach? Choć odpowiedź może być tylko jedna, to jednak próbuję ją od siebie odrzucić. W pospiechu pokonuję kilka lin, widząc przed sobą Janka i Janusza, którzy nie uszli jeszcze daleko.
Cienka linia niepewności zostaje przekroczona, gdy na powrót tracę czucie w stopie, którą ogrzałem. Pomimo iż ciągle idę w dół to tylko kwestia czasu żebym zmienił kierunek. Jeszcze kilkadziesiąt metrów i podejmuję decyzję – zawracam.
Emocje jakie towarzyszą mi w tej chwili są trudne do opisania. Żal, zawód i gorycz przegranej. Do tego bezsilność, wobec słabości organizmu. Stopy, niegdyś lekko odmrożone Tatrach dziś udowodniły, że potrzebują ponadprzeciętnego ciepła i lepszych butów. Jestem w dobrej formie, stabilnie idę do góry i wiem, że mam szansę wejść, jednak za jaką cenę. „Żadna góra nie jest warta nawet paznokcia” jak mawiał Z. Heinrich , a dziś kieruję się właśnie tą doktryną.  Akacja zajęła by z pewnością kilkanaście godzin, a pozostawanie przez ten czas bez czucia w kończynach skończyłoby się poważnymi odmrożeniami.
Dochodzę do wysokości około 6300 npm i pocieszam się, że miałem swoją szansę. Jeszcze kilka dni temu z opuchniętą nogą w Base Camp marzeniem było dojście do Camp 2 czy Camp 3. Teraz stoję na grani zachodniej, powyżej 6 tys npm, wiedząc że mimo wszystko i tak wrócę bogatszy o zdobyte doświadczenie, a wyprawa najprawdopodobniej się powiedzie. Nauczyłem się komunalnego myślenia i w gruncie rzeczy jestem szczęśliwy. Płaszczyzna indywidualna co prawda aż kipi od żalu, jednak jako kierownik wyprawy chcę już tylko żeby chłopakom się powiodło i myślę jak pomóc im w ich wysiłku.




Z żalem zmieniam więc przyrząd zaciskowy na zjazdowy i zaczynam zjeżdżać po linach. Idzie mi to nawet szybciej niż się spodziewałem i systematycznie tracę zdobytą z mozołem wysokość. Staram się zachować koncentrację, aby przypadkiem nie popełnić jakiegoś błędu. Co jakiś czas odwracam sięga siebie i oglądam zacieniona ciągle grań, na której już nie potrafię rozpoznać sylwetek chłopaków.
Kilkanaście zjazdów niżej spotykam poznanego wcześniej Polaka i Marcina, który powoli zdobywa wysokość. Zmierza on jeszcze do góry, choć tym tempem to nie widzę dla niego szans na wejście. Biorę od niego krótkofalówkę, życzę powodzenia i zjeżdżam dalej.  Dopiero na ostatnich poręczówkach, z których nie korzystam, witają mnie promienie słońca i grzeją pierwszy raz tego dnia. Do obozu schodzę około godziny 11:00 i szybko zrzucam z siebie zbędne ubrania, uprzednio kontaktując się z Januszem przez krótkofalówkę i przedstawiając obecną sytuację.
Zabieram się za porządkowanie obozu, który zostawiliśmy w stanie niemalże rozkładu. Ubrania idą do suszenia, a ja mogę ściągnąć buty i w kilkanaście minut przywrócić czucie w palcach.




Około południa na grani widzę sylwetkę, która z mozołem wraca ku przełęczy. Mija dłuższy czas, nim wymęczony Marcin dociera do namiotu i zwala się na karimatę. Wszedł jeszcze trochę wyżej od czasu kiedy go spotkałem, po czym zawrócił, a z nim również Polak biwakujący w jamie na przełęczy. Rozmowa z Januszem o 12:00 potwierdza, że chłopaki są na około 6800 npm i wychodzą z tzw. „koryta”, kierując się na podszczytowe pole śnieżne. Przypominam Januszowi, że 14:00 to godzina którą wybraliśmy na maksymalny czas dojścia do szczytu i żeby zdecydował się zrezygnować z wejścia, jeśli przewiduje możliwość nie wyrobienia się z powrotem do zmroku. Kolejny kontakt przychodzi z opóźnieniem, ale jest nader szczęśliwy. O 14:13 w odbiorniku słyszę okrzyki szczęścia zdobywców Khan Tengri, którzy przeżywają zapewne jedne ze szczęśliwszych chwil w życiu. Wraz z Marcinem również cieszymy się z wejścia i sukcesu wyprawy, jednocześnie nawołując chłopaków do wytężonej koncentracji, ale też szybkości podczas zejścia do obozu.
Niebawem do Camp 3 zaczynają schodzić się alpiniści – grupa Rosjan, Chorwatów oraz Mariusz, którego w Base Camp do tej pory zatrzymywała pogoda. Wszyscy idą dziś od Camp 1, oraz przekazują informację o wysokim śniegu i potężnej lawinie lodowej jaka zeszła wczoraj w kuluar Siemionowa. Opowieści dają mi klarowny obraz sytuacji, która rysuje mi się przed oczyma. Jutro trzeba koniecznie schodzić, gdyż warunki ku temu są idealne. Szlak przetarło dziś wielu ludzi, niedawno zeszła lawina i teoretycznie na jakiś czas powinien być spokój, a intensywne słońce związało świeży śnieg. Takiej szansy nie można przegapić, choć wiem, że zmęczonym mocno chłopkom ta informacja nie przypadnie do gustu.
Aż do wieczora pogoda jest klarowna i dominuje bezchmurne niebo. Około godziny 17:00 jednak znad Czapajewa nadchodzą pierzaste chmury, które wyglądają niepokojąco. Podczas kolejnych kontaktów informuję o tym Janusza i Janka, którzy ile sił w rękach i nogach schodzą granią zachodnią. Około 19:00 z obozu możemy już wyróżnić dwie postacie. Chcąc zapewnić powracającym maksymalny komfort i wypoczynek przygotowujemy ciepłą wodę i gotujemy liofile aby mogli posilić się zaraz po zejściu.




O 19:40 jako pierwszy do obozu wraca Janusz, który wygląda na bardzo szczęśliwego i nawet nie zmęczonego całą akcją. Dostaje gratulację od spotkanych alpinistów, a na końcu ode mnie i Marcina. Kilka minut później dociera i Janek który choć jednakowo zadowolony wygląda na bardziej zmęczonego. W obozie przedstawiam chłopakom argumenty na nocne zejście i trochę zaskakuje mnie och pełna aprobata dla pomysłu. Jak widać chęć powrotu do bazy jest silniejsza niż zmęczenie.




Janusz i Janek szybko wtaczają się do namiotów, a ja wraz z Marcinem staramy się nimi zając aplikując wodę, pożywienie i medykamenty przeciw przeziębieniu. Wygląda na to, że atak szczytowy skończył się szczęśliwie, ale najbardziej niebezpieczny moment i czwarte już z kolei przejście kuluary przed nami.  Wszyscy głęboko wierzymy, że tą ostatnia próbę dane nam będzie przejść szczęśliwie.


7 sierpnia
O 2:30 kiedy dzwoni budzik ciężko mi dojść do siebie. Jeszcze gorzej idzie to Jankowi, któremu zmęczenie dania wczorajszego nie pozwala dobudzić się jeszcze kilka minut. Lenistwo i zmęczenie jest jednak wrogiem z którym trzeba walczyć, szczególnie gdy chodzi o nasze bezpieczeństwo. Wybudzam więc Janka i sam powoli sam zbieram się do kupy. Pakujemy wszystko szybko i niedbale uprzednio zjadłszy jakiś substytut śniadania.
Chociaż ruszamy się ociężale, to jednak czynności przychodzą jakoś łatwo i sprawnie. Najpierw wyrzucamy na zewnątrz wypchane plecaki, następnie sami wychodzimy z namiotów, by po wili zająć się ich pakowaniem. Wokoło wstaje kolejny piękny dzień, a wielu alpinistów szykuje się do podjęcia ataku szczytowego. Nie zwracamy na nich uwagi, gdyż mamy poważniejsze sprawy na głowie, a nawet nad głową.
Pakujemy się kilka minut przed 4:00 i związani z Jankiem błyskawicznie zaczynamy zejście. Janek wraz z Januszem mają do nas kilka minut opóźnienia. Ślady, które jeszcze wczoraj ciągnęły się długim wężem, dziś są zawiane i słabo widoczne. Prowadzi Janek, a ja z drugiego końca liny staram się korygować jego marsz. Kilkadziesiąt minut zajmuje nam przebicie się do bariery seraków, a tam dogania nas pozostała dwójka. Jak możemy zauważyć, lud cały czas „żyje” i kiedy siedzieliśmy na górze szczeliny znacznie się poszerzyły, a droga uległa zmianie. Droga nie sprawia trudności aż do granicy seraków i przełamania dwóch płyt lodowych, które spoziera na nas z dołu szklistą pustką. Teraz koniecznie trzeba wpiąć się w poręczówkę, zjechać w bardzo niewygodnej pozycji, i wisząc trawersować na zębach raków przewieszony serak. Pierwszy idzie Janek, przejście zajmuje mu parę minut. Gdy jest już na drugiej stronie ja wpinam się w poręczówkę i próbuję zjeżdżać. Wtem koncentrację przerywa stojący obok Janusz, który krzyczy „lawina!”. Faktycznie, wprost nad nami coś się oberwało i wraz z chmurą pyłu sunie w dół. Lawina leci na nas, a z dołu nie sposób przewidzieć gdzie się zatrzyma. W tym momencie żołądek podchodzi mi do gardła. Nie mam innego wyjścia niż  stać w miejscu – jestem związany z Jankiem liną i wpięty do poręczówki, a pomiędzy nami spoziera szczelina. Sytuacja patowa. Janusz również, choć może uciekać zachowuje zimną krew, a Marcin stojący najdalej chroni się pomiędzy serakami. Na szczęście idąca wprost na Janka lawina okazuje się niegroźna, choć napędza nam poważnego stracha. Choć nie daję po sobie poznać z napiętymi do granic nerwami i trzęsącymi się nogami zjeżdżam na drugą stronę poręczówki. Janusz i Marcin mówią, że już dadzą sobie radę, więc sugeruję Jankowi, żeby szybko zmykał w dół.
Tymczasem ja już ciągle myślę o zagrożeniu nad moją głową i wcale nie jest mi z tym dobrze. Do tej pory po prostu przechodziło się ten odcinek bezproblemowo, bo obiektywne ryzyko chowało się gdzieś na bok. Teraz, gdy rozważam możliwości i tory lawin psychika jest bardzo obciążona. Dodatkowo w pewnym momencie przechodzimy przez wczorajsze lawinisko. Bryły szklistego lodu wielkości od telewizora do jabłka leżą porozrzucane bezładnie na obszarze kilkuset metrów kwadratowych. Wystarczy niewiele wyobraźni by zdać sobie sprawę co robi taki kawałek lodu lecący blisko tysiąc metrów, po zetknięciu z człowiekiem.
Nie zatrzymujemy się ani na chwilę, dopóki nie docieramy w bezpieczne miejsce. Idącym z dołu życzymy powodzenia, chociaż za żadne skarby nie chcielibyśmy być w ich skórze. Odpocząć możemy dopiero na wypłaszczeniu lodowca , w bezpiecznym terenie. Tam delektujemy się batonami i możemy wreszcie odetchnąć. Udało się wyjść cało z „paszczy lwa”.




W drodze do Camp 1 rozważamy możliwości powrotu do Mayda Adir. Ja próbuję namówić Janka na trekking, biorąc pod uwagę że śmigłowiec będzie dopiero 10 sierpnia. Jednocześnie żartujemy, że z pewnością będzie dziś, czekając na nas w Base Camp. W tej sytuacji nikt w to nie wierzy.
Do Camp 1 docieramy przed 7:00. Nie zatrzymujemy się na długo w tym niesamowicie przybijającym miejscu, ale zbieramy namiot i pozostawiony sprzęt, po czym ruszamy w dalszą drogę. Dołącza do nas młoda Rosjanka, która sama obawia się iść przez lodowiec do Base Camp.
Płaski odcinek lodowcem dłuży się i wlecze. Ma na to wpływ zapewne nasza wielka chęć odpoczynku, a szczególnie chłopaków, którzy wczoraj byli na szczycie.
O 9:00 dochodzimy do bazy, która teraz jest nadspodziewanie tłoczna. Kieruję się do namiotu obsługi i z miejsca pytam o śmigłowiec. W odpowiedzi dostaję piorunującą informację – będzie za dwadzieścia minut. Jeszcze raz proszę o powtórzenie, bo nie chce mi się wierzyć, ale riposta jest taka sama. Z radością obwieszczam tę wiadomość idącym w oddali chłopkom, którzy nie kryją radości.




W bazie dostajemy gratulacje za zdobycie szczytu oraz spotykamy wielu Polaków. W konwersacje z nami od razu wchodzi J. Teler, który przyszedł tu z bazy północnej. Robi nas bardzo dobre wrażenie entuzjastycznym podejściem, gadatliwością i życzliwością. Rozmawiamy z nim o wszystkim i o niczym pracując jak w ukropie nad ostatnimi czynnościami. Wygrzebujemy po 180 euro / 270 dolarów na śmigłowiec, odbieramy depozyt i zgarniamy wszystko do kupy. Gdy jesteśmy gotowi żegnamy się i odchodzimy na prowizoryczne lądowisko.
Śmigłowiec faktycznie pojawia się za kilka minut i samym lądowaniem robi na nas duże wrażenie, rozrzucając kamienie i targając ubraniami. Wsiadamy do niego szybko i jesteśmy szczęśliwszymi ludźmi, śmiejąc się od ucha do ucha. Widoki zapierają dech  piersiach i rysują w pamięci niezapomniane wspomnienia. Khan Tengri, Pik Pabiedy widziane na wyciągnięcie ręki. Śmigłowiec przelatuje nad przełęczą, a następnie schodzi do lodowca północnego. Niebawem trafiamy do bazy na Enlichku północnym i możemy popatrzeć na Górę z całkiem innej perspektywy. Stąd wygląda dużo groźniej i potężniej, a słynna północna ściana wydaje się nie do pokonania.




Z lodowca północnego śmigłowiec leci prosto do bazy Mayda Adir. Wam wyrzucamy bagaże i poddajemy się przymusowej kontroli przez wojskowych. Nie ma nas w rejestrze (bo przecież zaczynając trekking nie poszliśmy się zarejestrować), ale „zgrywając głupa” udaje się wymigać ze wszelkich nieprzyjemności.
Na miejscu odbieramy depozyt, płacąc parę euro i zastanawiamy się nad transportem. Nie możemy dodzwonić się do naszego kierowcy Andrieja i trzeba załatwić go w inny sposób. Samochód terenowo-turystyczny jaki stoi nieopodal zabiera pasażerów z wykupionymi pakietami. Choć kierowca próbuje nas wcisnąć, nie mamy zamiaru spędzić pięciu godzin na stojąco.  Zostajemy w opustoszałej bazie, a naczelnik załatwia nam na wieczór transport na 30 euro od osoby.




Jest południe, a czasu wolnego mamy aż nadmiar. Wykorzystujemy go przede wszystkim na suszenie ubrań, kompletowanie rozdzielonego sprzętu i naprawy. Rozkładając cały ekwipunek w cztery osoby zajmujemy kilkadziesiąt metrów kwadratowych tworząc formę, która bardziej niż obozowisko, przypomina wielki śmietnik.
Do wieczora zajmujemy się wszystkimi możliwymi czynnościami, walcząc z wszechogarniającą nudą. Jemy liofile, pijemy litry herbaty i po raz wtóry przepakowujemy się w oczekiwaniu na transport.
Wyruszyć możemy dopiero po zmroku, ale za to mamy cały samochód dla siebie. Choć  komfort nie jest najwyższy można swobodnie wyciągnąć się na siedzeniu i względnie wygodnie przeczekać czas jazdy.

CDN

Offline Hubert



  • Pomógł: 5

Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowiedź #6 dnia: Październik 19, 2014, 00:59:52 »
Świetna relacja. Gratuluje osiągnięcia celu. Wielki szacunek dla Was!

Offline wojtekh



  • Pomógł: 9

Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowiedź #7 dnia: Październik 19, 2014, 02:03:29 »
Smiglo niemalze jak taksowka :D Wiesz moze jakie temp byly w poszczegolnych obozach?

Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowiedź #8 dnia: Październik 19, 2014, 09:30:33 »
Tylko organoleptycznie moge to ocenić. W BC dochodziło do ok -2 w nocy, w C1 -5  , C2  -10, C3 - 15 (albo mniej, to ostrożne szacunki i z pewnością cieplej nie było).  W dzień przeważnie powyżej zera (poza C2 i C3) w cieniu. Gdy wyszło słońce wszędzie było gorąco, choć w porównaniu do Piku Lenina to i tak dużo chłodniej. Porównałbym okolicę Khan Tengri do Pik Lenina + 1 obóz w górę.
Specyficzną okolica, szczególnie słońce robi dużą robotę. Dokładnie pamiętam, gdy obserwowałem pewien kamień w BC. Oświetlona strona była gorąca, a po zacienionej leżała przez cały dzień cieniutka warstwa śniegu spadłego jeszcze w nocy.

Offline aro5406

Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowiedź #9 dnia: Październik 19, 2014, 21:24:39 »
Co tu dużo mówić- wielkie gratulacje i ...zajebiście Wam zazdroszcze :)

Offline aina



  • Pomógł: 17
  • Skądkolwiek wieje wiatr, zawsze ma zapach Tatr ...

Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowiedź #10 dnia: Październik 20, 2014, 00:16:31 »
Eh, przeczytałam jednym tchem. Brak słów, tak bardzo zazdroszczę  Wam widoku tego rozgwieżdżonego nieba w C3. Zdjęcia piękne. Wielkie Gratulację !  Podziwiam :)
Nigdy nie przestawaj marzyć, tylko marzyciele potrafią latać :)
Piotruś Pan

Offline Yatzek

Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowiedź #11 dnia: Październik 20, 2014, 10:27:32 »
Eh... To się nazywa odor pełną gębą... Nie silę się na filozofię - gratuluję i jednocześnie zazdroszczę!
Tak trzymać!
Wędrówką życie jest człowieka...

Offline piterito

Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowiedź #12 dnia: Październik 26, 2014, 04:13:19 »
Dołączam się do gratulacji zazdroszcząc wam jednocześnie jak cholera!   Niezły hike chłopaki  ;D

Na marginesie, bo nie mogę się powstrzymać, żeby nie zadać tego pytania. Ciekawi mnie, jak tamtych warunkach (głównie wiatr) spisywał się wam namiocik od Marmota?

Ale Ameryka...

piję tylko czystą, palę tylko Klubowe... zdejm kapelusz

Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowiedź #13 dnia: Październik 26, 2014, 21:02:45 »
Bardzo dobrze. POlecam serdecznie ten model. Przede wszystkim materiał dobrze odprowadza wilgoć i nie przecieka. Spałem w Marmocie i miałem suchy śpiwór w porównaniu do kolegów obok, którzy "topili się" w Viperze od HiM. Jednak namiocik był pożyczony i z pewnością Aina wypowie się w temacie lepiej... Gdybym miał okazję za dobrą kasę, kupowałbym w ciemno.

Offline Edwinz0r

Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowiedź #14 dnia: Październik 27, 2014, 13:23:35 »
Gratulacje! Faken, gryzę teraz poduszkę z zazdrości :P


Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowiedź #15 dnia: Październik 28, 2014, 20:16:04 »
We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014 - część III (powrót i podsumowanie)


8 sierpnia
Około 1:00 turystyczna ciężarówka przybija do wrót Turkestan Yurtcampu. Szczęśliwi z zakończonej podróży i powrotu w znajome miejsce, choć z zaspanymi oczyma, z zapałem wytaczamy się na ulicę. W Turkestanie wszystkie miejsca pozajmowane, ale znajomy już właściciel wskazuje nam przestrzeń, gdzie możemy rozłożyć swoje namioty. Choć liczyliśmy, że po blisko dwóch tygodniach w górach uda się przespać pod dachem czy na łóżku, to jednak konformistycznie przyjmujemy propozycję. Trzeba nie wybrzydzać i cieszyć się tym co jest. Internetem, miejscami do siedzenia, a przede wszystkim ciepłą wodą pod prysznicem, z którą rozkosznie poznajemy się na nowo. Po spóźnionej kolacji, około 3:00 udajemy się zażyć trochę snu, po czym około pięciu godzin później jesteśmy już na nogach. Jedni trochę wcześniej, inni niewiele później. Osobiście nie lubię długo spać i szybko wyciągam Janusza na poranną wycieczkę po Karakolu w celu zakupu produktów śniadaniowych.




Po powrocie już we czwórkę jemy miejscowe przysmaki i opijamy świeży sukces setką wódki w plastikowym opakowaniu, tzw „jogurt”. Planujemy również co zrobić z nadwyżką  wolnego czasu i po wymianie poglądów decydując się na zaliczenie gorących źródeł Arashan.




W przerwie od jedzenia chodzimy po mieście, kupujemy jedzenie i napoje. Roztargnienie i nadmiar atrakcji wokoło pozwala nam na opuszczenie Karakolu dopiero około 16:00. Wsiadamy do jednej z marsz rutek, którą wskazali nam w Turkestan Yurtcampie i jedziemy kilkanaście kilometrów na wschód. Zatrzymujemy się przed rozgałęzieniem rzek w celu przejścia dalszego fragmentu doliny pieszo. Według relacji mamy około 4 godzin marszu i dziś zapewne już na miejsce nie dotrzemy. Nie przeszkadza to nam jednak zupełnie. Marsz wieczorną porą wzdłuż grzmiącej wstęgi górskiej rzeki to coś naprawdę przyjemnego. Po kilkunastu dniach wśród lodu i skał odczuwam, że to prawdziwe panaceum na złe samopoczucie i właśnie tego mi brakowało. Intensywna zieleń drzew, płonący zachód słońca i żelki powiew wiatru działają zadziwiająco.  Tutaj kończy się akcja górska, a zaczyna prawdziwy relaks. Nic dziwnego, że przyjemny marsz wciąga do późnego wieczora. Namiot rozbijamy niedaleko drogi, dopiero po zapadnięciu zmroku. Rozpalamy ognisko i zaczyna się prawdziwa celebracja powodzenia wyjazdu wszystkim co mamy pod ręką i co zdołaliśmy przynieść z doliny. Pojawia się moc toastów, które przekazujemy sobie przez ładnych kilka godzin. Długie rozmowy, plany na przyszłość, żale i radości, wszystko kumuluje się wokół płomienia i tu zostaje. To z pewnością najbardziej emocjonalny fragment wyjazdu i chyba każdemu z nas zapadł głęboko w pamięć. Gdy  wypalamy całe dostępne drewno i kończy się wszystko co można było pochłonąć rozchodzimy się do namiotów. Spać idziemy z pewnością szczęśliwsi i bogatsi o kolejne wspomnienia.






9 sierpnia
Z namiotów wygrzebujemy się około 8:00 i po skromnym śniadaniu rozpoczynamy leniwy dzień. Podczas gdy zwijamy obowoziosko droga przy której biwakujemy staje się naprawdę ruchliwa. Zaledwie przez godzinę mija nas kilkunastu turystów pieszych i kilka samochodów. Wszyscy zmierzają w tym samym kierunku, albo wracają z kąpieli.




W słonecznej pogodzie rozpoczynamy marsz i po około godzinie przyjemnego wysiłku docieramy do rozległej doliny. W oddali widać nieliczne, porozrzucane wzdłuż rzeki domki – zapewne zabudowania turystyczne. Rozmawiamy z napotkanymi po drodze turystami, którzy odradzają nam pomysł trekingu do najbliższego jeziora i zrobienia pętli do Karakol, który to pomysł rozważaliśmy po drodze. Idziemy wprawdzie w sandałach, a szlak ma stać się bardziej kamienisty, niewygodny i stromy. Decydujemy się więc zostać w Arashan i skorzystać ze słynnych ciepłych źródeł.




Jako iż wszystkie są aktualnie zajęte musimy poczekać na swoją kolej. Godzinne przesiadywanie nie jest dziś dla nas problemem, gdyż po prostu nigdzie się nam nie spieszy.  Gdy wreszcie przychodzi nasza kolej płacimy po 200 som na głowę i wchodzimy do tzw. basenu. Pomieszczenie na pierwszy rzut oka przypomina wiatę z horroru, otaczającą betonowy dół wylany betonem, jednak zdecydowanie zyskuje przy bliższym poznaniu. Pomimo spartańskiego charakteru woda jest bardzo ciepła, a sama kąpiel poza odprężeniem ma tzw. „swojski” klimat. Mimo początkowych solennych deklaracji w środku nie wytrzymujemy dłużej niż pół godziny, ale tyle wystarczy by po wyjściu czuć się świetnie.




Z dobrymi nastrojami pokonujemy drogę w dół która tym razem zajmuje niecałe trzy godziny.  Na głównej drodze łapiemy marszrutkę i na kolację znowu jesteśmy w Karakolu.
Wieczorem rozważamy opcje dalszego wykorzystywania wolnego czasu. Możemy gnać jak szaleni i jeszcze pochodzić po okolicach Ala Archy, albo wybrać bardziej leniwe rozwiązanie. Nie ma co się dziwić, że ostatnia możliwość zyskuje sobie uznanie większości i właśnie nią próbujemy wcielić w życie.


10 sierpnia
Niedzielę zaczynamy od kolejnego sutego śniadania lokalnych specjałów. Nic dziwnego, że po takiej dawce jedzenia jaką przyjmujemy wkrótce zaczynają się problemy żołądkowe. Pierwsze dopadają mnie i Janusza i trwają cały dzień.




Do południa wleczemy się więc po bazarze jak duchy, niewiele wyłapując z otoczenia. Kupujemy kilka upominków oraz prezentów dla znajomych.  Chwila przytępionej uwagi wystarcza, by jakiś przedsiębiorczy kieszonkowiec wyciągnął mi z paszportu 110 dolarów. Pieniądze schowane były pomiędzy strony dokumentu w torebce strunowej, która znajdowała się w zasuwanej kieszeni na udzie. Jak on to zrobił – nie wiem i podziwiam kunszt, ale na szczęście paszport zostawił - tyle dobrego. Kradzież pod koniec wyjazdu nie poprawia mi samopoczucia.  Gdy chłopaki wcinają lokalne jedzenie mi pozostaje odwracać wzrok, gdyż na sam widok robi mi się nie dobrze.




Przed wieczorem przepakowujemy się i ostatecznie żegnamy z Turkestan Yurtcampem. Jedziemy marszrutką wzdłuż południowego brzegu Jeziora Issyk Kul w znajome już miejsce. Busik zatrzymuje się przy drodze za miejscowością Darkham, a kolejne dwa kilometry w stronę jeziora pokonujemy pieszo. W katolickim Domu Rekolekcyjnym nie ma co prawda polskiej obsługi, ale jak zwykle zostajemy ciepło i serdecznie przyjęci. Na miejscu spotykamy dwójkę Polaków z dzieckiem, którzy przybyli do serca Azji w poszukiwaniu jaków oraz dwójkę wolontariuszy.




Wieczór przeznaczamy na akomodację oraz rozmowy. Nie odmawiamy sobie również kontaktu z lazurową wodą jeziora na której każdy długo wyczekiwał. Kąpiel choć krótka przynosi dużo radości i poczucia prawdziwych wakacji, których nie zaznaliśmy wśród skał i lodu. Teraz przyszedł czas na ich skróconą wersję.
Kwaterunek dostajemy w niezamieszkałych namiotach UNICEF’u. Z zeszłorocznego wyjazdu miło je wspominamy i szybko w jednym urządzamy sobie cztery legowiska. Po zapadnięciu zmroku długo siedzimy nad jeziorem. Wracają wspomnienia, plany i inne idee  jakie może wymyśleć sobie czterech facetów wpatrujących się w gwiazdy i słuchających szumu fal.


11 sierpnia
Dzisiejszy cały dzień każdy przeznacza dla siebie. Pogoda dopisuje grzejącym słońcem i pojedynczymi obłokami na niebie, a nam nigdzie się nie spieszy. Każdy żyje po swojemu, według uznania zaczyna dzień i wypełnia go mniej lub bardziej konstruktywną treścią.




Chyba mamy już trochę dość siebie nawzajem, bo gdy z niczym nie trzeba się spieszyć, wszyscy znajdują dla siebie jakieś zajęcie, swój kąt w którym funkcjonują z własnymi prozaicznymi zajęciami. Należą do nich wylegiwanie, jedzenie i kąpiel w jeziorze na zmianę, o różnych porach. Dzień upływa leniwie, nie zakłócany żadnymi nieprzewidzianymi ekscesami. W godzinach południowych udaje mi się zamienić parę słów z chłopakami, którzy w tym roku wchodzili na Pik Lenina. Niestety śpieszą się na samolot i na dłuższą konwersację nie możemy sobie pozwolić.




Wieczorem w Domu Rekolekcyjnym robi się gwarno kiedy przyjeżdża duża grupa dzieci z Biszkeku. Opiekunowie są różnego pochodzenia, ale daje się usłyszeć i polskie słowa. Niestety, gadatliwością się nie wyróżniają. Poza wspaniałym spektaklem zachodu słońca, który ogląda co najmniej kilkadziesiąt zaciekawionych postaci godziny mijają wolno i smętnie. W braku konkretnych zajęć czy towarzyszy do rozmowy siedzenie tu nie sprawia takiej przyjemności jak w gwarnej, zeszłorocznej atmosferze. Kładziemy się spać stosunkowo wcześnie, uprzednio prosząc miejscowych o podwózkę do najbliższego miasta.


12 sierpnia
Nad Issyk Kulem wstaje kolejny piękny dzień, ostatni jaki w całości przyjdzie nam spędzić w kraju zwanym Kirgistanem. Chcąc zrobić jeszcze zakupy w Biszkeku wstajemy dość wcześnie i pakujemy się. Zanim jednak wykonamy wszystkie czynności mija trochę czasu i ostatecznie wyjeżdżamy dopiero po 8:00. Do miasta kilkanaście kilometrów dalej podwozi nas znajomy Kirgiz, który żegna nas szczerym uśmiechem, zaprasza na narty zimą i absolutnie nie chce proponowanych pieniędzy. Ładujemy plecaki bezpośrednio z samochodu do busa i niebawem wyjeżdżamy. Mój żołądek ciągle nie czuje się najlepiej i pomimo kuracji sterylnym jedzeniem znad Issyk Kul ciągle sprawia problemy. Nie jestem w tym osamotniony, ale chłopaki chyba czują się lepiej.
Pięć godzin drogi do Biszkeku z przerwą na jedzenie w restauracji ciągnie się niemiłosiernie. Już chcielibyśmy być na miejscu i załatwić ostatnie sprawy. Do stolicy docieramy jednak grubo po południu i od razu dzielimy się na dwie grupy. Najpierw w poszukiwaniu pamiątek wychodzę wraz z Jankiem, następnie ustępujemy miejsca Marcinowi i Januszowi, którzy również chcieliby wydać parę somów w mieście. Od południa poważne problemy żołądkowe atakują Marcina, który wygląda jak „z krzyża zdjęty”, moje samopoczucie tymczasem sukcesywnie poprawia się.
Ostatni somy wydajemy już na co popadnie i puszczamy wodze zgniłego konsumpcjonizmu. Na lotnisko jedziemy obładowani kupą jedzenia i picia, które wystarczyć ma na kolejną dobę.
W budynku jest bardzo gorąco i decydujemy się początkowo czekać poza budynkiem. Początkowo spać idą Marcin z Jankiem, a po 22:00 przenosimy się do poczekalni lotniska.






13 sierpnia
Po północy nadchodzi nasz kolej snu i następne trzy godziny względnego odpoczynku. Gdy się budzę widzę, że teraz zaczął o sobie dawać znać żołądek Janka i najbliższy lot nie zapowiada się dla niego najlepiej. Przed samą odprawą po raz kolejny „odpływam” i czas do odlotu spędzam na siedząco, oparty o potężną kolumnę. Z tego okresu pamiętam niewiele.
Lot ma duże opóźnienie, a nasze fatalne samopoczucie nie służy komfortowi lotu. Moje działania opierają się na strategii „przespać jak najdłużej, resztą przecierpieć”.  Z Biszkeku do Stambułu, tam przesiadka i kolejne opóźnienie. Wszystko przeciąga się w nieskończoność, a biurokracja nie ogarnia wszechobecnego bałaganu który ma miejsce wokół nas. Widocznie nad Bosfor trafiamy nieodpowiednim momencie.  Na szczęście bez problemów udaje się dolecieć do Berlina około 14:00. Na lotnisku po kilkudziesięciu minutach oczekiwania, dowiaduję się, że mój bagaż zaginął. Zostaję z butami w jednej ręce, a reklamówką foliową w drugiej (plecak służący za bagaż podręczny zużył się tak, że musze go wyrzucić). Tyle mojego dobytku.
W na lotnisku Schoenefeld spędzamy pozostałą część dnia, aby wieczorem wsiąść do Polskiego Busa. Sam zbieram się już o 19:30 i jadę w kierunku Krakowa. Chłopaki mają transport do Warszawy niewiele później. Na tym etapie wspólna podróż kończy się, ale wszyscy docieramy do domów właściwie w przeciągu doby. Plecak zaś przyjdzie mi zobaczyć dopiero 22 października, po 2,5 miesiąca od przylotu.




Z perspektywy czasu mogę napisać z czystym sumieniem, że wyprawa „We Khan do it” zakończyła się całkowitym sukcesem osiągając dwa główne cele. Po pierwsze - szczyt został zdobyty i kilka miesięcy przygotowań zostało nagrodzonych. Po drugie wszyscy wrócili do Polski cało, a to najważniejsze. Poza drobnymi usterkami „układu motorycznego” i pokarmowego (zasłużona kara za obżarstwo) obyło się bez poważniejszych kontuzji, wypadków i chorób.
Trzeba przyznać, że dopisało nam szczęście. Kapryśna pogoda Tien Shan z pewnością pokazała tym razem swoje łaskawe oblicze i pozwoliła na przyjemną akcję górską oraz okno pogodowe, wystarczające na zdobycie szczytu. Trzeba przyznać że również opatrzność czuwała nad nami, aby wśród dosłownie wszechogarniających niebezpieczeństw wyjść bez żadnego szwanku. Moim zdaniem było się czego bać i bał się chyba każdy. Nie warto przytaczać rozmów, ale każdy z nas miał świadomość co go może czekać i powyżej Camp 1 szedł albo z nerwami miętym jak postronki, albo myślał zupełnie o czymś innym i tak odpędzał od siebie złe myśli.  Na osłodę jak to zwykle bywa w takich okolicznościach, „sprzedawaliśmy” sobie czarne żarty, których nie warto przytaczać.
W teamie nie było jednak strachu ani oznak defetyzmu. Wszyscy staraliśmy się myśleć racjonalnie i raczej pozytywnie zakładając, że jeśli są warunki po prostu trzeba iść do góry w ramach założonego planu. Podczas całego wyjazdu w zespole zdarzyło się bardzo mało spięć czy kłótni (stosunkowo mało, bo gdyby czterech facetów przebywających z sobą blisko miesiąc się nie kłóciło, to byłoby nienaturalne). Zarówno jeśli chodzi o decyzje stricte wyprawowe, czy takie zupełnie powszednie. Mogę powiedzieć, że team sprawdził się świetnie, a lepsze warunki do jego weryfikacji wprost trudno byłoby stworzyć.
Wyprawa pokazało ponadto, że z ubiegłorocznego wyjazdu na Pik Lenina wyciągnęliśmy dużo pozytywnych wniosków. Generalnie, jeśli miałbym szacować to realizacja planów i założeń na Piku Lenina sięgnęła 80%. Na Khan Tengri było to już około 95-98%. Z tego co „nie wypaliło” bądź nie było przewidziane to chyba tylko batony Twix, z którymi walczyliśmy niemal do końca wyprawy. Poza tym niedociągnięć nie było W OGÓLE!!!. Niczego nie zabrakło, równocześnie zbyt dużo nie zostało (gdyby śmigłowiec przyleciał faktycznie 10 sierpnia jedzenia byłoby faktycznie idealnie)  czy nie było zbędne Nie zawalił żaden sprzęt ani żaden element ubioru (poza moimi butami i stopami, które jednak są kwestią wybitnie indywidualną).  Logistyka i zaplanowanie wyjazdu było dopieszczone do szczegółu i z tego jestem szczególnie zadowolony.  W przyszłości daje to duże nadzieje na kolejne wyprawy, motywuje do podejmowania nowych wyznań.
Przełamana została passa Piku Lenina, która mimo woli jakoś ciążyła nam na karku. Wtedy nie dostaliśmy dobrej szansy co by sugerowało, aby zastanowić się czy na pewno jesteśmy zdolni wejść na 7 tysięcznik. Jak widać udało się  a śmiałe zamiary, żeby zamiast powtórki uderzyć na głęboką wodę, opłacały się.
Relacja w takiej przebrzmiałej formie powstała nie tylko i wyłącznie z mojego „widzi mi się”. Mam nadzieję, że nikogo nie zanudziłem, choć rozsądek podpowiada mi, że wielu czytelników mogło nie dobrnąć do końca, przez morze niekształtnych zdań. W każdym razie opis poza w miarę dokładnym przedstawieniem wydarzenia ma zamierzoną, ukrytą funkcję. Będę bardzo zadowolony jeśli w przyszłości przysłuży się komuś do planowania wyjazdu na Khan Tengri. Tak samo jak w przypadku Piku Lenina wraz z chłopakami prowadziliśmy bloga, który krok po kroku przedstawiał nasze przygotowania, a dokładna relacja jest jego ukoronowaniem. Wiem, że sprawdziło się to już przy projekcie „Pik Lenin 2013”, wiem że i teraz nie jedna osoba skorzysta na moich opisach. Jeśli tak się stanie, będę szczęśliwszym człowiekiem.

Na koniec całej żmudnej relacji/sprawozdania chciałbym podziękować wszystkim, którzy wspierali inicjatywę „We Khan do it”. Od początku przygotowań doświadczyliśmy od Was wiele życzliwości i wsparcia zarówno psychicznego jak i materialnego. Trzeba wspomnieć, że na wyprawę pożyczyliśmy od znajomych elementy sprzętu wspinaczkowego, ubioru i inne, które miały ułatwić nam zdobycie szczytu. Za ten kredyt zaufania z tej perspektywy dziękujemy. Wyrazy uznania należą się również każdemu, który trzymał za nas symboliczny kciuk i śledził losy wyprawy. Każdy komentarz, każdy „like” na facebooku i każde dobre słowo motywowało nas do wytężonej pracy i cięższych treningów.
Ukłony należą się także patronom medialnym i honorowym którzy nagłośnili nasz projekt, monitorowali posunięcia oraz wspierali jak tylko mogli.
Nieoceniona okazała się pomoc finansowa jaką otrzymaliśmy przed wyjazdem. Po raz kolejny, dzięki Wam udało się zrealizować projekt na stronie polakpotrafi.pl z którego otrzymaliśmy niemały zastrzyk gotówki.  Wyrazy wdzięczności należą się w tej kategorii przede wszystkim jednak naszemu sponsorowi – formie REALL, która wsparła nas finansowo. Dziękujemy za otrzymany kredyt zaufania oraz mamy nadzieję na rozwój współpracy w przyszłości.
Osobiście nie powstrzymam się jeszcze od podziękowania całemu zespołowi. Podczas całego wyjazdu utrzymywaliście niesamowicie przyjazną atmosferę i poczucie koleżeństwa. Miałem świadomość, że w każdej trudnej sytuacji będę mógł liczyć na wasze wsparcie i pomoc. Nie zawiedliście – dziękuję.
KONIEC

Tomasz Duda


P.S.
To jeszcze nie koniec projektu. Prędzej czy później powstanie film z wyprawy (zależnie od mojego wolnego czasu), a na dniach postaramy się wysłać prezenty z polskpotrafi.pl. Mamy nadzieję również na zorganizowanie kilku prezentacji. Tym samym -> keep watching ;)

Offline BetoNova



  • Pomógł: 0

    • Status GG
Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowiedź #16 dnia: Listopad 03, 2014, 00:30:22 »
Legendarne zwycięstwo :] Zazdraszczam do sześcianu :D

Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowiedź #17 dnia: Listopad 23, 2014, 18:17:57 »
Wreszcie wygrałem walkę z 5 letnim laptopem i zmontowałem wideo z wyjazdu. zapraszam do oglądania:

https://www.youtube.com/watch?v=pCSvpA8CCOA&list=UUChRpToIMcdmTdrW5JIhNBQ

Offline velka

Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowiedź #18 dnia: Listopad 24, 2014, 07:32:08 »
Świetny film  :) Zazdroszczę wyjazdu, mimo że szczyt "nie klepnięty"  :)