Autor W▒tek: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014  (Przeczytany 6401 razy)

0 u┐ytkownikˇw i 1 GoŠ przegl▒da ten w▒tek.

Offline to17071990



  • Pom├│g┬│: 71

    • Student w podr├│┬┐y
We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« dnia: Wrzesie˝ 15, 2014, 23:58:19 »
We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014 - cz├¬┬Â├Ž I (Pierwsze dni w Kirgistanie i trekking do Base Camp)


Wyjazd na Kahn Tengri to w┬│a┬Âciwie p├│┬│ roku przygotowa├▒ ka┬┐dego  z naszej czw├│rki – m├│j, Marcina, Janka i Janusza. Na g┬│├¬bsz┬▒ jego genez├¬ trudno by si├¬ tutaj sili├Ž. Wi├¬kszo┬Â├Ž zosta┬│o ju┬┐ wszak napisane czy opowiedziane podczas przygotowa├▒, a co drobniejsze szczeg├│┬│y pozostan┬▒ w naszych g┬│owach i nie warto ich przytacza├Ž. Faktem natomiast  jest, ┬┐e w wypraw├¬ „We Khan do it” ka┬┐dy z nas zaanga┬┐owa┬│ si├¬ ca┬│ym sercem i ju┬┐ na kilka miesi├¬cy przed dawa┬│ z siebie ile m├│g┬│. W za┬│o┬┐eniu wszystko mo┬┐na by┬│o za┬│atwi├Ž  ┬│atwiej czy szybciej,  kupi├Ž pakiet i po sprawie. Problemem jest, ┬┐e na takie rozwi┬▒zanie nie mieli┬Âmy ani pieni├¬dzy ani ch├¬ci. Jak cz├¬sto powtarzam „droga jest celem”, wi├¬c nie warto bawi├Ž si├¬ w szukanie ┬Âcie┬┐ek na skr├│ty, ale z ┬│atwizny poczyni├Ž sobie swego rodzaju wyzwanie.
W┬│a┬Ânie takim tokiem dzia┬│ania poszli┬Âmy postanawiaj┬▒c wyjazd nasz uczyni├Ž jak najta├▒szym i ju┬┐ po raz drugi oby├Ž si├¬ bez zakupu pakiet├│w agencyjnych. Z tego powodu przygotowania kosztowa┬│y du┬┐o czasu i wytrwa┬│o┬Âci, jednak z up┬│ywem dni i miesi├¬cy ko┬│a z├¬bate zaczyna┬│y na siebie nachodzi├Ž, a tryby pracowa├Ž tworz┬▒c lepiej lub gorzej dzia┬│aj┬▒c┬▒ ca┬│o┬Â├Ž.



Nasze przygotowanie r├│wnie┬┐ mog┬│y okaza├Ž si├¬ p┬│onne  r├│wnie┬┐ bez pomocy z zewn┬▒trz. Poprzez poczynione staranie uda┬│o nam si├¬ pozyska├Ž sponsora. Dzi├¬ki firmie Reall, kt├│ra pe┬│ni┬│a t┬▒ funkcj├¬ wyprawa osi┬▒gn├¬┬│a p┬│ynno┬Â├Ž finansow┬▒, a za udzielone wsparcie mogli┬Âmy uzupe┬│ni├Ž nasze zapasy  sprz├¬towe w brakuj┬▒ce a potrzebne elementy.  Kilka dni przed wyjazdem zrealizowali┬Âmy r├│wnie┬┐ nasz projekt na polak potrafi.pl tym samym zapewniaj┬▒c sobie jeszcze troch├¬ grosza. Nie bez znaczenia dla powodzenia wyprawy pozosta┬│a r├│wnie┬┐ pomoc os├│b dobrej woli nie wyra┬┐ona w pieni┬▒dzu – po┬┐yczanie sprz├¬tu, udzielanie porad, konsultacje i wsparcie duchowe szerokiego grona sympatyk├│w.
Widz┬▒c tak przychylne nastawienie do naszej, sk┬▒din┬▒d szalonej, inicjatywy sami r├│wnie┬┐ starali┬Âmy si├¬ da├Ž z siebie po sto dziesi├¬├Ž procent. Przed wyjazdem w g├│ry ka┬┐dy mocno trenowa┬│ i wylewa┬│ pot na poczet wsp├│lnej idei.
Od po┬│owy czerwca nikt ju┬┐ nie my┬Âla┬│ o niczym innym. Cytuj┬▒c Becka „wszystkie sprawy i zagadnienie zesz┬│y na plan dalszy”, a idealnie piramidalny kszta┬│t Kahn Tengri popsu┬│ normalne postrzeganie rzeczywisto┬Âci czw├│rce zwyk┬│ych ludzi. Mieszane uczucia to chyba najlepsze co mo┬┐na powiedzie├Ž o my┬Âlach, jakie ko┬│ata┬│y si├¬ po g┬│owie ka┬┐dego z cz┬│onk├│w wyprawy. Z jednej strony rado┬Â├Ž i podekscytowanie, z drugiej obawa o zdrowie, ┬┐ycie i powodzenie wyjazdu.
Przed wyruszeniem nieraz przeklina┬│em bezlitosny czynnik obiektywny, jaki ci┬▒┬┐y┬│ na po┬│udniowej drodze na Kahn Tengri, kt├│r┬▒ obrali┬Âmy – kuluar Siemionowa i nieprzewidywalne lawiny, w obliczu kt├│rych cz┬│owiek staje si├¬ bezradny i s┬│aby.  Godzinami my┬Âla┬│em, jak wyeliminowa├Ž albo ograniczy├Ž zagro┬┐enie jakie wi┬▒┬┐e si├¬ z tym miejscem. M├│wi┬▒c kr├│tko, poch┬│on├¬┬│o mnie to do reszty, a jedyne co osi┬▒gn┬▒┬│em to ┬Âwiadomo┬Â├Ž, ┬┐e co by nie robi├Ž to gra w ruletk├¬ o mniejszej lub wi├¬kszej ilo┬Âci naboj├│w w komorach.
Ostatnie tygodnie przed wyjazdem up┬│yn├¬┬│y na domykaniu spraw odstawionych i zakupach. Dodatkowy baga┬┐ do samolotu, rozszerzenie ubezpieczenia, za┬│atwianie ostatnich kwestii, kt├│re ju┬┐ dawno powinny by├Ž za┬│atwione.
Lipiec i ostatnie dni przed wypraw┬▒ nie by┬│y dla mnie najszcz├¬┬Âliwszym okresem, a wszystko kr├¬ci┬│o si├¬ wok├│┬│ kontuzji, kt├│rej wtedy si├¬ nabawi┬│em. Z pozoru niegro┬╝ne opuchni├¬cie kolana po treningu, na USG okaza┬│o si├¬ p├¬kni├¬ciem ┬│┬▒kotki, wymagaj┬▒cym leczenia operacyjnego. Pchanie si├¬ z takim urazem w g├│ry wysokie, z dala od cywilizacji pozostawa┬│o kwesti┬▒ otwart┬▒, a na pewno nie oczywist┬▒ i rozs┬▒dn┬▒. Zastanawia┬│em si├¬ nad t┬▒ kwesti┬▒, cho├Ž niezbyt d┬│ugo, powiadomi┬│em ch┬│opak├│w o fakcie i rozwia┬│em obawy stwierdzeniem, ┬┐e jednak jad├¬. Miesi├¬cy przygotowa├▒, w┬│o┬┐onego trudu i pieni├¬dzy nie mo┬┐na odpu┬Âci├Ž po prostu od tak.
Cho├Ž wiedzia┬│em, ┬┐e moje szanse wej┬Âcia na szczyt zmniejszy┬│y si├¬ diametralnie ju┬┐ przed startem, to jednak by┬│em ┬Âwiadomy, ┬┐e moja obecno┬Â├Ž na wyprawie oka┬┐e si├¬ dodatkowym atutem, a przy odrobinie szcz├¬┬Âcie nawet nie b├¬dzie przeszkadza├Ž ;). Jakby nie by┬│o zawsze, no mo┬┐e nie przesadzajmy – do pewnego momentu, b├¬d├¬ m├│g┬│ zrezygnowa├Ž czy wycofa├Ž si├¬.
Przez ca┬│y lipiec zarzuci┬│em wi├¬c treningi, zast├¬puj┬▒c je ok┬│adami z lodu, ma┬Âciami i wylegiwaniem. Do po┬│owy miesi┬▒ca opuchlizna zesz┬│a, cho├Ž zdawa┬│em sobie spraw├¬, ┬┐e to tylko przej┬Âciowa poprawa.
Poza moim dolegliwo┬Âciami ch┬│opaki r├│wnie┬┐ nie mieli lekko. Janusz na tydzie├▒ przed startem wyprawy z┬│apa┬│ zapalenie oskrzeli i do Kirgistanu zosta┬│ wyposa┬┐ony w antybiotyk i nar├¬cze lek├│w. Janek natomiast przy pomocy bada├▒ zda┬│ sobie spraw├¬, ┬┐e jest bezglutenowcem i rozwa┬┐a┬│ zmian├¬ ca┬│ego wyprawowego jad┬│ospisu. Tylko Marcin nie zg┬│asza┬│ powa┬┐niejszych dolegliwo┬Âci.

Z mojej perspektywy wyjazd zacz┬▒┬│ rozkr├¬ca├Ž si├¬ 18 lipca, kiedy wyjecha┬│em busem do Lublina. Ju┬┐ du┬┐o wcze┬Âniej um├│wili┬Âmy si├¬ z Jankiem, ┬┐e to jego mieszkanie stanie si├¬ punktem zbornym przed wypraw┬▒ i tam przepakujemy si├¬, sprawdzimy ekwipunek i zaczniemy wypraw├¬. Gdy dojecha┬│em do Lublina Janusz i Janek ju┬┐ na mnie czekali. Marcin jako miejscowy musia┬│ przej┬Â├Ž kilkaset metr├│w piechot┬▒, aby znale┬╝├Ž si├¬ w naszym centrum zarz┬▒dzania wypraw┬▒.
Trzeba przyzna├Ž, ┬┐e przepakowywanie mia┬│o rozmach. Mieszkanie zosta┬│o prawie w ca┬│o┬Âci zarzucone gratami wszelakiej ma┬Âci i kilkuset kilogramami rzeczy dziwnego pochodzenia i przeznaczenia. Co za┬ tyczy si├¬ samego tempa pracy - by┬│o ono leniwe i bezproduktywne, bardziej przypominaj┬▒c studenck┬▒ schadzk├¬ na piwo ni┬┐ realne przygotowania na dzie├▒ przed wypraw┬▒ w serce Azji. Impreza z popo┬│udnia przenios┬│a si├¬ na wiecz├│r, a dopiero po p├│┬│nocy osi┬▒gn├¬li┬Âmy oko┬│o dziewi├¬├Ždziesi├¬ciu procent gotowo┬Âci. Nieprzygotwani, niespakowani ale za to zadowoleni i zmotywowani po p├│┬│nocy po┬│o┬┐yli┬Âmy si├¬ spa├Ž.

Teraz czas przenie┬Â├Ž si├¬ w ten radosny moment, a narracj├¬ przerzuci├Ž na barki pierwszej osoby.







19 lipca
Budz┬▒c si├¬ przed 8:00 po raz pierwszy u┬Âwiadamiam sobie, ┬┐e co┬ zwane „tym dniem” w┬│a┬Ânie si├¬ zacz├¬┬│o. Cho├Ž za kilka godzin wyje┬┐d┬┐amy, do ogarni├¬cia zosta┬│o jeszcze kilka wa┬┐nych spraw. Po ┬Âniadaniu wraz z Jankiem zmierzam do lekarza. To mieszkaj┬▒cy niedaleko ortopeda um├│wiony po znajomo┬Âci, kt├│ry ma spojrze├Ž na moje felerne kolano. Konsultacja na kilka godzin przed wyjazdem wypada stosunkowo pomy┬Âlnie – wi├¬zad┬│a ca┬│e, a ┬│┬▒kotka podczas wyjazdu nie powinna bardziej si├¬ zu┬┐y├Ž.
- Najwy┬┐ej spuchnie i b├¬dzie bole├Ž – pada werdykt.
I cho├Ž dla innych, w sytuacji wyjazdu „na koniec ┬Âwiata” m├│g┬│by wydawa├Ž si├¬ wyrokiem, mnie uspokaja i wskazuje powa┬┐nie zaopatrzy├Ž si├¬ w ┬Ârodki przeciwb├│lowe.
Na mieszkanie wracamy przed po┬│udniem by wpa┬Â├Ž w wir pakowania, sprawdzania i porz┬▒dkowania. Ostatnie czynno┬Âci wykonujemy niespiesznie, bardziej skupieni na pami├¬ciowym zbieraniu baga┬┐u w swoich my┬Âlach. Je┬Âli nawet nie unikn┬▒├Ž, to przynajmniej do minimum nale┬┐y ograniczy├Ž liczb├¬ rzeczy, kt├│rych mogli┬Âmy zapomnie├Ž.
Nieca┬│┬▒ godzin├¬ p├│┬╝niej, wraz z Januszem i Jankiem zmierzamy ju┬┐ w kierunku PKSu, gdzie wkr├│tce podjedzie nasz transport. We tr├│jk├¬ zjawiamy si├¬ d┬│ugo przed czasem, a Marcin przychodzi kilkana┬Âcie minut przed 14:00. Ostatnie wolne chwile wykorzystuj├¬ na zakup zapasowej baterii do smartfona w przyp┬│ywie ┬Âwiadomo┬Âci, ┬┐e mo┬┐e si├¬ jednak przyda├Ž.




Bezpo┬Ârednio przed odjazdem Polskiego Busa odprawia nas kilka os├│b – s┬▒ rodzice Janka i Marcin kt├│ry ma by├Ž podczas wyprawy naszym po┬Ârednikiem w ┬│┬▒czno┬Âci z Polsk┬▒. Ostatnie po┬┐egnania, trudne roz┬│┬▒ki i po chwili ogl┬▒damy Lublin zza szyby, dzi├¬kuj┬▒c przewo┬╝nikowi za klimatyzacj├¬, tak przyjemn┬▒ w tym gor┬▒cym dniu.
Do Warszawy doje┬┐d┬┐amy o 17:00 ze ┬Âwiadomo┬Âci┬▒, nadmiaru czasu i baraku perspektyw na jego wykorzystanie. Niewiele my┬Âl┬▒c, na pocz┬▒tku musimy przejecha├Ž przez miasto. Poruszanie si├¬ z kilkudziesi├¬cioma kilogramami baga┬┐u stanowi nieliche wyzwanie tote┬┐ jeste┬Âmy wdzi├¬czni za stacje metra, znajduj┬▒c┬▒ si├¬ kilkaset metr├│w dalej. Tym ┬Ârodkiem transportu przeje┬┐d┬┐amy dok┬│adnie na ostatni┬▒ stacj├¬ i rozk┬│adamy si├¬ na pierwszej lepszej ┬│awce po┬│o┬┐onej nieopodal. Czas jaki pozosta┬│ do p├│┬│nocy po┬Âwi├¬camy na ostatnie zakupy, jedzenie i kr├¬cenie si├¬ w k├│┬│ko wok├│┬│ kupy baga┬┐u.
Trzeba wykona├Ž ostatnie telefony jeszcze na polskiej ziemi – tak na wszelki wypadek, gdy┬┐ w podr├│┬┐y nic nie wiadomo…




Gdy nastaje zmrok, wraz z ca┬│ym dobytkiem instalujemy si├¬ w poczekalni dworca. Kwadrans przed p├│┬│noc┬▒ przyje┬┐d┬┐a nasz ┬Ârodek transportu. Na szcz├¬┬Âcie miejsca na baga┬┐ nie brakuje i bez problem├│w ca┬│o┬Â├Ž sprz├¬tu pakujemy do luku. Oko┬│o godziny zero wyje┬┐d┬┐amy z nocnej stolicy na zach├│d.




20 lipca
Noc w autokarze mija nadspodziewanie szybko i przyjemnie. Miejsca nie brakuje, ludzi relatywnie ma┬│o i korzystaj┬▒c z okazji mo┬┐emy z┬│apa├Ž kilka godzin przerywanego snu. Budzimy si├¬ w┬│a┬Âciwie dopiero u celu, a zaspane oczy wy┬│apuj┬▒ce napis „Berlin Sch├Ânelfeld” tylko nas w tym utwierdzaj┬▒.




Niewiele po 7:00 rano opuszczamy Polskiego Busa i niezdarnie z pl┬▒tanin┬▒ toreb i pleck├│w kierujemy si├¬ na terminale. Nie ma po┬Âpiechu, samolot wylatuje dopiero o 14:00, wi├¬c co najmniej do po┬│udnia mamy woln┬▒ r├¬k├¬. Czas ten sp├¬dzamy bardzo leniwie, rozk┬│adaj┬▒c si├¬ na ┬│awkach i odsypiaj┬▒c ostatni┬▒ noc w  autobusie. Komu┬ udaje si├¬ zje┬Â├Ž, innym pod┬│adowa├Ž telefon i jako┬ godziny mijaj┬▒. Przed odpraw┬▒ nasze leniwe ruchy troch├¬ si├¬ zag├¬szczaj┬▒ – foliujemy baga┬┐e i wa┬┐ymy ca┬│y dobytek dokonuj┬▒c niezb├¬dnego przepakowania. Okazuje si├¬, ┬┐e z wykupionym nadbaga┬┐em dysponujemy w sumie 132 kg ┬│adunku. W limit wagowy udaje si├¬ wcisn┬▒├Ž r├│wnie┬┐ buty, co cieszy nas niezmiernie w kwestii wygody podczas lotu.




Odprawa przebiega sprawnie, szybko oddajemy baga┬┐ i czekamy na wej┬Âcie na pok┬│ad. Samolot sp├│┬╝nia si├¬ troch├¬, cho├Ž dla nas nie ma to znaczenia, a nawet oznacza kr├│tsze oczekiwania na przesiadk├¬. Do Istambu┬│u dolatujemy wieczorem i czekamy na kolejny lot. Przed wej┬Âciem na pok┬│ad spotykamy tr├│jk├¬ Czech├│w, wybieraj┬▒cych si├¬ na Khana od p├│┬│nocy. Jeden z nich opowiada o swoim zesz┬│orocznym trekkingu lodowcem i nie nastawia nas optymistycznie. Kolejny temat przechodzi na lawiny i niebawem trzeba powiedzie├Ž sobie „Cze┬Â├Ž” i ┬┐yczy├Ž wzajemnie powodzenia, aby ca┬│kowicie si├¬ nie demotywowa├Ž.
Na rozmy┬Âlania na szcz├¬┬Âcie nie ma czasu, gdy┬┐ niebawem wchodzimy na pok┬│ad. Liczymy na jakiekolwiek jedzenie lub wod├¬, ale tanie linie Pegasus nie dostarczaj┬▒ nam takich luksus├│w. Bez przyjemno┬Âci siedzimy kilkana┬Âcie godzin o suchym gardle, odwracaj┬▒c uwag├¬ s┬│abym i niewygodnym snem. Sam pr├│buj┬▒ jeszcze przy ┬Âwietle lampki przeczyta├Ž kawa┬│ek ksi┬▒┬┐ki – prawie 400 stron „Wojny Iwana” zmieszczonych na 38  stronach A4 drukiem „maczkowym”.


21 lipca
Przed p├│┬│noc┬▒ odp┬│ywam, a do stanu ┬Âwiadomo┬Âci przywraca mnie po kilku godzinach stewardesa i nier├│wna p┬│yta lotniska w Biszkeku. Zupe┬│nie jak rok temu – przychodzi mi na my┬Âl. Kirgistan wita.
Przylatujemy kilka minut przed 5:00 czasu lokalnego, co jest efektem blisko godzinnego op├│┬╝nienia. Dla nas to nawet lepiej – mniej czekana na marszrutk├¬. Na wydanie baga┬┐y czekamy prawie p├│┬│ godziny, ale na szcz├¬┬Âcie wszystkie s┬▒. ┬úadujemy je na rozklekotany w├│zek i za takim taranem przebijamy si├¬ przez t┬│um taks├│wkarzy-naganiaczy.




Na lotnisku ponownie si├¬ przepakowujemy, wymieniamy par├¬ groszy i kupujemy pierwsz┬▒ od kilkunastu godzin wod├¬, kt├│r┬▒ poch┬│aniamy w kilka chwil. Janek zostaje mianowanym „Cash-keeperem” a Janusz ma mu pomaga├Ž w rozliczeniach. Na pierwsze koszty robimy szybk┬▒ zrzutk├¬ po 50 dolar├│w. Wszystko wydaje si├¬ i┬Â├Ž sprawnie, gdy w pewnym momencie Janek u┬Âwiadamia sobie, ┬┐e nie ma swoich but├│w. Chwila konsternacji, po czym wraz z Januszem idzie do administracji lotniska. Proceder walki z biurokracj┬▒ zajmuje ch┬│opakom prawie godzin├¬, cho├Ž ko├▒czy si├¬ sukcesem. Janek wraca z butami, kt├│re jak si├¬ okazuje zostawi┬│ przy odbieraniu baga┬┐u.
Spokojniejsi udajemy si├¬ na przystanek marsz rutek i po chwili oczekiwania jedziemy do centrum stolicy. Po drodze dogaduj├¬ si├¬ z kierowc┬▒, ┬┐e za 300som podwiezie nas bezpo┬Ârednio na dworzec zachodni. Cena jak za cztery osoby ┬Âmieszna, a ┬┐eby busik zamieni├Ž w taks├│wk├¬ wystarczy schowa├Ž tabliczk├¬. Elastyczno┬Â├Ž Kirgiz├│w jest niepoj├¬ta w naszym rozumieniu, ale skoro mo┬┐na to czemu nie skorzysta├Ž.
Na dworcu zachodnim dokonujemy szybkiego podzia┬│u zada├▒. Janek wraz z Marcinem zostaj┬▒ baga┬┐ami i wypytuj┬▒ o transport do Karakol, ja wraz z Januszem wychodzimy na miasto. Wraz z map┬▒ i zesz┬│orocznymi wspomnieniami przechodzimy znajome ju┬┐ miejsca. Poranne miasto powoli zape┬│nia si├¬ lud┬╝mi, a s┬│o├▒ce stopniowo daje si├¬ we znaki. Ponad godzin├¬ zajmuje nam dotarcie do sklepu Red Fox, gdzie kupujemy gaz. 14 kartuszy za 140 dolc├│w – ceny posz┬│y w g├│r├¬.  Z racji p├│┬╝niej pory wracamy ju┬┐ marszrutk┬▒. Szczeg├│lnie szybko pokonujemy okolice Osz Bazaru, maj┬▒c w pami├¬ci dawne urazy i ┬Âciskaj┬▒c pochowane, ┬Âwie┬┐o wymienione somy.
Gdy wracamy do ch┬│opak├│w, okazuje si├¬ ┬┐e pomimo naszej wcze┬Âniejszej umowy nie mogli si├¬ powstrzyma├Ž i zam├│wili jakie┬ lokalne jedzenie. Nic dziwnego, ┬┐e nietrudno si├¬ powstrzyma├Ž, a cena zach├¬ca. Pozostaje poczeka├Ž na reakcje ┬┐o┬│┬▒dk├│w.




Kilka minut po po┬│udniu wyje┬┐d┬┐amy marszrutk┬▒ w kierunku Karakolu, sp┬│awiaj┬▒c po drodze tabuny rozjuszonych taks├│wkarzy. Transport kosztuje niewiele – 350 som, a w busiku sp├¬dzamy nast├¬pne siedem godzin, gapi┬▒c si├¬ za szyb├¬ i ogl┬▒daj┬▒c tandetne programy telewizji  miejscowej serwowane na przymus.
Do Karakolu docieramy na 19:00, wysiadaj┬▒c na dworcu autobusowym. Otoczenie nie pretenduje do miana kilkudziesi├¬ciu tysi├¬cznego miasta, a wkr├│tce okazuje si├¬, ┬┐e centrum jest kilka kilometr├│w dalej. Opinie co do po┬│o┬┐enia centrum s┬▒ jednak sprzeczne. Taks├│wkarze m├│wi┬▒ jedno, sklepikarze drugie. Co gorsze – nikt nie wie, gdzie znajdziemy pole namiotowe opisywane w sieci. W mi├¬dzyczasie pojawia si├¬ kolejny k┬│opot z odbiorem naszych pozwole├▒ przygranicznych od znajomej Kirgizki. Okazuje si├¬, ┬┐e w tym momencie s┬▒ one w Biszkeku i maj┬▒ przyjecha├Ž dopiero jutro rano. Dziewczyna twierdzi r├│wnie┬┐, ┬┐e w okolicy miasta Enlichek (tam si├¬ wybieramy) panuje epidemia d┬┐umy i b├¬dziemy musieli si├¬ zaszczepi├Ž.
Nie wiedz┬▒c zbytnio co robi├Ž, po pierwsze sp┬│awiamy taks├│wkarzy. Korzystaj┬▒c z GPS kierujemy si├¬ bez ┬┐adnego  celu w kierunku wi├¬kszego zgrupowania ulic. D┬╝wiganie ca┬│ych 130kg baga┬┐u daje si├¬ nam ostro we znaki, m├¬czy i zajmuje du┬┐o czasu. Gdy dochodzimy do jednej z g┬│├│wnych ulic trzy kilometry dalej zapada zmrok, a my zostajemy bez perspektyw, z „r├¬kami w nocnikach”.




Pierwszy rekonesans robi Marcin, ale znajduje tylko jaki┬ guesthouse, kt├│ry zostawiamy sobie jako furtk├¬ rezerwow┬▒. Kolejne rozpoznanie robi├¬ wraz z Jankiem. Tym razem trafiamy w dobre miejsce – Turkestan Yurtcamp. Chocia┬┐ wszystkie jurty s┬▒ zaj├¬te, to jednak gospodarz z racji p├│┬╝niej pory lokuje nas w pokojach po 300 som od g┬│owy.
Nasza sytuacja si├¬ powoli gruntuje. Oko┬│o p├│┬│nocy mamy dach nad g┬│ow┬▒, wi-fi, prysznic i co najwa┬┐niejsze – perspektywy. Pog┬│oski o rzeczonej d┬┐umie zostaj┬▒ szybko obalone, a ponad to pojawiaj┬▒ si├¬ nadzieje na szybki transport. Zdecydowanie promieniujemy od dobrych informacji. W nagrod├¬ po p├│┬│nocy urz┬▒dzamy sobie sp├│┬╝nion┬▒ kolacj├¬ i osuszamy po┬│├│wk├¬ lokalnej w├│dki. Zdrowotnie, na ┬┐o┬│┬▒dek oczywi┬Âcie. Po przyj├¬ciu tak wysublimowanego medykamentu jeszcze weselsi idziemy spa├Ž.


22 lipca
Poranki w Karakolu s┬▒ pi├¬kne, a przynajmniej podczas naszego wyjazdu tylko takie si├¬ zdarzaj┬▒. Lokalny klimat jest natomiast odmienny od reszty kraju i to w pozytywnym znaczeniu. Noce i poranki s┬▒ ch┬│odne i rze┬Âkie, odpowiednie dla dobrego snu. Nie spos├│b por├│wna├Ž ich z okolicami Oszu, gdzie w nocy temperatura nie spada poni┬┐ej 25 stopni, a ┬Âpi si├¬ w┬│a┬Âciwie z rozs┬▒dku. Podobnie ma si├¬ sprawa z temperatur┬▒ w ci┬▒gu dnia. Chocia┬┐ s┬│o├▒ce pali, to jednak po kilku chwilach w cieniu szybko si├¬ och┬│adzamy i wypoczywamy. Co wi├¬cej, klimat staje si├¬ bardziej kontynentalny i jest zdecydowanie bardziej pogodny ni┬┐ „morska” aura nad Issyk Kulem, kt├│r┬▒ mo┬┐na zaobserwowa├Ž kilkadziesi┬▒t kilometr├│w dalej.




Taki te┬┐ pi├¬kny poranek wita nas drugiego dnia w Kirgistanie. Wstaj├¬ wcze┬Ânie, chc┬▒c jak najwi├¬cej uchwyci├Ž z klimatu nowego miejsca. Wraz z Januszem idziemy na zakupy, aby zrobi├Ž prowizoryczne zaopatrzenie i popatrze├Ž troch├¬ na kirgiskie ┬┐ycie o poranku. Przede wszystkim szukamy chleba, cho├Ž okazuje si├¬ ┬┐e nie wsz├¬dzie mo┬┐na go dosta├Ž. Nie ma go na przyk┬│ad w sklepie nieopodal, gdzie na s┬│owo „chlieb” niespe┬│na pi├¬tnastoletnia ekspedientka przecz┬▒co kr├¬ci g┬│ow┬▒. Decydujemy si├¬  jednak na dalsze poszukiwania, kt├│re przynosz┬▒ efekty. Z zakup├│w wracamy ob┬│adowani frykasami uwa┬┐aj┬▒c aby przez nieuwag├¬ nie zintegrowa├Ž si├¬ z nawierzchni┬▒ drogi wpadaj┬▒c w otwart┬▒ studzienk├¬ ┬Âciekow┬▒, czy przewracaj┬▒c o kamie├▒ stercz┬▒cy z klepiska, kt├│remu nie przys┬│uguje zaszczytne miano chodnika.
Oko┬│o 9:00 robimy ┬Âniadanie i delektujemy si├¬ internacjonalnym klimatem Yurtcampu. Nied┬│ugo potem bez zapowiedzi pojawia si├¬ opcja transportu za 8000 som. Cena wydaje si├¬ do prze┬┐ycia, wi├¬c umawiamy si├¬ na 12:30. Czas jaki nam pozostaje wykorzystujemy na niedbale i szybko wykonywane czynno┬Âci – kolejne przepakowania, obszerniejsze zakupy i wysy┬│anie kartek pocztowych do znajomych i rodziny. Janek i Marcin przemierzaj┬▒ jeszcze miasto w poszukiwaniu zaspanego kierowcy i naszego pozwolenia przygranicznego, co zajmuje im ponad godzin├¬.




W po┬│udnie pojawia si├¬ transport i zaczyna si├¬ rytua┬│ upychania baga┬┐u. Na szcz├¬┬Âcie maszyna jest du┬┐a i wszystko mie┬Âci si├¬ bez problem├│w. O zaplanowanym czasie ruszamy. Kierowc┬▒ jest Andriej, kt├│rego pradziadek sprowadzi┬│ si├¬ tu z Krymu jeszcze w spokojnych carskich czasach. Turyst├│w wozi wraz ze swoim synem, kt├│ry siedzi razem z nami w samochodzie. Z rozmowy daje si├¬ pozna├Ž jako przyjazny cz┬│owiek i szybko nawi┬▒zujemy kontakt. Droga up┬│ywa bardzo szybko i jeszcze szybciej pogarsza si├¬ stan nawierzchni. Pocz┬▒tkowo przemierzamy zielone doliny, przekraczamy rw┬▒ce potoki i omijamy dziury na drogach pokroju ┬┐├│┬│tego sera. Okolica jest wprost pi├¬kna i zdecydowanie odmienna od po┬│udniowej cz├¬┬Âci kraju. W okolicach Osz turysta mija spalone s┬│o├▒cem pola i ┬┐├│┬│to-szare przestrzenie ci┬▒gn┬▒ce si├¬ po horyzont. No mo┬┐e to generalizowanie, ale tak je zapami├¬ta┬│em. Tymczasem otoczenie Karakolu po prostu k┬│uje w oczy zieleni┬▒ i ┬Âwie┬┐o┬Âci┬▒. Soczysty kolor p├│l, li┬Âci i drzew oraz stosunkowo du┬┐o p┬│yn┬▒cej wody. Od razu przypomina mi si├¬ „rajska kraina” Jacka Hugo-Badera. „Zielska” sk┬▒din┬▒d brak…




Pocz┬▒tkowo jedziemy wzd┬│u┬┐ osiedli ludzkich, bo niebawem skr├¬ci├Ž w g├│rsk┬▒ dolin├¬ i wzd┬│u┬┐ potoku systematycznie zdobywa├Ž wysoko┬Â├Ž. Okolica staje si├¬ wyludniona, a ziele├▒ przechodzi wkr├│tce w br┬▒z ska┬│ i kamieni. Osi┬▒gamy prze┬│├¬cz, z kt├│rej widoczna jest dalsza cz├¬┬Â├Ž drogi. Kierowca wspomina, ┬┐e zim┬▒ przywozie si├¬ tu turyst├│w na narty, a okolica mimo i┬┐ zimna nie nale┬┐y do za┬Ânie┬┐onych. Droga natomiast, pomimo s┬│abego stanu i szutrowej nawierzchni jest podobno ca┬│y rok przejezdna i od┬Ânie┬┐ana zimow┬▒ por┬▒.
Z prze┬│├¬czy zje┬┐d┬┐amy do g├│rskiego w┬▒wozu, kt├│ry wiedzie kilkadziesi┬▒t kilometr├│w w┬▒sk┬▒ drog┬▒ wzd┬│u┬┐ rzeki i pionowych ┬Âcian skalnych. Co jaki┬ czas mijamy od┬│amy skalne, kt├│re zadomowi┬│y si├¬ na drodze po pokonaniu kilkudziesi├¬ciu metr├│w lotem „kosz┬▒cym”.
Przed 16:00 odleg┬│y widnokr┬▒g zapowiada koniec doliny. Zatrzymujemy si├¬ na zakr├¬cie drogi, przed zjazdem ze wzg├│rza. Przed nami rozpo┬Âciera si├¬ przepi├¬kny widok na dolin├¬ i wyludnione miasto – Enlichek. Jak powiada Andriej – za czas├│w zwi┬▒zku radzieckiego by┬│y tu kopalnie i kwit┬│ przemys┬│. Teraz Kirgiski rz┬▒d nie widzi sensu inwestowania w to miejsce. Zamieszkuje tu niewiele ponad dwadzie┬Âcia rodzin, cho├Ž ┬┐┬▒dnego tubylca nie widzimy po drodze.




Po zje┬╝dzie ze wzg├│rza docieramy do mostu, gdzie przebiega symboliczna granica. Drog├¬ zastawia nam anachroniczny szlaban, a z kontenera obok wychodzi m┬│ody ┬┐o┬│nierz. W tym punkcie po┬Âwi├¬camy kilka chwil na formalno┬Âci „mundurowe”, po czym ruszamy dalej. Przejazd przez „miasto duch├│w” trwa tylko kilka chwil, cho├Ž i tak ┬│apiemy jego aur├¬ a Janek i Janusz odgra┬┐aj┬▒ si├¬, ┬┐e po akcji g├│rskiej chcieliby pochodzi├Ž po opustosza┬│ych blokach i silosach.




Ostatni odcinek wiedzie polodowcow┬▒, szerok┬▒ dolin┬▒. Daleki horyzont, teren p┬│aski jak nale┬Ânik, a wko┬│o pustki. Dawn┬▒ baz├¬ wojskow┬▒ widzimy w oddali, a docieramy do niej po kilkunastu minutach. Z naszym kierowc┬▒ ┬┐egnamy si├¬ o 17:00 i na odchodne dostajemy par├¬ ciekawych wskaz├│wek. Z barak├│w obok  maj┬▒ podobno przyj┬Â├Ž ┬┐o┬│nierze do kolejnej kontroli, cho├Ž to podobno w ich interesie.  Mayda Adir jest teraz wyj┬▒tkowo t┬│oczna. W bazie koczuje ju┬┐ kilka ekip, kt├│re czekaj┬▒ od kilku dni na popsuty ┬Âmig┬│owiec.
Gdy kierujemy si├¬ do obiektu z naprzeciwka wychodzi naczelnik bazy. Wida├Ž, ┬┐e to twardy g├│rski cz┬│owiek. Gdy dowiaduje si├¬, ┬┐e nie podr├│┬┐ujemy z agencjami tylko na w┬│asn┬▒ r├¬k├¬ wrogo mierzy nas wzrokiem i wskazuje miejsca na namioty.
Niezbyt ciep┬│e przyj├¬cie nie zniech├¬ca nas, gdy┬┐ mamy wa┬┐niejsze sprawy na g┬│owie. Rozbijamy obozowisko i zabieramy si├¬ do podzia┬│u baga┬┐u. Po ogarni├¬ciu najwa┬┐niejszych spraw nagle odczuwam, ┬┐e moje kolano ma si├¬ nie najlepiej, a co wi├¬cej – solidnie spuch┬│o. Z racji, ┬┐e czeka nas pi├¬├Ž dni marszu z ci├¬┬┐kimi plecakami, ten fakt nie napawa mnie optymizmem. Zaczyna si├¬ dyskusja z ch┬│opakami, co robi├Ž. Janek i Janusz nak┬│aniaj┬▒ mnie abym raczej poczeka┬│ w bazie na ┬Âmig┬│owiec i polecia┬│ do Base Campu. Ja za┬ z uporem zostaj├¬ przy swoim, ┬┐e jako┬ dojd├¬ i mimo wszystko tak b├¬dzie lepiej dla nas wszystkim. Ch┬│opaki nie┬│atwo si├¬ przekonuj┬▒ i w ko├▒cu zostaje na tym, ┬┐e odci┬▒┬┐┬▒ mnie troch├¬ z baga┬┐em i jako┬ b├¬d├¬ cz┬│apa┬│.




A┬┐ do zapadni├¬cia zmroku dzielimy baga┬┐. W bazie chcemy zostawi├Ž pierwszy depozyt i odda├Ž cz├¬┬Â├Ž baga┬┐u do ┬Âmig┬│owca. Czynno┬Âci te id┬▒ nam bardzo wolno i w ko├▒cu w plecakach zostawiamy ok. dwudziestu kilogram├│w wraz z jedzeniem na siedem dni (w razie czego) a reszt├¬ pakujemy do wsp├│lnej torby.
Wiecz├│r sp├¬dzamy w budynkach bazowych, pij┬▒c zdrowotne co nieco z dw├│jk┬▒ poznanych przed kilkoma godzinami Polak├│w. Oni jak ca┬│a reszta mi├¬dzynarodowego towarzystwa czekaj┬▒ na ┬Âmig┬│owiec, a oczywi┬Âcie atakuj┬▒ od p├│┬│nocy. Dobijaj┬▒ce to troch├¬, ┬┐e jeszcze nie spotykamy nikogo, kto wybiera┬│by si├¬ drog┬▒ pierwszych zdobywc├│w od po┬│udnia, jak my.


23 lipca
Budzik dzwoni o 7:00 rano. Niezbyt sprawnie, ale i bez oci┬▒gania pr├│bujemy wkomponowa├Ž si├¬ w now┬▒ rzeczywisto┬Â├Ž, kt├│ra b├¬dzie towarzyszy├Ž nam przez kolejne kilkana┬Âcie dni. Rzeczywisto┬Â├Ž g├│r, ska┬│ i wielkich, odludnych przestrzeni. Jak zwykle wszystko robimy na ostatni┬▒ chwil├¬ i dzi┬ uwijamy si├¬ jak w ukropie. Niedoko├▒czone przepakowania i kontrola ekwipunku, decyzje co zabra├Ž a co zostawi├Ž szczeg├│┬│owe a┬┐ do absurdu i zwyk┬│e kosmetyczne czynno┬Âci, kt├│re zajmuj┬▒ najwi├¬cej czasu. Ostatecznie zostawiamy ok. 10 kg depozytu w bazie, oddajemy na ┬Âmig┬│owiec 46 kg sprz├¬tu (po 2 euro za kg), a reszt├¬ bierzemy. Naczelnik, kt├│ry przywita┬│ nas wczoraj niezbyt przychylnie okazuje si├¬ twardym, ale przyjaznym i uczynnym cz┬│owiekiem. Z niczym nie robi problem├│w i zapewnia, ┬┐e postara si├¬ wys┬│a├Ž nasz ┬│adunek jak najwcze┬Âniej, jednak mo┬┐e to by├Ž 24 lipca, czy 29, a gwarancji te┬┐ nie mo┬┐e udzieli├Ž bo wszystko zale┬┐y od zape┬│nienia ┬Âmig┬│owca i jego stanu.
Naczelnik pr├│buje r├│wnie┬┐ zniech├¬ci├Ž nas do marszu dolin┬▒. Ku maj┬▒cej budzi├Ž strach przestrodze podaje przyk┬│ad Polaka, kt├│ry ostatnio ca┬│┬▒ tras├¬ pokona┬│ w 10 dni!




W Mayda Adir korzystamy z telefonu satelitarnego (2,5 euro/minuta) i nadajemy szyfrogram do Marcina, aby opisa┬│ nasz┬▒ bie┬┐┬▒c┬▒ sytuacj├¬. Przy pakowaniu Janek i Janusz zgodnie z obietnic┬▒ odci┬▒┬┐aj┬▒ mnie zabieraj┬▒c namiot, szpej i cz├¬┬Â├Ž jedzenia. W tym momencie m├│j plecak wazy kilkana┬Âcie kilogram├│w, cho├Ž z tego powodu nie jestem szcz├¬┬Âliwy. Lewe kolano ci┬▒gle jest spuchni├¬te i co jaki┬ czas ┬│ypi├¬ na niego kontrolnie, sprawdzaj┬▒c jak wype┬│nia opask├¬ uciskow┬▒.




Oko┬│o 11:00 ostatecznie wychodzimy z bazy, zaczynaj┬▒c trekking na wsch├│d. Pogoda p├│ki co jest pi├¬kna. S┬│o├▒ce pali niemi┬│osiernie, a wiatru niestety pr├│┬┐no szuka├Ž. Przed nami rozpo┬Âciera si├¬ szeroka dolina polodowcowa i ci┬▒gnie droga szutrowa. Na ko├▒cu doliny majacz┬▒ ju┬┐ o┬Ânie┬┐one szczyty, cho├Ž nie mog┬▒ da├Ž nam ┬┐adnego poj├¬cia o odleg┬│o┬Âci. Pozostaje i┬Â├Ž przed siebie i by├Ž dobrej my┬Âli. Tak te┬┐ robimy, gn┬▒c si├¬ pod ci├¬┬┐arem baga┬┐u, robi┬▒c regularne postoje i konsumuj┬▒c skromne posi┬│ki. Dzi┬ po raz pierwszy przestawiamy si├¬ na nasz┬▒ „postn┬▒” diet├¬ ok. 2400kcal. W ekspedycyjnych butach g├│rskich nogi szybko si├¬ poc┬▒ i po wyci┬▒gni├¬ciu z nich st├│p, wygl┬▒daj┬▒ one jak po k┬▒pieli. Moje nawet gorzej ni┬┐ reszty towarzystwa. Ju┬┐ od pierwszych kilometr├│w czuj├¬, ┬┐e buty bardzo mnie obcieraj┬▒, a za kilka godzin mam na pi├¬tach solidne p├¬cherze. Klej├¬ plastry, owijam banda┬┐ami i id├¬ dalej, jednak marsz z przyjemnego przeradza si├¬ w walk├¬ z samym sob┬▒ ju┬┐ na pocz┬▒tku przygody. Po 15:00 pogoda zaczyna si├¬ psu├Ž. Niebo zasnuwa si├¬ ciemnymi chmurami i niewiadomo sk┬▒d pojawia si├¬ wiatr. Nie up┬│ywa p├│┬│ godziny i  na g┬│owy zaczynaj┬▒ kapa├Ž krople deszczu. Do obozu ju┬┐ jednak niedaleko. W┬│a┬Âciwie w oddali majacz┬▒ namioty i drewniane zabudowania.




O godzinie 17:00 dochodzimy do rzeczonych budynk├│w. Okolica wydaje si├¬ opustosza┬│a i w tej aurze lekko przygn├¬bia. Cena 300 som za rozbicie namiotu zniech├¬ca jeszcze bardziej. Osobi┬Âcie jestem za przej┬Âciem dzi┬  jeszcze kilku kilometr├│w w kierunku rzeki i namawiam do tego ch┬│opak├│w.




Opinie s┬▒ podzielone, a w czasie namys┬│u na miejscu chcemy za┬│atwi├Ž dwie sprawy. Po pierwsze znale┬╝├Ž wod├¬, gdy┬┐ s┬│o├▒ce w pierwszej fazie marszu wp┬│yn├¬┬│o na pragnienie i z zapas├│w niewiele zosta┬│o. Po drugie wypytujemy o pewnego cz┬│owieka – Rosjanina Walerego, kt├│ry jest lokalnym przewodnikiem i przebywa tu razem z grup┬▒ niemieckich trekker├│w. Poszukiwania nie trwaj┬▒ d┬│ugo, bo Walery wkr├│tce sam nawija nam si├¬ przed nos. Okazuje si├¬, ┬┐e Rosjanin w dolinie Enlichka sp├¬dzi┬│ s┬│u┬┐b├¬ wojskow┬▒ w czasach zwi┬▒zku radzieckiego i tak mus si├¬ tutaj spodoba┬│o, ┬┐e po upadku czerwonego kolosa wr├│ci┬│ w te tereny oprowadza├Ž klient├│w do Base Camp pod Khan Tengri. Walery to typ cz┬│owieka ikony, kt├│rego polubi chyba ka┬┐dy i to po pierwszej rozmowie. Oko┬│o 50 lat na karku, poka┬╝ny brzuszek, g├¬sta broda i szeroki u┬Âmiech. Przewodnik jest bardzo rozmowny i pomocny. Mamy wiele pyta├▒ o dalsza drog├¬ przez lodowiec, a on na ka┬┐de odpowiada i udziela wielu cennych wskaz├│wek. Walery prognozuje, ┬┐e trekking zajmie nam oko┬│o 5 dni marszu je┬Âli utrzymamy dobre tempo. Bogatsi o nowe wiadomo┬Âci decydujemy nocowa├Ž nad rzek┬▒, kt├│r┬▒ musimy przekroczy├Ž wczesnym rankiem z powodu niskiego stanu wody. ┬»egnamy si├¬ wi├¬c i po nabraniu wody w naczynia idziemy w dalsz┬▒ drog├¬.
Rzeka jest niedaleko. Po p├│┬│ godziny marszu zatrzymujemy si├¬ oko┬│o stu metr├│w od jej brzeg├│w i szumi┬▒cego g┬│o┬Âno nurtu. Rozbijamy biwak, po czym zajmujemy si├¬ zwyk┬│ymi obozowymi czynno┬Âciami. Ch┬│opaki ogl┬▒daj┬▒ jeszcze brzeg rzeki, zastanawiaj┬▒c si├¬, gdzie wiedzie w┬│a┬Âciwy br├│d. Potok wydaje si├¬ by├Ž jednak wsz├¬dzie jednakowo rw┬▒cy i decyzj├¬ co do wyboru miejsca przekroczenia go odk┬│adamy na rano.

Dzi┬ do wykonania zosta┬│y ju┬┐ tylko przyjemno┬Âci. Zdj├¬cie ci├¬┬┐kich but├│w, legni├¬cie na karimacie i oddanie

 si├¬ rytua┬│owi jedzenia liofila zanim wieczorny ch┬│├│d wgania nas do ciep┬│ych ┬Âpiwor├│w.


24 lipca
6:00 rano i pierwsze wstaj┬▒ce s┬│o├▒ce wita nas ju┬┐ przebudzonych. Cho├Ž mamy du┬┐┬▒ motywacj├¬ do wyj┬Âcia to ogarnianie biwaku nie jest jeszcze zsynchronizowane i nie nale┬┐y do najszybszych. W pierwszych dniach wyprawy to normalne. Trzeba przestawi├Ž si├¬ z trybu cywilizacyjnego na wyprawowy i dobrze pozna├Ž sw├│j ekwipunek. Po kilku dniach gdy miejsce ka┬┐dego drobiazgu w plecaku jest znane wszystko przychodzi automatycznie. Teraz jest jeszcze ci├¬┬┐ko, przez to i zbieramy si├¬ d┬│ugo. Oko┬│o 8:00 pakujemy namioty, gdy w okolicy pojawia si├¬ znajoma posta├Ž. To Walery wraz ze swoja grupk┬▒ idzie przekracza├Ž rzek├¬. W tym momencie dalszy pospiech traci sens. Skoro idzie przed nami i zna teren to nie ma co sili├Ž si├¬ na wy┬Âcigi czy udawanie znawc├│w. Niespiesznie wi├¬c zbieramy nasz baga┬┐ i idziemy na grupk┬▒ Niemc├│w i Rosjaninem.
Pomimo wczesnej pory rzeka jest bardzo rw┬▒ca. Chyba ka┬┐dy z nas s┬│ysz┬▒c o ni┬┐szym poziomie wody rann┬▒ por┬▒ nie spodziewa┬│ si├¬ a┬┐ tak wartkiego nurtu. Walery r├│wnie┬┐ jako┬ nie mo┬┐e zdecydowa├Ž si├¬ na przechodzenie i d┬│ugo idzie wzd┬│u┬┐ brzegu. Sprawa wydaje si├¬ by├Ž powa┬┐niejsza ni┬┐ my┬Âleli┬Âmy. Przewodnik wyci┬▒ga lin├¬ i wi┬▒┬┐e si├¬ w pasie. Tak asekurowany przez dw├│ch Niemc├│w przechodzi przez kipiel. Oczywi┬Âcie po skosie, niweluj┬▒c op├│r wody. Mimo to przej┬Âcie nie idzie mu ┬│awo, a szara beja si├¬ga po pas. Po przej┬Âciu na drug┬▒ stron├¬ Walery ┬│apie koniec liny i tworzy por├¬cz├│wk├¬ nad nurtem rzeki. Przewodnik wo┬│a nas z drugiego brzegu a my skrupulatnie pomoc wykorzystujemy. Z wyj┬▒tkiem Marcina id┬▒cego w „adidasach”, rzek├¬ przechodzimy go┬│ymi stopami, w przys┬│owiowych gaciach. Staramy si├¬ nie korzysta├Ž z rozstawionej liny, cho├Ž nurt jest tak silny, ┬┐e ka┬┐dy chwieje si├¬ i przynajmniej na chwil├¬ podtrzymuje sznurek. Gdy przychodzi mi zmierzy├Ž si├¬ z wod┬▒ nie jest to ┬│atwe. Nurt jest bardzo wartki, kamienie przesuwaj┬▒ si├¬ pod nogami i stanie w jednym miejscu wymaga nie lada wysi┬│ku. Woda jest lodowata. Ju┬┐ po kilku krokach nie czuj├¬ st├│p tylko dwa sztywne twory, kt├│rymi drepcz├¬ po kamieniach.  Po przej┬Âciu wszyscy dzi├¬kujemy zrz┬▒dzeniu losu za lin├¬ i przewodnika ze swoja grup┬▒. Bez pomocy przej┬Âcie tutaj stanowi┬│oby nieliche wyzwanie.




Gdy wszyscy jeste┬Âmy ju┬┐ na drugim brzegu pomagamy Waleremu w asekuracji pozosta┬│ych Niemc├│w. Wida├Ž, ┬┐e nie zdaj┬▒ oni sobie sprawy z zagro┬┐enia jakie stwarza rzeka i ┬Âlepo wierz┬▒ przewodnikowi. Jedna z turystek podczas przechodzenia potyka si├¬ i wpada w kipiel kurczowo trzymaj┬▒c si├¬ liny. Mimo i┬┐ wci┬▒ga j┬▒ nurt, a postawienie na nogi kosztuje du┬┐o nerw├│w i czasu, petentka jest zadowolona i u┬Âmiechni├¬ta. Z pewno┬Âci┬▒ nawet nie u┬Âwiadamia sobie, ┬┐e taki wypadek m├│g┬│ sko├▒czy├Ž si├¬ obra┬┐eniami czy ┬Âmierci┬▒, gdyby tylko pu┬Âci┬│a sznurek.
Po przej┬Âciu przez rzek├¬ musimy opatrzy├Ž nogi. Ka┬┐dy ma mniej lub bardziej pokaleczone stopy od bosego st┬▒pania po kamieniach. Moje odciski na pi├¬tach a tym etapie porozdziera┬│y si├¬ niwecz┬▒c szanse na jakiekolwiek szybkie wygojenie.
Mimo wszystko jeste┬Âmy jednak szcz├¬┬Âliwi i z zapa┬│em prze┬Âcigamy si├¬ w opowie┬Âciach kto jak szed┬│ i jak blisko by┬│ upadku do wody. Ponowne ubranie si├¬ zajmuje sporo czasu i wychodz┬▒c grup├¬ Walerego widzimy ju┬┐ tylko na horyzoncie.
Po dw├│ch godzinach u┬Âmiechy schodz┬▒ z naszych twarzy. Przed nami rozpo┬Âciera si├¬ szeroki widok i dwie kolejne rzeki lodowcowe do przej┬Âcia. Znowu musimy si├¬ przepakowywa├Ž i krok po kroku wdra┬┐a├Ž procedur├¬ przekraczania rw┬▒cych strumieni. Pierwszy z nich pokonujemy z ┬│atwo┬Âci┬▒ i mamy nadziej├¬, ┬┐e gorzej ju┬┐ nie b├¬dzie. Jak na z┬│o┬Â├Ž okazuje si├¬, ┬┐e kolejna przeszkoda jest gorsza do sforsowania, a na pomoc nie mo┬┐emy liczy├Ž. Pierwszy przechodzi Marcin, kt├│ry cho├Ž nie bez problem├│w, sprawnie przeprawia si├¬ na drugi brzeg. Janek i Janusz decyduj┬▒ si├¬ i┬Â├Ž w innym miejscu, cho├Ž decyzja ta kosztuje ich spoko wysi┬│ku, nerw├│w i strachu. Po przej┬Âciu ka┬┐dy z nich przyznaje si├¬, ┬┐e tylko przys┬│owiowy w┬│os dzieli┬│ go od porwania przez rw┬▒cy nurt. Ja wracam w miejsce, gdzie przechodzi┬│ Marcin i tam mierz├¬ si├¬ z potokiem. Idzie si├¬ ci├¬┬┐ko, cho├Ž zno┬Ânie. Powoli pokonuj├¬ kolejne metry, a od drugiego brzegu naprzeciw wychodzi mi Marcin, kt├│ry pomaga w przeprawie. Ten fragment okazuje si├¬ bardziej emocjonuj┬▒cy od os┬│awionej rzeki i na brzegu siedzimy d┬│u┬┐sz┬▒ chwil├¬. Ka┬┐dy musi da├Ž chwil├¬ ulgi ko┬│ataj┬▒cemu sercu i trz├¬s┬▒cym si├¬ r├¬kom. Przeszli┬Âmy, ale na sam┬▒ my┬Âl o powrocie w┬│osy je┬┐┬▒ si├¬ na g┬│owie. O samotnym przekraczaniu tego miejsca nawet nie warto my┬Âle├Ž.




Na przechodzeniu przez rzeki tracimy du┬┐o czasu, a pogoda ju┬┐ powoli si├¬ psuje. Znaczy to, ┬┐e ju┬┐ min├¬┬│o po┬│udnie. Podczas trekkingu codziennie do┬Âwiadczamy tej prawid┬│owo┬Âci. Rankiem niebo jest czy┬Âciutkie, a s┬│o├▒ce mocno grzeje, za┬ po godzinie 12:00 wszystko zasnuwa si├¬ chmurami, by ust┬▒pi├Ž miejsca wieczornemu deszczowi.
Przez wi├¬kszo┬Â├Ž dnia kontynuujemy marsz przez pustkowie. Zdecydowanie sko├▒czy┬│y si├¬ ju┬┐ drzewa, a traw├¬ mo┬┐na znale┬╝├Ž tylko w nielicznych zag┬│├¬bieniach i polanach. Ziemi├¬, a raczej kamienie po kt├│rych st┬▒pamy pokrywaj┬▒ za to wytrwa┬│e badyle i niskie krzewy o twardych i kolczastych ┬│odygach. Wi├¬ksze odludzie wprost trudno sobie wyobrazi├Ž, a klimatu miejscu dodaj┬▒ spotykane co jaki┬ czas fragmenty poro┬┐a.




Wi├¬kszo┬Â├Ž dnia idziemy przez ten rozleg┬│y i nieko├▒cz┬▒cy si├¬ pad├│┬│. Oko┬│o 15:00 przed nami wy┬│aniaj┬▒ si├¬ namioty obozu. To ostatni lagier przed lodowcem, a na miejscu spotykamy znajom┬▒ person├¬. Dzi┬ w┬│a┬Ânie tutaj nocuje Walery razem ze swoja grup┬▒. Przewodnik wita nas z entuzjazmem po raz kolejny i proponuje sp├¬dzenie tu nocy. Nasze plany s┬▒ jednak ambitniejsze i chc┬▒c wykorzysta├Ž wczesn┬▒ por├¬ decydujemy si├¬ na dalszy marsz. Przewodnik ┬┐yczy nam powodzenia i na „odchodne”  rzuca kilkoma cennymi radami. Wspomina o jeziorze Merzbahera, kt├│re nieregularnie wylewa pocz┬▒tkiem sierpnia zalewaj┬▒c lodowiec i moreny na dobrych kilka dni. Zaleca aby unika├Ž miejsc nisko po┬│o┬┐onych, gdy┬┐ taki biwak mo┬┐e zako├▒czy├Ž si├¬ nieszcz├¬┬Âciem.




Przewodnikowi dzi├¬kujemy za pomocne rady i po kilku minutach odpoczynku kierujemy kroki dalej na wsch├│d. Gdy dochodzimy do samego czo┬│a lodowca zaczyna pada├Ž. Chowamy si├¬ dok┬│adnie pod ostatni┬▒ skarla┬│┬▒ wierzb┬▒, kt├│ra stoi tu nie wiadomo jakim prawem. Dzi┬ mamy szcz├¬┬Âcie – po p├│┬│ godziny deszcz powoli przestaje si┬▒pi├Ž, a my mo┬┐emy zag┬│├¬bi├Ž si├¬ w koryto wysch┬│ej rzeki lodowcowej. Stabilny grunt pod nogami ko├▒czy si├¬ do odwo┬│ania – zast├¬puje go ruchomy gruz, piach i l├│d.




┬Žcie┬┐ka, cho├Ž niewyra┬╝na daje si├¬ odr├│┬┐ni├Ž z szarawo-br┬▒zowego krajobrazu. Dodatkowo ci┬▒gle idziemy za oznaczeniami – kopczykami z ustawionych na sobie kamieni, niekiedy malowanych w ra┬┐┬▒ce kolory.  Teren jest bardzo urozmaicony. Pocz┬▒tkowo wdrapujemy si├¬ na moren├¬ czo┬│ow┬▒, p├│┬╝niej przechodzimy na boczn┬▒. Na niestabilnym pod┬│o┬┐u musimy uwa┬┐nie stawia├Ž kroki, gdy┬┐ nieuwaga mo┬┐e zako├▒czy├Ž si├¬ zsuni├¬ciem kilkadziesi┬▒t metr├│w razem z ton┬▒ kamieni.



Po 17:00 znajdujemy odpowiedni miejsce na biwak – niedaleko rzeki i z namiastkami trawy wystaj┬▒cej spomi├¬dzy kamieni. Dzi┬ ju┬┐ dostatecznie wyeksploatowali┬Âmy swoje nogi czas odpocz┬▒├Ž.
Dzielimy si├¬ zadaniami – ja wraz z Marcinem rozbijamy namioty, a Janek i Janusz id┬▒ po wod├¬. To co przynosz┬▒ nie przedstawia sob┬▒ najlepszej jako┬Âci – woda lodowcowa jest tak m├¬tna, ┬┐e osad gromadzi si├¬ gruba warstw┬▒ na dnie. Nie mamy jednak wyboru – chwil├¬ si├¬ odstoi i trzeba u┬┐ywa├Ž. Do specyficznego posmaku i zgrzytu py┬│u w z├¬bach mo┬┐na przywykn┬▒├Ž, a bez wody daleko by┬Âmy nie zaszli.


25 lipca
O 6:00 rano poza dzwonkiem budzika, ze snu wyrywa nas pe┬│ne s┬│o├▒ce. Wieczorne chmury rozp┬│yn├¬┬│y si├¬, a nad lodowcem wstaje nowy, pi├¬kny dzie├▒. Z racji i┬┐ wczorajsze pakowanie do szybkich nie nale┬┐a┬│o, dzi┬ postanawiamy nie da├Ž si├¬ wyprzedzi├Ž Waleremu i jego grupie. Jemy ┬Âniadanie, zwijamy namioty i za nieca┬│e dwie godziny ruszamy.




Po drodze nabieramy wody z rzeki lodowcowej. Rankiem okazuje si├¬ du┬┐o bardziej czysta ni┬┐ wczorajsz┬▒ por┬▒ i nawet zdatna do picia wprost z potoku. Droga wiedzie dalej moren┬▒ boczn┬▒ przez mniejsze i wi├¬ksze rumowiska skalne. Ci┬▒gle trzeba uwa┬┐a├Ž, gdzie stawia si├¬ stopy, gdy┬┐ pod┬│o┬┐e jest po prostu ruchome. Po kilku godzinach musimy przekroczy├Ž boczny lodowiec, kt├│ry swoj┬▒ odnog┬▒ ┬│┬▒czy si├¬ z Enlichkiem. Tam droga jest zmienna niemal z dnia na dzie├▒. Pocz┬▒tkowo idziemy za znakami, a po chwili spotykamy rosyjsk┬▒ kilkuosobow┬▒ ekip├¬, z kt├│r┬▒ wymieniamy spostrze┬┐enia. Moment nieuwagi i konsekwencji nie wiemy gdzie kierowa├Ž kroki. Kluczymy wi├¬c pomi├¬dzy g┬│azami, lodowymi zboczami i przeskakujemy przez strumienia lodowcowe. Wkr├│tce udaje si├¬ znale┬╝├Ž drog├¬ i stromym stokiem wyj┬Â├Ž z powrotem na moren├¬. Po kilkudziesi├¬ciu minutach marszu docieramy do kolejnego komercyjnego obozu. Zatrzymujemy si├¬ tu tylko na suszenie przepoconych st├│p i posi┬│ek.




Od rana dotkliwie doskwieraj┬▒ mi obtarcia na pi├¬tach. Rankiem mam mocne postanowienie, ┬┐e b├¬d├¬ regularnie suszy┬│ stopy lecz w trakcie dnia jako┬ ch├¬├Ž odchodzi. Procedura ┬Âci┬▒gni├¬cia dw├│ch warstw but├│w, skarpet, rozwini├¬cia banda┬┐y, odklejenia plastr├│w i za┬│o┬┐enia wszystkiego na nowo zajmuje prawie p├│┬│ godziny. Lenistwo i brak konsekwencji sprawia, ┬┐e nie robie tego za cz├¬sto, a w trakcie dnia stopy ju┬┐ nie bol┬▒. Marcin natomiast ju┬┐ trzeci dzie├▒ idzie w „adidasach”. Przed lodowcem mia┬│ w nich nad nami przewag├¬, ale na morenie zostaje z ty┬│u. Kilkukrotnie wspomina, ┬┐e wkr├│tce za┬│o┬┐y wysokie buty, ale konsekwentnie udaje mu si├¬ od tego wymiga├Ž.




Od po┬│udnia pogoda jak zwykle staje si├¬ coraz gorsza. Gdy dreptamy po morenie pe┬│ne s┬│o├▒ce pali niemi┬│osiernie, ale z godziny na godzin├¬ jest coraz ch┬│odniej. G┬│├│wnie za spraw┬▒ chmur, kt├│re przes┬│aniaj┬▒ stopniowo ca┬│y niebosk┬│on.  Odmian┬▒ dla moreny s┬▒ kolejne lodowce boczne, kt├│rych przechodzenie nie jest najprzyjemniejsz┬▒ rzecz┬▒, a i zapowiedzi┬▒ warunk├│w przysz┬│ego marszu.
 Oko┬│o 16:00 przed nami ukazuje si├¬ Polana Merzbahera, z oddali wygl┬▒daj┬▒ca niczym us┬│ana kartonowymi pude┬│kami zielona enklawa. To kontenery pracownik├│w stacji meteorologicznej i namioty agencji turystycznych.




Widok niedalekiego celu motywuje nas do wytê¿one marszu. Nie bez znaczenia pozostaj± równie¿ burzowe chmury za naszymi plecami i wizja rych³ego przemokniêcia.
Po oko┬│o p├│┬│ godziny wysi┬│ku meldujemy si├¬ na polanie i witamy z m┬│odym naczelnikiem. Skrz├¬tnie korzystamy z mo┬┐liwo┬Âci darmowego rozbicia namiot├│w na ostatnim trawiastym terenie, wszak od jutra nie zaznamy ju┬┐ tej przyjemno┬Âci.
Gdy zrzucamy na ziemi├¬ plecaki przychodzi burza. Namioty trzepocz┬▒ w r├¬kach, a deszcz nie u┬│atwia zadania kt├│re wykonujemy ju┬┐ rutynowo. Z powodu silnego wichru mocno kotwiczymy je do ziemi, aby nie pofrun├¬┬│y z naszym dobytkiem w ┬Ârodku. Wykonawszy zadanie idziemy do namiotu kuchennego, gdzie przygotowujemy kolacj├¬. Kilka dni siedzenia na ziemi i kamieniach sprawiaj┬▒, ┬┐e cz┬│owiek naprawd├¬ docenia ┬│awk├¬ i pomieszczenie nieco wi├¬ksze ni┬┐ dwuosobowy namiot.




W „kuchni” siedzimy a┬┐ do nocy delektuj┬▒c si├¬ wygodami miejsca. Gotujemy litry wody, rozmawiamy i staramy si├¬ wykona├Ž czynno┬Âci na przysz┬│o┬Â├Ž.  Przed wieczorem wychodzimy jeszcze na moren├¬, aby podziwia├Ž niesamowity spektakl koloru i ┬Âwiat┬│┬▒ jaki funduje nam kapry┬Âna pogoda Tien Shanu. Jest po prostu pi├¬knie i tylko wieczorny zi┬▒b wgania nas do namiot├│w.




Wiecz├│r na Polanie Merzbahera ma dla nas du┬┐e znaczenie motywacyjne. Za┬┐ywamy troch├¬ wygody, regenerujemy si┬│y d┬│u┬┐szym odpoczynkiem i napawamy si├¬ widokami, kt├│re wprost zach├¬caj┬▒ do kontynuowania marszu bez wzgl├¬du na przeciwno┬Âci.



Noc na Polanie Merzbahera u┬Âwiadamia nas gdzie jeste┬Âmy. W nocy temperatura spada prawie do zera, a pobudka przed ┬Âwitem idzie bardzo mozolnie. Jak wskazuje GPS przed nami jeszcze 23 kilometry marszu i cho├Ž tak┬▒ odleg┬│o┬Â├Ž bez problemu pokonuje si├¬ do popo┬│udnia, tutaj przeczuwamy ┬┐e najgorsze przed nami i lodowiec nie┬│atwo odda ka┬┐dy metr.




Pomimo szczerych ch├¬ci odrobina  luksusu spowalnia bardzo nasze pakowanie. Mo┬┐na skorzysta├Ž z kuchni czy toalety, jest troch├¬ wygodniej ni┬┐ zwykle i automatycznie cz┬│owiek przestaje si├¬ spieszy├Ž.
Ja po┬Âwi├¬cam du┬┐o czasu na opatrywanie st├│p. Wczorajsze niedopilnowanie suszenia doskonale widoczne jest na moich pi├¬tach. Na jednych, niewygojonych obtarciach porobi┬│y si├¬ kolejne i teraz jakiekolwiek za┬│o┬┐enie buta sprawia problemy. Z braku lepszych ┬Ârodk├│w pr├│buj├¬ zamienia├Ž si├¬ z Marcinem za botki, czy buty ale eksperymenty nie wychodz┬▒. Na stopy zaczyna r├│wnie┬┐ narzeka├Ž Janek, kt├│ry dzi┬ r├│wnie┬┐ je banda┬┐uje przed za┬│o┬┐eniem skarpet. Marcin natomiast  po raz pierwszy zak┬│ada swoje wysokie Zamberlany, kt├│re z definicji nie nale┬┐┬▒ do najwygodniejszych.




W konsekwencji lenistwa i braku motywacji wychodzimy p├│┬╝no, bo prawie przed 9:00. Pocz┬▒tkowo trasa wiedzie trudniejszym odcinkiem moreny bocznej, nast├¬pnie schodzi na lodowiec. Przed opuszczeniem moreny d┬│ugo zastanawiamy si├¬, gdzie skierowa├Ž kroki – znaki z kamieni ko├▒cz┬▒ si├¬, a jakakolwiek ┬Âcie┬┐ka zaciera.  Po dok┬│adnym prze┬Âledzeniu mapy schodzimy prosto na lodowiec, chc┬▒c osi┬▒gn┬▒ pas czarnej moreny, kt├│ry ci┬▒gnie si├¬ wst├¬g┬▒ po horyzont, na oko┬│o ¼ jego szeroko┬Âci. Dotarcie do celu, kt├│ry majaczy niespe┬│na kilkaset metr├│w dalej przysparza nam nie lada przyg├│d. Kluczenie po lodowcu jest bardzo m├¬cz┬▒ce. Z pozoru p┬│aska nawierzchnia w rzeczywisto┬Âci okazuje si├¬ pasem kilkunastometrowych wzg├│rz pokrytych ruchoma nawierzchni┬▒. Trzeba niezwykle uwa┬┐a├Ž na sypkie kamienie i lodowe zbocza pokryte skalnymi ┬│upkami. B┬│┬▒dzimy, sugeruj┬▒c si├¬ tylko og├│lnym kierunkiem p├│┬│nocno wschodnim, prowadz┬▒cym do ┬Ârodka lodowca.
Droga bardzo si├¬ d┬│u┬┐y, a ┬Âwiadomo┬Â├Ž kroczenia po tak niepewnym terenie ci┬▒┬┐y ka┬┐demu na psychice. W pewnym momencie id┬▒c w awangardzie wchodz├¬ na du┬┐e g┬│azy, kt├│re momentalnie uciekaj┬▒ mi spod n├│g. K┬▒tem oka dostrzegam, ┬┐e wpadaj┬▒ one w szczelin├¬, kt├│r┬▒ zas┬│ania┬│y. Momentalnie padam na bok i rozbijam kolano tym razem prawe kolano  o g┬│az le┬┐┬▒cy nieopodal. Pod sob┬▒ ci┬▒gle czuje ruchome kamienia nad szczelin┬▒. Na szcz├¬┬Âcie zaraz za mn┬▒ jest Janusz, kt├│ry podaje mi d┬│o├▒ i wyci┬▒ga na w miar├¬ stabilny grunt. Mog┬│o by├Ž gro┬╝nie ale sko├▒czy┬│o si├¬ tylko na powierzchownym zranieniu.




Niebawem po tym incydencie docieramy wreszcie do rzeczonej moreny i momentalnie dostrzegamy kopczyki znacz┬▒ce drog├¬. Cho├Ž stracili┬Âmy du┬┐o nerw├│w i czasu jeste┬Âmy ju┬┐ spokojniejsi wiedz┬▒c ┬┐e zmierzamy w┬│a┬Âciw┬▒ tras┬▒. Dalsza cz├¬┬Â├Ž dnia up┬│ywa na szukaniu drogi i trzymaniu si├¬ br┬▒zowych ska┬│ moreny. Nie jest to trudne, bo oddala├Ž si├¬ lekko w innym kierunku od razu trafia si├¬ na teren z kt├│rego szybko trzeba ucieka├Ž.
Dzi┬ ju┬┐ konsekwentnie podchodz┬▒c do problemu st├│p regularnie poddaj├¬ je d┬│ugiemu procesowi suszenia. Podczas jednego z takich postoj├│w dociera do nas samotny Czech. Jak si├¬ okazuje r├│wnie┬┐ idzie sobie pod Khan Tengri od po┬│udnia, tylko ┬┐e ma wykupione zakwaterowanie w obozach agencyjnych. Przy tym nie wydaje si├¬ by├Ž zbyt rozmowny i wylewny, tote┬┐ po wymianie paru zda├▒ i u┬Âmiech├│w rozdzielamy si├¬. Jeszcze nieraz przyjdzie nam spotka├Ž si├¬ w drodze do Base Camp.




Zgodnie  z przewidywaniami po po┬│udniu pogoda si├¬ psuje. Dzi┬ jednak chyba na powa┬┐nie. Cho├Ž przed nami o┬Ânie┬┐one szyty widoczne s┬▒ na tle b┬│├¬kitu, to od strony zachodniej lodowiec pos├¬pnieje. Zbli┬┐a si├¬ do nas pas ciemnych chmur i jakby mg┬│a, kt├│ra najprawdopodobniej jest deszczem. Gdy zachodzi s┬│o├▒ce momentalnie robi si├¬ ch┬│odno i zaczynamy docenia├Ž, ┬┐e dzi┬ pierwszy raz za┬│o┬┐yli┬Âmy nieprzemakalne, d┬│ugie spodnie.
Przeczuwaj┬▒c nadci┬▒gaj┬▒c┬▒ zawieruch├¬ staramy si├¬ zwi├¬kszy├Ž tempo. Mijamy kolejne lodowe wzniesienia przekraczamy potoki, w niesko├▒czono┬Â├Ž. Na szcz├¬┬Âcie burzowy front porusza si├¬ wolno i mamy jeszcze troch├¬ czasu. Ob├│z Komsomo┬│, jak g┬│osi napis na drewnianej desce, wy┬│ania si├¬ niespodziewanie w┬Âr├│d lodu oko┬│o godziny 16:00. Przed nami widzimy Czecha, kt├│ry po dotarciu na miejsce od razu zaszywa si├¬ w agencyjne namioty.




Nasza czw├│rka nie ma tyle szcz├¬┬Âcia co s┬│owia├▒ski kolega i swoje apartamenty musi dopiero roz┬│o┬┐y├Ž. Dzi┬ zajmuje to troch├¬ czasu bo zanim zaczniemy bawi├Ž si├¬ z namiotami musimy wy┬│o┬┐y├Ž „pod┬│ogi” z p┬│askich kamieni. Od lodu ci┬▒gnie zimnem, a zbieraj┬▒ca si├¬ z deszczu woda mog┬│aby nas podtopi├Ž od pod┬│ogi. W biwakowych czynno┬Âciach prze┬Âcigamy si├¬ z natur┬▒. Niebawem przychodzi wiatr i grzmoty. Zaczyna pada├Ž akurat gdy ko├▒czymy rozk┬│ada├Ž namioty. Ju┬┐ w deszczu wraz z Januszem biegniemy po wod├¬, a potem zaszywamy si├¬ w naszych poliestrowych domkach.
Nied┬│ugo potem burza szaleje na ca┬│ego, a wiatr ┬│opocze p┬│├│tnem namiotu jak szmat┬▒. Nieraz obawiamy si├¬, czy mocowanie wytrzyma, ale ostatecznie konstrukcja pozostaje nienaruszona. W takiej aurze kiblujemy do wieczora, wykonuj┬▒c wszystkie obozowe czynno┬Âci w namiotach. Nie przestaje la├Ž, wi├¬c o jakimkolwiek wyj┬Âciu nawet nie ma mowy. Wszystko to mo┬┐liwe odk┬│adamy na jutrzejszy poranek, po czym idziemy spa├Ž.


27 lipca





Rankiem pogoda si├¬ stabilizuje, lecz nie jest ju┬┐ tak s┬│oneczna jak co dzie├▒. Jest za to zimno i wieje, cho├Ž z pewno┬Âci┬▒ mog┬│o by├Ž gorzej. Bez motywacji budzimy si├¬ wi├¬c  i za┬│atwiamy wszystko w czym przeszkodzi┬│ wczorajszy deszcz. Pakowanie znowu si├¬ przeci┬▒ga i planowane wyj┬Âcie o 8:00 trzeba troch├¬ prze┬│o┬┐y├Ž. Namioty musz┬▒ podeschn┬▒├Ž, nogi trzeba starannie zawin┬▒├Ž w banda┬┐e, a po drodze wykona├Ž jeszcze kilka dziwnych czynno┬Âci.
Ostatecznie wychodzimy przed 9:00 i pr├│bujemy znale┬╝├Ž w┬│a┬Âciw┬▒ drog├¬. Najgorszy zawsze jest pocz┬▒tek i wyj┬Âcie z obozu. Na pocz┬▒tku musimy zmieni├Ž moren├¬, gdy┬┐ ta kt├│r┬▒ zmierzali┬Âmy do tej pory urywa si├¬ i przechodzi w lodowiec boczny. Od tej po┬│o┬┐onej g┬│├¬biej dzieli nas za to strefa bielutkiego lodu w postaci pasa niewielkich wzg├│rz. Pocz┬▒tkowo  nie trafiamy na ┬Âcie┬┐k├¬, ale idziemy po swojemu, lepiej lub gorzej wybieraj┬▒c szlak. Po oko┬│o p├│┬│ godziny kluczenia w┬Âr├│d lodu, docieramy wreszcie do brunatnej moreny, gdzie widniej┬▒ ju┬┐ kamienne kopczyki. Za nimi kierujemy si├¬ dalej na wsch├│d, drog┬▒ monotonn┬▒ jak flaki z olejem, w┬Âr├│d monotonnego krajobrazu. Wkr├│tce dogania nas i Czech, cho├Ž on widocznie ze swoimi problemami i w┬│asnym tempem nie chce wchodzi├Ž z nami w komityw├¬.




Sm├¬tne humory nieco poprawiaj┬▒ si├¬, gdy wychodzi s┬│o├▒ce, a chmury troch├¬ rozrzedzaj┬▒. Niebawem podczas obserwacji okolicznych szczyt├│w, na po┬│udniu dostrzegam znajomy ze zdj├¬├Ž kszta┬│t. Tak, to on – Pik Pabiedy z charakterystyczn┬▒ d┬│ug┬▒ grani┬▒ zako├▒czon┬▒ kopu┬│┬▒ szczytow┬▒. Komunikuj├¬ odkrycie ch┬│opakom, kt├│rzy jednak nie przejawiaj┬▒ entuzjazmu. Mi natomiast sam widok przynosi du┬┐o satysfakcji i kszta┬│tuje prze┬Âwiadczenie, ┬┐e ju┬┐ prawie jeste┬Âmy na miejscu. Cho├Ž kolana bol┬▒, w┬│a┬Ânie dzi┬ czuje przyp┬│yw energii. Widz├¬ natomiast, ┬┐e ch┬│opaki poza Januszem nie s┬▒ ju┬┐ pierwszej ┬Âwie┬┐o┬Âci, a Janek co chwil├¬ zatrzymuje si├¬ na odpoczynek. Proponuj├¬ mu zamian├¬ plecak├│w, ale on jest konsekwentny i nie daje si├¬ przekona├Ž. Wkr├│tce oka┬┐e si├¬, ┬┐e zachowanie statusu quo by┬│o dla mojego zdrowia wskazane…




Oko┬│o po┬│udnia d┬│ugo zastanawiamy si├¬, czy zbacza├Ž ze ┬Âcie┬┐ki i odwiedza├Ž przedostatni komercyjny ob├│z na trasie – tzw. Diki. Widzimy, ┬┐e w jego kierunku poszed┬│ ju┬┐ Czech i tam r├│wnie┬┐ prowadz┬▒ znaki. Decydujemy si├¬ i┬Â├Ž do obozu, cho├Ž niebawem przyjdzie nam ┬┐a┬│owa├Ž tego wyboru. Dopiero po p├│┬│ godziny widzimy namioty po┬│o┬┐one, oko┬│o kilometr od g┬│├│wnej ┬Âcie┬┐ki. Upragnionego odpoczynku w obozie nie b├¬dzie, za to pojawia si├¬ z┬│o┬Â├Ž i pretensje do w┬│asnej naiwno┬Âci. Trzeba by┬│o jednak i┬Â├Ž dalej moren┬▒, teraz pozostaje zacisn┬▒├Ž z├¬by i szuka├Ž drogi na skr├│ty w trudnym terenie. Cho├Ž zazwyczaj takie eksperymenty nie pop┬│acaj┬▒, tym razem mamy szcz├¬┬Âcie. Cho├Ž nie bez problem├│w i nie bez kluczenia, to jednak w miar├¬ g┬│adko przechodzimy pasy moren i lodu, by wreszcie wgramoli├Ž si├¬ na t┬▒ w┬│a┬Âciw┬▒. Dalej staramy si├¬ i┬Â├Ž za znakami i nie kombinowa├Ž. Id┬▒c wed┬│ug mapy, teraz ponownie musimy zmieni├Ž moren├¬ na r├│wnoleg┬│┬▒. Po chwili z oddali wy┬│ania si├¬ r├│wnie┬┐ znajoma posta├Ž Czecha, kt├│ry od tego momentu widocznie postanawia t┬│uc si├¬ razem z nami.




Idzie wi├¬c w pi┬▒tk├¬ wyszukuj┬▒c kopczyk├│w i spogl┬▒daj┬▒c na zbawczy wsch├│d. Wed┬│ug GPSu do bazy pozosta┬│o ju┬┐ niewiele – bagatela trzy czy cztery kilometry w linii prostej. W normalnym terenie taki dystans pokonuje si├¬ w czterdzie┬Âci- pi├¬├Ždziesi┬▒t minut, Jednak zdecydowanie nie tutaj. Przechodzimy kilkaset metr├│w i ponownie gubimy rzadkie znaki. Postanawiamy wi├¬c kierowa├Ž si├¬ bezpo┬Ârednio na moren├¬, widoczn┬▒ w oddali. Aby do niej dotrze├Ž musimy pokona├Ž szeroki pas szczerego lodu, kt├│ry bieli si├¬ pofalowanymi wzg├│rzami. Pocz┬▒tkowo nie jest to skomplikowane, gdy┬┐ jak to w ┬┐yciu bywa – ┬│atwiej w trudny teren wej┬Â├Ž, ni┬┐ znale┬╝├Ž z niego wyj┬Âcie. Tak jest i tym razem. Wchodzimy na jedno lodowe wzg├│rze, schodzimy z niego, okr┬▒┬┐amy kolejne, przeskakujemy strumie├▒ i nagle wyrasta przed nami uskok a pod nim wije si├¬ wst├¬ga lodowcowej rzeki. Jednym s┬│owem droga zamkni├¬ta. Obej┬Âcie tego miejsca zdaje si├¬ niemo┬┐liwe, a kluczenie i wyszukiwanie niewiele pomaga. Nasza sytuacja z przyzwoitej przeistacza si├¬ w niezbyt kolorow┬▒. Dodatkowo niebo szarzeje i zaczyna kropi├Ž deszcz, co na lodowym pod┬│o┬┐u oznacza ostr┬▒ jazd├¬. Teoretycznie mamy raki, ale nie chc├¬ ubiera├Ž ich z dw├│ch powod├│w. Po pierwsze Janek przez pomy┬│k├¬ wrzuci┬│ swoje do depozytu na ┬Âmig┬│owiec, po drugie rzeczony Czech drepcze weso┬│o w adidasach. P├│ki nie jest zbyt niebezpiecznie nie ma sensu ch┬│opak├│w stresowa├Ž.




Aby wyj┬Â├Ž z niekomfortowej sytuacji decydujemy, ┬┐e trzeba zawr├│ci├Ž, znale┬╝├Ž znaki i i┬Â├Ž w┬│a┬Âciw┬▒ drog┬▒. Ju┬┐ zaczynam zawraca├Ž, gdy nagle dostrzegam, ┬┐e weso┬│y Czech wybra┬│ jednak drog├¬ na skr├│ty. Sam, w adidasach i kr├│tkich spodniach. Chwil├¬ zastanawiam si├¬ co robi├Ž, ale zaciskam z├¬by i zawracam. Ch┬│opaki si├¬ zgadzaj┬▒, ┬┐e szkoda by by┬│o gdyby sobie biedak co┬ zrobi┬│.




Wybieramy wi├¬c ci├¬┬┐k┬▒ drog├¬ na skr├│ty. Wchodzimy na kolejne wzniesienia, schodzimy stromymi lodowymi zboczami i zaliczamy ma┬│e po┬Âlizgni├¬cia. Co jaki┬ czas kto┬ pojedzie kawa┬│ek, ale nic powa┬┐nego si├¬ nie dzieje. Od moreny dzieli nas ju┬┐ oko┬│o stu metr├│w, gdy trafiamy na barier├¬ nie do pokonania. Wartka lodowcowa rzeka i strome zej┬Âcie oznaczaj┬▒ce drog├¬ w jedn┬▒ stron├¬ ruchem przyspieszonym z twardym l┬▒dowaniem.  Po raz kolejny musimy szuka├Ž obej┬Âcia, cho├Ž i tym razem nie widzimy nic bezpiecznego. Wprawdzie pojawiaj┬▒ si├¬ w┬▒tpi┬▒ce g┬│osy i propozycje rozbijania tu biwaku, poza pomys┬│odawc┬▒ chyba nikt nie bierze idei powa┬┐nie. Decydujemy si├¬ dzia┬│a├Ž i braku lepszej opcji wybieramy ryzykowne przej┬Âcie w┬▒t┬│ym lodowym mostem, kt├│ry tworzy nad lodowcow┬▒ rzek┬▒ co┬ w rodzaju szczeliny. Prowadzi Janek wraz z Czechem, ostro┬┐nie badaj┬▒c drog├¬. Po przej┬Âciu na drug┬▒ stron├¬ rado┬Ânie krzycz┬▒, ┬┐e stamt┬▒d bezpiecznie da si├¬ zej┬Â├Ž na moren├¬. Mo┬┐emy wi├¬c odetchn┬▒├Ž na chwil├¬, by ca┬│kowite wytchnienie znale┬╝├Ž dopiero po wej┬Âciu na jak┬┐e przeklinane kiedy┬ i upragnione teraz – szare kamienie.
W bezpiecznym terenie adrenalina spada i mo┬┐emy odpocz┬▒├Ž. Jeste┬Âmy ju┬┐ na morenie i do obozu mamy „prost┬▒” drog├¬. Niestety min├¬┬│a godzina 17:00 a wi├¬c czas kiedy zazwyczaj ju┬┐ rozbijali┬Âmy biwak. Ca┬│odzienny marsz pi┬▒tego dnia trekkingu daje o sobie zna├Ž i pomimo zadowolenia wszyscy s┬▒ mniej lub bardziej zm├¬czeni.




Niewiele ponad dwa kilometry jakie pozosta┬│y nam do bazy ci┬▒gn┬▒ si├¬ w niesko├▒czono┬Â├Ž. Wypili┬Âmy ju┬┐ ca┬│┬▒ wod├¬ i zjedli┬Âmy jedzenie przeznaczone na marsz. Nie mamy lepszego wyj┬Âcia ni┬┐ utrzymywa├Ž wolne ale stabilne tempo i liczy├Ž, ┬┐e za kolejnym brunatnym wzg├│rzem uka┬┐┬▒ si├¬ namioty. Po niespe┬│na dw├│ch godzinach marszu nisko nad nami przelatuje ┬Âmig┬│owiec, kt├│ry potwierdza ┬┐e baza jest ju┬┐ niedaleko. I faktycznie – osi┬▒gaj┬▒c jeden z wy┬┐szych punkt├│w zauwa┬┐amy namioty przebiegaj┬▒ce si├¬ w┬Âr├│d z┬│omisk moreny wyp┬│owia┬│┬▒ ┬┐├│┬│ci┬▒. Na d┬│ugiej tyczce powiewa za┬ radosna czerwona flaga – aby w mi├¬dzynarodowym mot┬│ochu nie by┬│o w┬▒tpliwo┬Âci co do przynale┬┐no┬Âci pa├▒stwowej tego terenu.
Na widok obozu wszystkim wracaj┬▒ si┬│y. We trzech trzymamy si├¬ jako┬ razem, za to Marcin widocznie opad┬│ z si┬│ i snuje si├¬ raz kilkadziesi┬▒t, a czasem i kilkaset metr├│w z ty┬│u. Pewnie jak i my rado┬Ânie przyj┬▒┬│ wie┬Â├Ž o rych┬│ym ko├▒cu w├¬dr├│wki.




Czech kt├│ry w  niepewnym terenie szed┬│ z nami, teraz wystrzeli┬│ bez s┬│owa do przodu i tyle zosta┬│o nam z jego towarzystwa. Do bazy dochodzimy zaraz za nim i witamy si├¬ z mi├¬dzynarodowym towarzystwem. Baza wygl┬▒da nader komercyjnie, nawet bardziej ni┬┐ si├¬ spodziewa┬│em. Wszystkie namioty jednakowe, a alpini┬Âci b┬│yszcz┬▒ sprz├¬tem z najwy┬┐szych p├│┬│ek. Nie wysilam si├¬ w d┬│ugi konwersacj├¬ i z takowej wyrywam Janka, gdy┬┐ chc├¬ jak najszybciej zrzuci├Ž plecak i lec w namiocie. Idziemy do naczelnika obozu, za wskazaniami kt├│rego┬ z alpinist├│w. Spotykamy go w centralnym obozie okraszonym wysok┬▒ anten┬▒, a rozmowa przebiega raczej niczym poselstwo w┬Âr├│d wrog├│w.




- Dzie├▒ dobry, idziemy na Khana i chcieli┬Âmy przenocowa├Ž u was – m├│wi├¬ zdecydowanie
- A wy z jakiej agencji?
- Bez ┬┐adnej agencji, sami idziemy – odpowiadam z nutk┬▒ dumy w g┬│osie
- To tam jest Khan, i mo┬┐ecie sobie i┬Â├Ž! - wskazuje lekcewa┬┐┬▒co r├¬k┬▒ ku g├│rze zbijaj┬▒c mnie z tropu. Starszy, ┬┐ylasty Rosjanin nie sili si├¬ na uprzejmo┬Âci. Mierz┬▒c go wzrokiem pytam jeszcze o nasz baga┬┐ i dowiaduj├¬ si├¬, ┬┐e musia┬│ zapewne trafi├Ž do s┬▒siedniej bazy.
- Tutaj jest jaka┬ druga baza?
- No jest. Tutaj Ak Sai, a tam Tien Shan Travel – odpowiada Rosjanin machaj┬▒c paluchem w tym samym kierunku co poprzednio.
- A jak d³ugo siê tam idzie?
- Po ┬Âcie┬┐ce b├¬dzie z p├│┬│ godziny.
Ostatnie zdanie jakie wypowiada naczelnik ostatecznie pogrzebuje nasze szanse na szybki odpoczynek. Nie ma czasu do stracenia – musimy i┬Â├Ž aby zd┬▒┬┐y├Ž przed zmrokiem. Nie pokonujemy jednak nawet kilku krok├│w, gdy z ty┬│u odzywa si├¬ w┬▒tpi┬▒cy g┬│os. Marcin o┬Âwiadcza ┬┐e jest strasznie zm├¬czony i nie da rady i┬Â├Ž dalej. Teraz nie mo┬┐emy jednak zbyt wiele dyskutowa├Ž i wiemy, i┬┐ musimy jako┬ temu zaradzi├Ž, najlepiej terapi┬▒ namawiaj┬▒co-odci┬▒┬┐eniow┬▒ Ka┬┐dy z naszej tr├│jki bierze od Marcina cz├¬┬Â├Ž najci├¬┬┐szych rzeczy i pakuje do swojego plecaka. Nast├¬pnie Janusz ma za zadanie powoli i┬Â├Ž wraz z nim, a ja z Jankiem szybko staramy si├¬ dotrze├Ž do Bazy Tien Shan i przygotowa├Ž nocleg. Do szybkiego marszu ostatecznie zach├¬ca nas mocne t┬▒pni├¬cie lodowca pod naszymi stopami oznajmiaj┬▒ca pot├¬g├¬ matki natury u kt├│rej jeste┬Âmy teraz go┬Â├Žmi.




Ostatni odcinek mierzy dwa kilometry i zajmuje nam faktycznie oko┬│o p├│┬│ godziny. Po drodze przechodzimy obok charakterystycznego, powykr├¬canego wraku ┬Âmig┬│owca i mijamy pozosta┬│o┬Âci baz z poprzednich lat, kt├│re walaj┬▒ si├¬ po morenie.
W bazie Tien Shan Travel panuje inny nastr├│j. Ludzi mniej, spokojnie i kierownictwo m┬│ode. Z oddali widzimy grupk├¬ zaro┬Âni├¬tych facet├│w, witamy si├¬ ze wszystkimi i zaczynamy rozmow├¬ z oko┬│o trzydziestoletnim naczelnikiem – Sasz┬▒.
- Dzie├▒ dobry. My z Polski, na Chan przyszli┬Âmy. Ile kosztuje u was namiot bazowy?
- 5 euro za osob├¬ – nasze oczy zab┬│ys┬│y r├│wnocze┬Ânie.
- A gdzie woda
- Tam. W beczkach.
- Gdzie kibel?
- Tam
- Nasz baga┬┐ przylecia┬│ do was z Mayda Adir
- Tak, jest w namiocie.
- To bierzemy namioty na cztery osoby. Do widzenia.
I rozmowa zako├▒czona. Nie mamy si┬│y i ochoty na dalsze pogaw├¬dki. Jeden z Rosjan wskazuje nam depozyt, kolejny za┬ prowadzi do dw├│ch przestronnych namiot├│w, kt├│re co najwa┬┐niejsze posiadaj┬▒ prawdziw┬▒ cieplutk┬▒ pod┬│og├¬ z desek.
Kilkana┬Âcie minut p├│┬╝niej przychodzi Marcin z Januszem, a my w mi├¬dzyczasie poznajemy dw├│ch Polak├│w, kt├│rzy pomieszkuj┬▒ sobie w obozie. Oko┬│o pi├¬├Ždziesi├¬cioletni Irek to cz┬│owiek nie do przegadania. Pomimo i┬┐ ze stabilizatorem na kolanie, doszed┬│ do obozu drugiego i tyle wystarczy┬│o mu aby osi┬▒gn┬▒├Ž cel pokonania swoich s┬│abo┬Âci. Mariusz za┬ po raz kolejny wybiera si├¬ na Pik Pabiedy chc┬▒c uprzednio aklimatyzacyjnie zdoby├Ž Khana od po┬│udnia. Z towarzystwem nie wdajemy si├¬ jednak w d┬│u┬┐sze dyskusje, gdy┬┐ priorytetem jest ogarni├¬cie biwaku.
W Base Camp dowiadujemy si├¬ przede wszystkim, ┬┐e dzi┬ mia┬│ miejsce wypadek. Oko┬│o 8:00 rano w kuluarze Siemionowa zesz┬│a lawina, czego efektem by┬│a ┬Âmier├Ž jednego i poturbowanie kilku alpinist├│w. Wie┬Â├Ž ta je┬┐y nam w┬│osy na ciele i wzbudza niepok├│j. P├│ki co chcemy o nie zapomnie├Ž. ┬Žwiadomo┬Â├Ž, ┬┐e za dwa czy trzy dni b├¬dziemy przechodzi├Ž przez miejsce gdzie dzi┬ zgin┬▒┬│ cz┬│owiek jest dzisiaj zbyt przygniataj┬▒ca. Lepiej nie my┬Âle├Ž i da├Ž upust zm├¬czeniu organizmu.
Na miejscu szybko robi├¬ miejsce Marcinowi i z nim zajmuj├¬ du┬┐y, zielony namiot, gdzie upychamy r├│wnie┬┐ depozyt. Janek wraz z Januszem kieruj┬▒ si├¬ do drugiego.  Wieczorem gotuj┬▒c wod├¬ i przygotowuj┬▒c liofile wsp├│lnie debatujemy nad dalszymi planami. Po chwilowym odpoczynku, przyj├¬ciu ciep┬│ego p┬│ynu i ┬┐ywno┬Âci, w Marcina wraca ┬┐ycie. Postanawiamy, i┬┐ nast├¬pny dzie├▒ przeznaczamy na Rest , a kolejnego wyjdziemy za┬│o┬┐y├Ž Camp 1. Pomimo zm├¬czenia nastroje s┬▒ bardzo dobre. Cieszymy si├¬, ┬┐e wreszcie znale┬╝li┬Âmy si├¬ na w┬│a┬Âciwym miejscu i siedzimy w ciep┬│ych ┬Âpiworach w┬Âr├│d ludzi naszego pokroju. Z optymizmem na ustach i g┬│owami pe┬│nymi plan├│w idziemy spa├Ž przed p├│┬│noc┬▒.

Tomasz Duda

Ci┬▒g dalszy niebawem...


Offline petelicki



  • Pom├│g┬│: 22

Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowied╝ #1 dnia: Wrzesie˝ 16, 2014, 14:13:56 »
Super relacja, czekam na dalsz┬▒ cze┬Â├Ž!
"Kto nie maszeruje ten ginie."

Offline to17071990



  • Pom├│g┬│: 71

    • Student w podr├│┬┐y
Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowied╝ #2 dnia: Wrzesie˝ 19, 2014, 11:33:57 »

Offline szczeposlaw



  • Pom├│g┬│: 22

Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowied╝ #3 dnia: Wrzesie˝ 19, 2014, 23:43:57 »
Tomasz Duda ┬Âwietna relacja, szkoda ┬┐e nie mieli┬Âmy mo┬┐liwo┬Âci na d┬│u┬┐sz┬▒ pogaw├¬dk├¬ u ksi├¬dza nad Issyk Kul'em :)
Od ┬Âmierci w dolinach zachowaj nas, Panie

Offline to17071990



  • Pom├│g┬│: 71

    • Student w podr├│┬┐y
Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowied╝ #4 dnia: Wrzesie˝ 21, 2014, 00:43:47 »
Jeszcze jest na to czas. Gdzie┬Â, kiedy┬Â, w g├│rach :)

Offline to17071990



  • Pom├│g┬│: 71

    • Student w podr├│┬┐y
Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowied╝ #5 dnia: Pa╝dziernik 18, 2014, 21:08:26 »
We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014 - cz├¬┬Â├Ž II (Akcja g├│rska)


28 lipca
Na pierwszy nocleg w bazie nikt nie nastawia budzika. Jeste┬Âmy mniej lub bardziej zm├¬czeni i p├│ki co nigdzie nam si├¬ nie spieszy. Mo┬┐na powiedzie├Ž, ┬┐e do rana nast├¬puje ┬Âwiadoma „odcinka” od problem├│w, perspektyw i trud├│w. Rzecz niezwykle do regeneracji potrzebna i podyktowana przez organizmy i w┬│asn┬▒ psychik├¬. Nale┬┐y nam si├¬ - osi┬▒gn├¬li┬Âmy przecie┬┐ sukces i wytrwali┬Âmy w trudach trekkingu docieraj┬▒c w zno┬Ânym stanie do pierwszego checkpointu na trasie. Mamy co je┬Â├Ž, ┬Âpimy na cieplutkich deskach, w przestronnych bazowych namiotach i puchowych ┬Âpiworach – ┬┐y├Ž nie umiera├Ž. I chocia┬┐ tak to wygl┬▒da z optymistycznej strony, ranek przynosi nowe problemy i rozmy┬Âlania.




Koniec ko├▒c├│w nikt d┬│ugo nie ┬Âpi. Nie przyzwyczajeni do obecno┬Âci wi├¬kszej ilo┬Âci os├│b, budzimy si├¬ oko┬│o 8:00, stymulowani odg┬│osami ruchu w obozie. Pomimo porannego ch┬│odu nie zagrzewam miejsca w ┬Âpiworze, tylko czym pr├¬dzej wychodz├¬ na zewn┬▒trz. To co ogl┬▒dam, przerasta moje naj┬Âmielsze oczekiwania. Khan Tengri w ca┬│ej swojej krasie prezentuje si├¬ na tle lodowca. Pierwszy widok na g├│r├¬ wprost zapiera dech w piersiach. Idealna piramida po kt├│rej przetaczaj┬▒ si├¬ rzadkie chmury, wystaj┬▒ca ponad horyzont charakterystycznym ostrzem. Na pierwszym planie s┬│ynna marmurowa gra├▒ – c├│┬┐ wi├¬cej mo┬┐na chcie├Ž do szcz├¬┬Âcia? Ja mam ju┬┐ zupe┬│nie wszystko.
Do namiotu wracam nabuzowany now┬▒ energi┬▒ i przekazuj├¬ spostrze┬┐enia Marcinowi. Ten niestety nie przejawia szczeg├│lnego optymizmu, a i wygl┬▒da nie najlepiej. Na twarzy odbija mu si├¬ wczorajsze zm├¬czenie – wiem, ┬┐e dzi┬ ju┬┐ nigdzie nie p├│jdzie. Ponadto Marcin pokazuje mi skutki marszu w wysokich butach – odparzony i obtarty do krwi gole├▒, kt├│ry czym pr├¬dzej trzeba smarowa├Ž Argosulfanem.




Podczas pierwszych porannych czynno┬Âci dostrzegam r├│wnie┬┐ u siebie skutki wczorajszego chodzenia. Felerne, lewe kolano spuch┬│o jak balon, a zgi├¬cie go bardziej ni┬┐ do k┬▒ta prostego jest zupe┬│nie niemo┬┐liwe. Pomijaj┬▒c kwestie wyj┬Âcia na g├│r├¬, to na sam┬▒ my┬Âl o potrzebie skorzystania z „kucanego” kibla mam zero pomys┬│├│w i powa┬┐ne obawy. Z dzisiejszej perspektywy to zabawne, ale w tamtych chwilach z pewno┬Âci┬▒ takie nie by┬│o. Podczas gdy ch┬│opaki ogarniaj┬▒ swoje sprawy, ja zasi├¬gam j├¬zyka w┬Âr├│d lokator├│w bazy. Mariusz radzi mi ok┬│ada├Ž kolano lodem i nie rusza├Ž si├¬. Irek natomiast b┬│yskawicznie przynosi mi z namiotu zastrzyki sterydowe. Jak m├│wi – jemu samemu lekarz da┬│ je na kolano, a teraz mi mog┬▒ si├¬ przyda├Ž. Namawia mnie, abym zaaplikowa┬│ je od razu, cho├Ž mam do tego spore obawy. Nie jestem lekarzem i wol├¬ zostawi├Ž zastrzyki na ostateczno┬Â├Ž, kiedy nie m├│g┬│bym si├¬ po prostu ruszy├Ž. Tak obdarowany z jednej strony jestem spokojniejszy, z drugiej mam ┬Âwiadomo┬Â├Ž ┬┐e to ju┬┐ nie przelewki i o  ile do g├│ry jako┬ si├¬ podejdzie, to najwi├¬kszym k┬│opotem dla felernego kolana pozostanie zej┬Âcie.
Pomimo i┬┐ dzi┬ planowali┬Âmy odpoczynek, Janusz i Janek oferuj┬▒ si├¬ z inicjatyw┬▒ wyj┬Âcia do Camp 1 z cz├¬┬Âci┬▒ rzeczy i za┬│o┬┐eniem obozu. Odradzam im ten pomys┬│, cho├Ž z drugiej strony wiem, ┬┐e przy naszej skromnej puli czasowej b├¬dzie on taktycznie dobrym rozwi┬▒zaniem i pozwoli zaoszcz├¬dzi├Ž jeden dzie├▒ na akcj├¬ g├│rsk┬▒. Ch┬│opaki nie daj┬▒ si├¬ przekona├Ž do restu, cho├Ž przynajmniej przekonuje ich do powrotu dzisiaj do Base Camp, aby lepiej odpocz┬▒├Ž w namiotach bazowych. Jest ju┬┐ 11:00, wi├¬c aby zd┬▒┬┐yli doj┬Â├Ž w obie strony musz┬▒ si├¬ spieszy├Ž. Cho├Ž wed┬│ug Irka droga zajmuje oko┬│o 2,5 godziny, to jednak nic nie wiadomo i lepiej by├Ž przygotowanym na d┬│u┬┐szy wariant. Podczas gdy ch┬│opaki szybko si├¬ pakuj┬▒, ja gotuj├¬ im liofile aby zd┬▒┬┐yli jeszcze zje┬Â├Ž przed wyj┬Âciem. 
Oko┬│o po┬│udnia Janusz z Jankiem wychodz┬▒, Marcin ┬Âpi, a ja staram si├¬ za┬│atwi├Ž obozowe sprawy. Korzystam z telefonu satelitarnego i dzwoni├¬ do Marcina S. w Polsce, informuj┬▒c go o naszej sytuacji. Od ostatniego kontaktu min├¬┬│o troch├¬ czasu, a warto uspokoi├Ž rodzin├¬ i znajomych.




Po po┬│udniu pogoda pogarsza si├¬, a mi pozostaje zaszy├Ž si├¬ w namiocie i z lodem na kolanie, zajmowa├Ž dobytkiem i rozmy┬Âla├Ž o logistyce akcji g├│rskiej. Zada├▒ nie mam zbyt wiele i po kilku godzinach zaczynam my┬Âle├Ž o naszych perspektywach, kt├│re widz├¬ w ciemnych barwach. Problemy zdrowotne, wczorajsza informacja o wypadku, ma┬│o czasu, a wszystko spowodowane bie┬┐┬▒cym brakiem zada├▒ i mg┬│┬▒ wok├│┬│. Zaczynam si├¬ czu├Ž naprawd├¬ kiepsko i w por├¬ z pod┬│ego nastroju wyrywa mnie d┬╝wi├¬k kr├│tkofal├│wki. Po nieca┬│ych trzech godzinach od wyj┬Âcia ch┬│opaki za┬│o┬┐yli Camp 1, zostawili depozyt i zaczynaj┬▒ wraca├Ž. Dobra wiadomo┬Â├Ž i weso┬│y g┬│os Janusza odrywa mnie od czarnych my┬Âli. Pod koniec dnia r├│wnie┬┐ o┬┐ywia si├¬ Marcin, kt├│ry ju┬┐ zd┬▒┬┐y┬│ solidnie wypocz┬▒├Ž i wygl┬▒da o niebo lepiej ni┬┐ rano. W oczekiwaniu na Janusza i Janka rozmawiamy gotuj┬▒c wod├¬.
Ch┬│opaki wracaj┬▒ przed zmierzchem, zadowoleni z wykonanego zadania. Wszyscy mamy z czego si├¬ cieszy├Ž i w naszym namiocie urz┬▒dzamy sut┬▒ kolacj├¬. Spo┬┐ywamy r├│wnie┬┐ prawdziwy rarytas – arbuza zostawionego nam przez kt├│r┬▒┬ z mi├¬dzynarodowych ekip, opuszczaj┬▒c┬▒ Base Camp. Dzia┬│a prawdziwy klimat bazy – cicho, ciep┬│o i stabilnie. Trzeba to wykorzysta├Ž, przecie┬┐ ju┬┐ jutro wychodzimy do g├│ry.



29 lipiec
Pomimo wieczornych opad├│w ┬Âniegu i kiepskiej pogody, dzie├▒ po raz kolejny rozpoczyna si├¬ pi├¬knie. Jak to w bazie, znowu nie nastawiamy budzik├│w, a rytm wstawania dostosowujemy do rytmu dzia┬│ania Base Camp. Krz┬▒tanina na zewn┬▒trz szybko budzi mieszka├▒c├│w namiot├│w i zgodnie z efektem domina po godzinie ca┬│a baza ju┬┐ t├¬tni ┬┐yciem.




Pakujemy si├¬ powoli i leniwie, zabieraj┬▒c sprz├¬t kt├│ry b├¬dzie potrzebny nam na g├│rze. Potrzebny sprz├¬t, czyli w┬│a┬Âciwie wszystko. Do depozytu z Base Camp wrzucamy zb├¬dne ma┬│e przedmioty i jedn┬▒ racj├¬ ┬┐ywno┬Âciow┬▒ – „na czarn┬▒ godzin├¬”.
Poranna obdukcja kolana nie wykazuje zmian, z czego jestem zadowolony. Je┬Âli nie ma poprawy status quo to najlepsza oznaka, kt├│r┬▒ zawsze mo┬┐na si├¬ pociesza├Ž. Przed wyj┬Âciem ch┬│opaki po raz kolejny odci┬▒┬┐aj┬▒ m├│j plecak, tak ┬┐e dzi┬ wa┬┐y naprawd├¬ niewiele. Inaczej ju┬┐ pom├│c mi nie mog┬▒.
Oko┬│o po┬│udnia za┬│atwiamy ostatnie formalno┬Âci i p┬│atno┬Âci bazowe, po czym jeste┬Âmy ju┬┐ w pe┬│ni gotowi do wyj┬Âcia. Na horyzoncie sterczy charakterystyczna sylwetka Khana, kt├│r┬▒ wykorzystujemy do pozowanych grupowych zdj├¬├Ž. Kilka minut przed wyj┬Âciem na akcj├¬ g├│rsk┬▒ to chyba najlepszy moment na grupow┬▒ fotografi├¬. Przez te kilka dni wiele si├¬ jeszcze mo┬┐e wydarzy├Ž.




W kilka ostatnich minut ┬┐egnamy si├¬ z mieszka├▒cami bazy i naczelnikiem Sasz┬▒, po czym kierujemy swoje kroki na wsch├│d. Trasa biegnie pocz┬▒tkowo moren┬▒, ┬Âcie┬┐k┬▒ znaczon┬▒ przez znajome ju┬┐ kamienne kopczyki. Nast├¬pnie wchodzi na pas wzg├│rz lodowych, gdzie za ┬Âladami czerwonych traser├│w odnajdujemy w┬│a┬Âciwy szlak. Po skoku przez rzeczk├¬ lodowcow┬▒ osi┬▒gamy w┬│a┬Âciwy lodowiec.
Jako i┬┐ Janusz z Jankiem szli wczoraj t┬▒ drog┬▒, zach├¬cam ich do prowadzenia. W pe┬│nym s┬│o├▒cu kt├│re mocno dogrzewa jest stosunkowo ciep┬│o, tote┬┐ cz├¬sto si├¬ zatrzymujemy. Nie ma po┬Âpiechu ani ┬┐adnych wy┬Âcig├│w, przeciwnie – lodowiec jest w zupe┬│no┬Âci pusty i opr├│cz nas nie wida├Ž ┬┐ywego ducha. Trasa jak┬▒ wybiera Janusz wiedzie ┬│ukiem przewie a┬┐ do przeciwleg┬│ego „brzegu” lodowca a nast├¬pnie wzd┬│u┬┐ moreny. Pod koniec drogi musimy przeskoczy├Ž kilka powa┬┐niejszych szczelin, cho├Ž brak ┬Âwie┬┐ego ┬Âniegu i stabilny teren nie wymaga wi┬▒zania si├¬.




Okolic├¬ Camp 1 osi┬▒gamy po oko┬│o 2,5 godziny marszu. Miejsce wygl┬▒da jakby na opuszczone i sprawia bardzo przygn├¬biaj┬▒ce wra┬┐enie. Poza dw├│jk┬▒ Rosjan kt├│rzy zmierzali do bazy nie ma tu zupe┬│nie nikogo. Jedyn┬▒ oznak├¬, ┬┐e tutaj faktycznie znajduje si├¬ ob├│z stanowi kilka namiot├│w „agencyjnych” i nasz czerwony Husky, odcinaj┬▒cy si├¬ od otoczenia.
Nie wiem czy za braku lepszego zaj├¬cia, czy kierowany ciekawo┬Âci┬▒ chc├¬ zobaczy├Ž co czeka nas jutro i obejrze├Ž cho├Ž z oddali kuluar Siemionowa. Nie lubi├¬ chodzi├Ž ca┬│kiem nieznanym terenem, a w nocy niewiele b├¬dzie mo┬┐na rozr├│┬┐ni├Ž.  Wysuwam wi├¬c propozycj├¬ spaceru z kt├│rej korzystaj┬▒ Janek i Janusz. Idziemy kilkaset metr├│w moren┬▒ i zatrzymujemy si├¬ dopiero naprzeciw s┬│ynnej butelki. Kuluar jest szary, mocno postrz├¬piony rysami szczelin i stosunkowo stromy. W g├│rnej cz├¬┬Âci ewidentnie zakr├¬ca w prawo, gdzie znajduje si├¬ tzw. szyjka butelki i bariera serak├│w. Tysi┬▒c metr├│w nad kuluarem wisi natomiast niczym miecz Demoklesa gra├▒ Piku Czapajewa zako├▒czona lodowymi nawisami serak├│e – sprawca wi├¬kszo┬Âci wypadk├│w i tragedii w okolicy. Nic dziwnego, a┬┐ strach pomy┬Âle├Ž jakiej pr├¬dko┬Âci nabiera lodowa lawina spadaj┬▒ca z takiej wysoko┬Âci i jaki musi mie├Ž zasi├¬g.
Z wi├¬ksz┬▒ wiedz┬▒ o przysz┬│ej drodze, cho├Ž z pewno┬Âci┬▒ nie spokojniejsi wracamy do namiotu. Jako i┬┐ nie chce nam si├¬ bawi├Ž ze sk┬│adaniem w nocy jednego z naszych schronie├▒ postanawiamy skorzysta├Ž z przybytku agencji turystycznych. Ja wraz z Marcinem zajmuj├¬ tym samym czerwony namiot Janusza, a pozosta┬│a dw├│jka na nocleg udaje si├¬ do pomara├▒czowego „Red Foxa”.




W Camp 1 ju┬┐ po raz wt├│ry zmagamy si├¬ z przepakowywaniem. Co┬ co na nizinach wydawa┬│oby si├¬ b┬│ahostk┬▒, tutaj zajmuje du┬┐o czasu, fatygi i my┬Âli. ┬»aden gram nie mo┬┐e by├Ž zabrany niepotrzebnie, je┬Âli w gr├¬ wchodzi szybkie poruszanie si├¬ w kuluarze, od kt├│rego mo┬┐e zale┬┐e├Ž ┬┐ycie. Wnioskuj├¬, ┬┐e na aklimatyzacj├¬ b├¬dziemy potrzebowa├Ž nie wi├¬cej ni┬┐ pi├¬├Ž racji dziennych po┬┐ywienia, a poza tym trzeba zostawi├Ž tu kolejny depozyt. Na tym etapie ca┬│ym sprz├¬tem dzielimy si├¬ ju┬┐ po r├│wno i nie ma dla mnie lepszego traktowania jak do tej pory. Z jednej strony zastanawiam si├¬, jak kolano zachowa si├¬ wy┬┐ej, ale z drugiej jestem spokojniejszy psychicznie – z l┬┐ejszym plecakiem lepiej si├¬ idzie fizycznie, ale odebrany balast ci┬▒┬┐y na psychice i sumieniu, ┬┐e inni si├¬ musz┬▒ m├¬czy├Ž.




Wieczorem Camp 1 powoli zaludnia si├¬ alpinistami. W ci┬▒gu kilku godzin schodzi si├¬ co najmniej kilkana┬Âcie os├│b r├│┬┐nej narodowo┬Âci, kt├│rzy jutro planuj┬▒ wychodzi├Ž. Z zasi├¬gni├¬tych informacji odcinek „lawiniasty” trzeba przej┬Â├Ž do 8:00 rano, a barier├¬ serak├│w do 9:00. Oczywi┬Âcie godziny te s┬▒ bardzo umowne, ale nie pozostaje ni┬┐ lepszego ni┬┐ zaufanie lokalnym przewodnikom i ich do┬Âwiadczeniu. Postanawiamy wyj┬Â├Ž o 2:30 co samo w sobie nie jest takie oczywiste. Z jednej strony nie mamy aklimatyzacji i b├¬dziemy i┬Â├Ž wolniej od innych ekip, z drugiej nie znamy drogi i mo┬┐emy ┬│atwo pogubi├Ž si├¬ w ciemno┬Âciach na lodowcu.
Ostatni posi┬│ek i pakowanie zajmuje nam d┬│ugo czasu. Pierwotnie planowali┬Âmy po┬│o┬┐y├Ž si├¬ spa├Ž oko┬│o 20:00, ale ta godzina zastaje nas jeszcze „w proszku”. Po zapadni├¬ciu zmroku w obozie robi si├¬ bardzo zimno i mr├│z ┬Âcian wszystko w par├¬ chwil. Dopiero oko┬│o 22:00 jeste┬Âmy przygotowani do wyj┬Âcia i k┬│adziemy si├¬ do ┬Âpiwor├│w.
Przed za┬Âni├¬ciem w g┬│owie ko┬│ataj┬▒ mi si├¬ setki my┬Âli, a przed oczyma widz├¬ szar┬▒ gardziel kuluaru. Mam przeczucie, ┬┐e chyba ka┬┐dy z naszej czw├│rki mierzy si├¬ teraz z obawami i strachem co do jutrzejszego dnia. Dnia kt├│rego ┬Âwiadomo┬Â├Ž ci┬▒┬┐y┬│a na nas jeszcze przed wyjazdem, a ju┬┐ za kilka godzin ma si├¬ zmaterializowa├Ž.


30 lipca
O 1:30 budziki wyrywaj┬▒ nas z g┬│├¬bokiego snu i swoim wrzaskiem zapowiadaj┬▒ znacz┬▒cy dzie├▒. Na zewn┬▒trz musi by├Ž bardzo zimno, bo po przebudzeniu dreszcze przychodz┬▒ niemal automatycznie. Wraz z Marcinem uznajemy, ┬┐e komfort jest nie wart wychodzenia ze ┬Âpiwor├│w i przygotowania do wyj┬Âcia na ile to mo┬┐liwe robimy zawini├¬ci w kokony. Trzeba przyzna├Ž, ┬┐e wprawdzie jest niewygodnie, ale ciep┬│o. Nie mamy czasu na ┬Âniadanie, tote┬┐ ssaniu w ┬┐o┬│┬▒dku zapobiegamy przyj├¬ciem batona. Pomimo ┬┐mudnych wieczornych przygotowa├▒, pakowanie przeci┬▒ga si├¬. Dopiero o 2:30 jeste┬Âmy ju┬┐ ubrani, mamy na sobie uprz├¬┬┐e i z ┬┐alem musimy spakowa├Ž r├│wnie┬┐ ┬Âpiwory.




Po wyj┬Âciu z przytulnego namiotu okazuje si├¬, ┬┐e w nocy pada┬│ ┬Ânieg i przykry┬│ cienk┬▒ warstw┬▒ ca┬│y ob├│z. W innych namiotach natomiast trwa krz┬▒tanina. Z pewno┬Âci┬▒ nikt nie lekcewa┬┐y tutaj nocnego wyj┬Âcia i zdaje sobie spraw├¬ czym takie lekcewa┬┐enie mog┬│oby si├¬ skoczy├Ž.
Camp 1 opuszczamy oko┬│o 2:40, zostawiaj┬▒c w nim czerwony namiot Janusza.  Na pocz┬▒tku zamiast od razu wej┬Â├Ž na lodowiec pr├│bujemy podej┬Â├Ž troch├¬ moren┬▒. Pomys┬│ okazuje si├¬ kiepski, a szczeliny zmuszaj┬▒ nas do powrotu i skierowania si├¬ bezpo┬Ârednio na ┬│uk kuluaru. Przed nami wida├Ž dwa ┬Âwiate┬│ka, kt├│re po jakim┬ czasie znikaj┬▒. Prowadz├¬ i id├¬ troch├¬ po omacku. ┬Žlad├│w nie ma,  a na zachmurzonym niebie brakuje dzi┬ ksi├¬┬┐yca i gwiazd, kt├│re mog┬│yby o┬Âwietli├Ž drog├¬. Id├¬ wi├¬c w ┬Âwietle czo┬│├│wki i kieruj├¬ si├¬ najpierw za ┬Âwiate┬│kami, a gdy one znikaj┬▒ pozostaje mi tylko intuicja. Na pocz┬▒tku teren jest ┬│atwy, pozbawiony szczelin  i stosunkowo p┬│aski. Taki przyjemny marsz trwa oko┬│o p├│┬│ godziny. Gdy dochodzimy do pierwszego lodowego wzg├│rza spotykamy tam Mariusza (spotkanego w bazie) wraz ze starszym Rosjaninem. To odpowiedni moment, aby si├¬ zwi┬▒za├Ž i za┬│o┬┐y├Ž raki. Te z pozoru rutynowe czynno┬Âci zajmuj┬▒ nam ponad dwadzie┬Âcia minut. Zwracam tu szczeg├│ln┬▒ uwag├¬ na czas, gdy┬┐ ka┬┐dy wie, ┬┐e felerny odcinek trzeba przej┬Â├Ž jak najwcze┬Âniej i ka┬┐dej straconej sekundy mo┬┐na p├│┬╝niej ┬┐a┬│owa├Ž.




Po zwi┬▒zaniu si├¬ wraz z Jankiem, jako prowadz┬▒cy pierwszego zespo┬│u i ca┬│ej grupy wychodz├¬ za lodowe wzg├│rze szuka├Ž chor┬▒giewek. Marcin wraz z Januszem r├│wnie┬┐ szybko ko├▒cz┬▒ swoje supe┬│ki i wychodz┬▒ w ┬Âlad za nami. Pierwsze oznaczenie ┬Âcie┬┐ki spotykam ju┬┐ po paru minutach i od tego czasu trasa jest ju┬┐ widoczna. Teren zaczyna stawa├Ž d├¬ba, a po drodze pojawiaj┬▒ si├¬ szczeliny. Niekt├│re z nich s┬▒ opor├¬czowane i na pocz┬▒tku wpinam nawet ma┬│p├¬ w dwie liny. Szybko jednak zarzucam ten pomys┬│ z uwagi na oszcz├¬dno┬Â├Ž czasu. Szczeliny s┬▒ do┬Â├Ž szerokie. Czasem trzeba skaka├Ž ponad metr i w ┬┐aden spos├│b nie mo┬┐na ich obej┬Â├Ž.
Subiektywnie idzie mi si├¬ bardzo dobrze. Krok za krokiem, systematycznie do przodu. Podczas marszu robimy tylko dwie przerwy, a w sytuacjach zm├¬czenia staram si├¬ z powodzeniem motywowa├Ž Janka do wyt├¬┬┐onego wysi┬│ku w obawie o wsp├│lne zdrowie. O ile nasz zesp├│l sprawnie pokonuje metry, o tyle Janusz z Marcinem zostaj┬▒ systematycznie coraz dalej z ty┬│u. Nieraz odwracam si├¬ i widz├¬, i┬┐ Janusz nieraz ci┬▒gnie Marcina, kt├│ry cz├¬sto si├¬ zatrzymuje.




Po oko┬│o godzinie marszu zaczyna si├¬ rozwidnia├Ž. Z jednej strony oznacza to lepsz┬▒ orientacj├¬, z drugiej stymuluje adrenalin├¬ i ┬Âwiadczy o bezlitosnym up┬│ywie czasu, kt├│ry nie ma dla nas zmi┬│owania. Pocz┬▒tkowo niebo jest zachmurzone, ale wkr├│tce zaczyna si├¬ przeja┬Ânia├Ž, a wraz z nim pierwsze promienie s┬│o├▒ca padaj┬▒ na seraki Piku Czapajewa. Tak, cho├Ž pr├│bujemy o tym zapomnie├Ž przechodzimy po ┬Âwie┬┐ych lawiniskach pod niemal tysi┬▒cmetrow┬▒ ┬Âcian┬▒ Piku Czapajewa. Gdy osi┬▒gamy ma┬│e wyw┬│aszczenie przed barier┬▒ serak├│w i mo┬┐emy pozwoli├Ž sobie na chwil├¬ wytchnienia, zaczynaj┬▒ schodzi├Ž pierwsze lawiny py┬│owe. Niewielkie i niegro┬╝ne, cho├Ž Janusz i Janek kt├│rzy s┬▒ jeszcze na odcinku zagro┬┐onym z pewno┬Âci┬▒ maj┬▒ stracha.
Na wyp┬│aszczeniu doganiamy id┬▒cego przed nami Mariusza i idziemy ju┬┐ bezpo┬Ârednio na nim. Od tego momentu ┬Ânieg staje si├¬ natomiast g┬│├¬boki i po ka┬┐dym kroku zapadamy si├¬ po kolana. Jeste┬Âmy ju┬┐ na pi├¬ciu tysi┬▒cach metr├│w, wi├¬c taki marsz przychodzi bardzo ┬┐mudnie. Krok za krokiem pokonujemy trawers wprowadzaj┬▒cy w seraki.
W barierze serak├│w nasze obawy o zdrowie tylko rosn┬▒. Najpierw trzeba pokona├Ž podw├│jn┬▒ i strom┬▒ szczelin├¬, kt├│ra znaczy miejsce prze┬│amania lodowego kolosa. Nast├¬pnie idziemy labiryntem w┬Âr├│d ┬Âcian bry┬│ lodu, wielko┬Âci sporego domu jednorodzinnego. Jak na z┬│o┬Â├Ž wi├¬kszo┬Â├Ž takich piramidalnych twor├│w zako├▒czona jest na g├│rze poka┬╝n┬▒ i przewieszon┬▒ bry┬│┬▒, kt├│ra paranoicznie zdaje si├¬ jakby odrywa├Ž kiedy tylko na ni┬▒ spojrzymy.




W tym odcinku nie idziemy ju┬┐ tak sprawnie jak wcze┬Âniej. G┬│├¬boki ┬Ânieg solidnie nas wym├¬czy┬│, a brak aklimatyzacji daje si├¬ we znaki p┬│ytkim oddechem i szybkim biciem serca.
Ostatni┬▒ szczelin├¬ pomi├¬dzy serakami opuszczamy oko┬│o 8:20 i szcz├¬┬Âliwy wychodzimy na p┬│aski fragment lodowca. Od tego momentu nie spieszymy si├¬. Krok za krokiem i wiele postoj├│w – tak wygl┬▒da pokonanie ostatnich stu metr├│w do Camp 2.
W obozie jeste┬Âmy oko┬│o 9:00 i kontemplujemy okolic├¬. Nad nami wida├Ž marmurowe ┬┐ebro i sylwetk├¬ Khana, kt├│ry z tej perspektywy wygl┬▒da nad wyraz p┬│asko. Sam ob├│z natomiast to w┬│a┬Âciwie lodowe wzniesienie zako├▒czone szczelin┬▒. Mie┬Âci si├¬ tutaj cztery namioty, rozstawione na wszystkich  wolnych platformach. Cho├Ž wiatr wieje i po wysi┬│ku najch├¬tniej by┬Âmy odpocz├¬li – trzeba bra├Ž si├¬ za kopanie platform. Na sw├│j namiot znajduj├¬ p┬│askie miejsce na skraju obozu. Wystarczy tylko troch├¬ podkopa├Ž i jako┬ powinien si├¬ zmie┬Âci├Ž. Kilkana┬Âcie minut po nas do obozu docieraj┬▒ Janusz z Marcinem i od tej pory praca idzie sprawnie. Wraz z Marcinem ustawiam namiot, a pozosta┬│a dw├│jka r┬▒bie swoj┬▒ platform├¬. Godzin├¬ p├│┬╝niej schronienia ju┬┐ stoj┬▒ zamocowane na czym si├¬ da – czekanach, ┬Ârubach i workach na ┬Âmieci wypchanych ┬Âniegiem.




Gdy ju┬┐ zabezpieczamy si├¬ przed czynnikami atmosferycznymi i siedzimy w ciep┬│ych ┬Âpiworach mo┬┐na bli┬┐ej obejrze├Ž Camp 2, kt├│ry jest naprawd├¬ malutki. Namioty s┬▒ zbite niemal w jedn┬▒ mas├¬, w odleg┬│o┬Âci centymetr├│w od siebie. Nie sk┬│ami├¬ gdy powiem, ┬┐e ┬Âmia┬│o mo┬┐na by podawa├Ž sobie kubek z wod┬▒ pomi├¬dzy nimi, bez wychodzenia na zewn┬▒trz. Z mojego namiotu, kt├│ry stoi na jednym ko├▒cu obozowiska mo┬┐na bez przeszk├│d rozmawia├Ž z ch┬│opakami, kt├│rych schronienie znajduje si├¬ na przeciwleg┬│ym jego skraju, sk┬▒din┬▒d kilka metr├│w dalej.
Po rozprawieniu si├¬ z biwakiem odkrywamy ┬┐e nie ma jeszcze po┬│udnia, a przed nami w┬│a┬Âciwie wi├¬ksza cz├¬┬Â├Ž dnia. Wykorzystujemy j┬▒ g┬│ownie na odpoczynek i gotowanie. Chocia┬┐ ┬Ânieg z tego miejsca do czystych nie nale┬┐y i roztapiaj┬▒c go nieraz mo┬┐na liczy├Ž na prezenty musimy si├¬ nawadnia├Ž i wok├│┬│ palnika toczy si├¬ ca┬│e obozowe ┬┐ycie.
Gdy „wybija” godzina 14:00 do obozu dociera dw├│jka alpinist├│w. Bior┬▒c pod uwag├¬, ┬┐e ostatni przed nimi byli tu o 9:30, mocno zastanawiamy si├¬ nad ich poczynaniami. Czy┬┐by byli nie┬Âwiadomi niebezpiecze├▒stw kuluaru Siemionowa, albo ze swego wyboru ryzykowali tak absurdalnie? Zastanawiaj┬▒c si├¬ nad pochodzeniem owych osobnik├│w, nagle w jednym z nich rozpoznaj├¬ Czecha, kt├│ry w adidasach przemierza┬│ z nami lodowiec ;). Konkluzja wywo┬│uje tylko u┬Âmiech.

Po po┬│udniu pogoda kt├│ra od rana nie by┬│a stabilna, psuje si├¬ ostatecznie. Zaczyna sypa├Ž ┬Ânieg, kt├│ry pr├│szy a┬┐ do samego wieczora. Cho├Ž nigdzie si├¬ nie ruszamy, to jednak utrudnia on funkcjonowanie. Gotowanie odbywa si├¬ przy zamkni├¬tym tropiku, gdy┬┐ przy jego lekkim uchyleniu ┬Ânieg wwiewany jest do ┬Ârodka namiotu.
Wieczorem ju┬┐ mo┬┐emy oceni├Ž, ┬┐e pomimo du┬┐ej r├│┬┐nicy wysoko┬Âci od ostatniego noclegu i m├¬cz┬▒cego podej┬Âcia z j├¬zykami na brodach, wraz z Marcinem czujemy si├¬ bardzo dobrze. Pytaj┬▒c o samopoczucie Janka i Janusza, poza nieznacznym b├│lem g┬│owy u tego pierwszego, r├│wnie┬┐ otrzymuj├¬ zadowalaj┬▒c┬▒ odpowied┬╝. Pomiar puls oksymetrem tylko potwierdza nasze spostrze┬┐enia – saturacja wszystkich oscyluje oko┬│o 80. Na dzie├▒ jutrzejszy planujemy Rest w Camp 2 i zdobywanie aklimatyzacji. Pomimo nies┬│abn┬▒cych opad├│w nastroje dopisuj┬▒, a perspektywy rysuj┬▒ si├¬ w ciep┬│ych barwach.


31 lipca
Rest w g├│rach charakteryzuje si├¬ u nas tym, i┬┐ planuj┬▒c taki dzie├▒ z za┬│o┬┐enia nie nastawiamy budzik├│w. Trzeba dobrze si├¬ wyspa├Ž, albo odespa├Ž zaleg┬│o┬Âci ┬┐eby mie├Ž si┬│├¬ na pokonanie kolejnego odcinka. Tak r├│wnie┬┐ jest dzisiaj i pomimo ┬Âcisku w obozie nikt nie pali si├¬ do wychodzenia. ┬Žnieg cho├Ž lekko, to jednak stale sypie, a poprawa nie zapowiada si├¬ szybko.
Co ciekawe – nikt nie ma prognozy pogody albo nie chce zdradzi├Ž takowej. Poczynaj┬▒c od obs┬│ugi bazy, po samych alpinist├│w. Je┬Âli ju┬┐ takowa si├¬ pojawi to obejmuje najwy┬┐ej kolejn┬▒ dob├¬ i objawia si├¬ t┬│umnymi pielgrzymkami przez kuluar.




Tym razem jest jednak cicho. Mija godzina 9:00, a z do┬│u nikt jeszcze nie przyszed┬│ – to chyba znak ┬┐e na lepsz┬▒ pogod├¬ nie ma co liczy├Ž.  Z wylegiwania si├¬ wyrywa nas dopiero Mariusz, kt├│ry z namiotu nieopodal pyta, czy wybieramy si├¬ dzi┬ co Camp 3. Troch├¬ zdziwiony odpowiadam ┬┐e chyba nie, cho├Ž w┬▒tpliwo┬Â├Ž w g┬│osie jest zarodkiem nowego pomys┬│u.  Z jednej strony mieli┬Âmy siedzie├Ž i odpoczywa├Ž, ale z drugiej wszyscy czujemy si├¬ dobrze (ch┬│opaki z namiotu obok r├│wnie┬┐ potwierdzaj┬▒ prawid┬│owe funkcjonowanie organizm├│w), a takie wyj┬Âcie mog┬│oby oszcz├¬dzi├Ž nam sporo czasu i przecie┬┐ Camp 3 pod prze┬│├¬cz┬▒ jest raptem 300-400 metr├│w wy┬┐ej.
Po takim szybkim „rachunku sumienia” proponuj├¬ ch┬│opakom wyj┬Âcie do kolejnego obozu. Po chwili zastanowienia wszyscy przytakuj┬▒ mi racj├¬ i od tego momentu wylegiwanie zamienia si├¬ w nerwowe pakowanie.
Chocia┬┐ Mariusz niebawem wychodzi, a ┬Ânieg zaczyna sypa├Ž coraz intensywniej humory nam dopisuj┬▒. ┬Žwiadomo┬Â├Ž, ┬┐e za kilka godzin mo┬┐emy znale┬╝├Ž si├¬ kilkaset metr├│w wy┬┐ej dzia┬│a bardzo motywuj┬▒co. Gdy jeste┬Âmy ju┬┐ spakowani, trzeba zlikwidowa├Ž biwak. Nie przychodzi to ┬│atwo, bo mocowania zasypa┬│ ┬Ânieg i zmrozi┬│a amplituda temperatury. Po kilkunastu minutach wraz z Marcinem jeste┬Âmy ju┬┐ gotowi do wyj┬Âcia, a Janek z Januszem wydaj┬▒ si├¬ by├Ž jeszcze nieprzygotowani.
Tymczasem mam miejsce gro┬╝na sytuacja. W pewnym momencie podaje Marcinowi namiot, a ten przez nieuwag├¬ zaczyna stacza├Ž si├¬ po zboczu. Widzimy jak mknie kilkadziesi┬▒t metr├│w w d├│┬│, na szcz├¬┬Âcie omijaj┬▒c wszystkie szczeliny na swojej drodze. Mamy niesamowitego farta, ┬┐e nie wpada do kt├│rej┬ z dziur, gdy┬┐ oznacza┬│oby to dla nas konieczno┬Â├Ž kopania jam i utrat├¬ wygodnego schronienia. Wkr├│tce po nasz┬▒ zgub├¬ schodzi Marcin, kt├│rego asekuruj├¬ na linie i po kilku minutach udaje mu si├¬ bezpiecznie wr├│ci├Ž.




Kilka minut p├│┬╝niej mo┬┐emy wychodzi├Ž. Jako i┬┐ Marcin sugeruje, ┬┐e z pewno┬Âci┬▒ b├¬dzie szed┬│ wolniej ode mnie i nie chce by├Ž ci┬▒gni├¬ty, proponuj├¬, aby drepta┬│ pierwszy. Tak te┬┐ robimy i jako pierwsza dw├│jka staramy si├¬ trafi├Ž na w┬│a┬Âciw┬▒ drog├¬. Niestety nie udaje si├¬ to za pierwszym podej┬Âciem. ┬Žnieg g├¬stnieje i zakrywa jakiekolwiek ┬Âlady w par├¬ minut. Marcin po przej┬Âciu kilkunastu metr├│w zawraca. Postanawiamy poczeka├Ž na Janka i Janusza i dopiero wyj┬Â├Ž ju┬┐ razem.
Par├¬ d┬│u┬┐szych chwil p├│┬╝niej zmierzamy ku prze┬│├¬czy. Opady powoli zanikaj┬▒, a ┬Ânieg ust├¬puje miejsca nieprzyjemnemu i silnemu wiatrowi.
Teraz ┬Âcie┬┐ka jest ju┬┐ widoczna, a ja id├¬ ostatni. Nie spieszymy si├¬, prowadzi Janusz i powoli krok na krokiem zdobywa wysoko┬Â├Ž. Niebawem zostawiamy za sob┬▒ namioty Camp 2, mijamy szerokie szczeliny i mozolnie pniemy si├¬ do g├│ry.
Podczas trwania naszego marszu pogoda diametralnie si├¬ poprawia w ci┬▒gu niemal paru chwil. Chmury nagle znikaj┬▒ gdzie┬ w oddali, a wy┬│ania si├¬ intensywny b┬│├¬kit nieba. Cho├Ž wiatr mocno zacina po twarzach tysi┬▒cami igie┬│ek, to w tym momencie liczy si├¬ tylko chwila. Jest po prostu pi├¬knie i co kilka krok├│w zatrzymuj├¬ si├¬ nie tylko stymulowany tempem Marcina, ale z potrzeby kontemplacji otocznia. Przed nami w oddali wy┬│ania si├¬ prze┬│├¬cz, na prawo coraz wyra┬╝niejsze rysy grani zachodniej Khana widniej┬▒ na widnokr├¬gu. Gdy za┬ obr├│c├¬ g┬│ow├¬ w ty┬│ widz├¬ Pik Pabiedy w ca┬│ym swoim majestacie.




Pocz┬▒tkowo sprawnie, im wy┬┐ej tym nogi staj┬▒ si├¬ ci├¬┬┐sze a ┬Âwie┬┐y ┬Ânieg po kolana stawia coraz wi├¬kszy op├│r B├¬d┬▒c kilkaset metr├│w od prze┬│├¬czy diametralnie tracimy na pr├¬dko┬Âci. Stok nagle nabiera na stromi┬╝nie, a ┬Âwiadomo┬Â├Ž ograniczenia forsowania organizmu podczas aklimatyzacji sugeruje ┬┐eby zwolni├Ž. Nie spieszymy si├¬ wi├¬c, cho├Ž i to tempo jest nie do wytrzymania dla niekt├│rych. Marcin diametralnie zwalnia i zostaje w tyle. Sugeruje mi rozwi┬▒zanie si├¬ na co przystaj├¬, gdy┬┐ na tym odcinku nie ma ju┬┐ szczelin.
Oko┬│o 16:00 docieramy do Camp 3 na 5800 npm, osi┬▒gaj┬▒c niewielk┬▒ gra├▒ oddzielaj┬▒c┬▒ stromy stok od szczelin znajduj┬▒cych si├¬ przed stromym serakiem. Sam serak jest s┬│usznych rozmiar├│w. To w┬│a┬Âciwie ┬Âciana czystego lodu, wysoka na kilkadziesi┬▒t metr├│w i b┬│yszcz┬▒ca w pe┬│nym s┬│o├▒cu. Miejsce nie jest zbytnio przychylne dla obozowiska. Po jednaj stronie stok, po drugiej szczeliny, nad g┬│ow┬▒ serak, a za plecami zachodnia gra├▒ Khan Tengri kt├│ra ma by├Ž naszym przysz┬│ym celem. Wida├Ž r├│wnie┬┐ por├¬cz├│wk├¬, wyprowadzaj┬▒c┬▒ na prze┬│├¬cz.




Na ma┬│ej grani Camp 3 stoi kilka ma┬│ych namiot├│w, cho├Ž najgorsze wra┬┐enie wzbudza ten zasypany i po┬│amany kt├│ry stoi niczym ┬Âwiadek pot├¬gi natury. Chocia┬┐ ulokowani tu ju┬┐ alpini┬Âci nie s┬▒ z tego zbytnio szcz├¬┬Âliwi, wraz z Jankiem montujemy namiot pomi├¬dzy dwoma innymi, uprzednio kopi┬▒c odpowiedni┬▒ platform├¬. Janusz i Marcin m├¬cz┬▒ si├¬ z drugim namiotem, kt├│ry trzeba zabezpieczy├Ž du┬┐o bardziej, gdy┬┐ wraz z cz├¬┬Âci┬▒ jedzenia i sprz├¬tu planujemy go tu pozostawi├Ž. Niebawem znajdzie si├¬ w g┬│├¬bokiej platformie po wewn├¬trznej stronie grani, solidnie zakotwiczony do pod┬│o┬┐a.
W kilka chwil po tym gdy ko├▒czymy rozk┬│ada├Ž biwak, s┬│o├▒ce zachodzi za gra├▒ Piku Czapajewa i momentalnie robi si├¬ mro┬╝no. Chowamy si├¬ do namiot├│w, zaszywamy w ┬Âpiwory, a mimo to dr┬┐ymy z zimna gdy┬┐ jeszcze nie zd┬▒┬┐yli┬Âmy si├¬ przyzwyczai├Ž. Ku naszemu zadowoleniu czujemy si├¬ nadspodziewanie dobrze, a jutro wcze┬Ânie rano planujemy schodzi├Ž do Camp 1.
Wiecz├│r sp├¬dzamy na bezproduktywnych rozmowach oraz gotowaniu wody na posi┬│ek i napoje. Ta czynno┬Â├Ž w g├│rach wysokich staje si├¬ ju┬┐ niemal┬┐e rytua┬│em. Je┬Âli nie ma co robi├Ž to zawsze mo┬┐na ugotowa├Ž dodatkow┬▒ ilo┬Â├Ž cieczy, bo tego nigdy do┬Â├Ž, a gdy spostrzegasz, ┬┐e ju┬┐ d┬│ugo nie pi┬│e┬ i nie topi┬│e┬ wody, to najwy┬┐szy czas zacz┬▒├Ž, aby zapobiec odwodnieniu.




W towarzystwie utrzymuje si├¬ wysokie morale a humory dopisuj┬▒. Z namiotu s┬│yszymy, jak Mariusz kontaktuje si├¬ przez radio z Szasz┬▒ z bazy i wspomina, ┬┐e siedzimy tu razem z nim. Taka prosta rzecz, a ┬Âwiadomo┬Â├Ž ┬│┬▒czno┬Âci z kimkolwiek „tam na dole” bardzo podnosi na duchu.
Dwa dni sp├¬dzone powy┬┐ej Camp 1 wp┬│ywaj┬▒ bardzo korzystnie na moje kolano. Niezbyt szybkie tempo i godziny wyle┬┐ane w ┬Âpiworze przyspieszaj┬▒ regeneracj├¬. My┬Âl├¬, ┬┐e sw├│j wk┬│ad ma r├│wnie┬┐ niska temperatura dzi├¬ki kt├│rej opuchlizna zaczyna powoli schodzi├Ž.
Gdy zapada zmrok temperatura spada drastycznie, znacznie poni┬┐ej naszej tolerancji. Wyj┬Âcie za potrzeb┬▒ jest powodem do ┬┐art├│w i wyzwaniem, za osi┬▒gni├¬cie kt├│rego wygrywam z Jankiem „najlepsze piwo w TESCO” :D.  Natomiast widok, jaki roztacza si├¬ z Camp 3 dzi┬ w nocy, jest chyba najbardziej spektakularnym jakiego do┬Âwiadczy┬│em, do┬Âwiadczam i by├Ž mo┬┐e do┬Âwiadcz├¬. Par├¬ takich spektakl├│w wizualnych do┬Âwiadcza si├¬ tylko kilka razy w ┬┐yciu i dla mnie to by┬│ jeden z nich, kiedy czuje si├¬ ┬┐ycie i do ┬┐ycia nie jest ju┬┐ nic potrzebne. Niesamowicie rozgwie┬┐d┬┐one niebo woko┬│o, na lewo gra├▒ Khan Tengri, a przede mn┬▒ Pik Pabiedy migocz┬▒cy b┬│yskami wy┬│adowa├▒ przechodz┬▒cej w oddali burzy. Tak wpatrzony stoj├¬ kilka d┬│ugich chwil, a┬┐ dreszcze wp├¬dzaj┬▒ mnie do namiotu. Z takim te┬┐ widokiem przed oczyma zasypiam i wiem, ┬┐e jestem szcz├¬┬Âliwszym cz┬│owiekiem ni┬┐ kilka godzin temu.





1 sierpnia
O 2:00 nad ranem z przyjemnego snu wyrywa mnie budzik. Cho├Ž niesamowicie nie chce mi si├¬ wstawa├Ž, czym pr├¬dzej budz├¬ Janka aby nie zasn┬▒├Ž „przypadkiem” po wy┬│┬▒czeniu urz┬▒dzenia jak nieraz si├¬ zdarza┬│o (m.in. pod Leninem). Jakkolwiek, woko┬│o szron pokry┬│ wszystko od tropiku  po pod┬│og├¬, a pobudka w takich warunkach jest prawdziw┬▒ katusz┬▒. Zbieramy si├¬ leniwie, zamglonymi oczyma pr├│buj┬▒c wychwyci├Ž w zakamarkach namiotu przedmioty, kt├│re trzeba spakowa├Ž.  Z czasem u┬Âwiadamiamy sobie, ┬┐e musimy spakowa├Ž namiot i potrzebujemy spr├¬┬┐y├Ž si├¬ bardziej ni┬┐ Janusz z Marcinem, kt├│rych schronienie zostaje tu na nast├¬pne dni. Wkr├│tce ca┬│y ob├│z o┬┐ywia si├¬. Niekt├│rzy wyruszaj┬▒ na atak szczytowy, obok nas Mariusz jest ju┬┐ na zaawansowanym etapie pakowania.
Koniec ko├▒c├│w ze zwini├¬ciem  namiotu pomaga nam Janusz i we tr├│jk├¬ mo┬┐emy swobodnie okie┬│zna├Ž go na wietrze. Po tej czynno┬Âci w ┬Âwietle czo┬│├│wek wi┬▒┬┐emy si├¬ i oko┬│o 4:20 zaczynamy schodzi├Ž.
Janek idzie przodem a ja z lepszej pozycji staram si├¬ koordynowa├Ž jego drog├¬. Je┬Âli o nie chodzi, to zej┬Âcie chc├¬ wykona├Ž jak najszybciej. Przy sk┬│adaniu namiotu solidnie wymarz┬│em i teraz nie mog├¬ powstrzyma├Ž dreszczy i ogrza├Ž zgrabia┬│ych ko├▒czyn. Ponad to powoli zaczyna wstawa├Ž dzie├▒, a odcinek pomi├¬dzy Camp 1 i Camp 2 trzeba pokona├Ž prawie w biegu.




Do bariery serak├│w dochodzimy po godzinie schodzenia w ┬│atwym terenie. Pomimo braku czasu nie mog├¬ przegapi├Ž chwili i szybko robi├¬ zdj├¬cie wschodowi s┬│o├▒ca nad Pikiem Pabiedy, kt├│ry jest wprost konieczny do uwiecznienia. Po tej czynno┬Âci szybko odzyskuj├¬ kontakt z rzeczywisto┬Âci┬▒ i zmuszam si├¬ do wyt├¬┬┐onej koncentracji, tak niezb├¬dnej przy przechodzeniu pomi├¬dzy serakami i szczelinami.
W tym niebezpiecznym terenie nie dochodzimy zbyt daleko, gdy spotykamy Mariusza kt├│ry wyruszy┬│ przed nami. Opady ┬Âwie┬┐ego ┬Âniegu zasypa┬│y szczeliny i wszelkie ┬Âlady grub┬▒ warstw┬▒ ┬Âniegu, a alpinista id┬▒cy sam boi si├¬ ryzykowa├Ž i trudno mu si├¬ dziwi├Ž. Jako zwi┬▒zani przejmujemy prowadzenie i pr├│buj┬▒c odtworzy├Ž drog├¬ do Camp 2 kierujemy si├¬ w nieznany teren. Asekuruj├¬ Janka, kt├│ry idzie przodem, po kilku chwilach docieraj┬▒c do „znajomego” uskoku w formie szczeliny.
Dalej ju┬┐ droga jest znajoma a ┬Âniegu z kroku na krok coraz mniej. Szybko nabieramy tempa i staramy si├¬ b┬│yskawicznie doj┬Â├Ž do podstawy kuluaru. Na naszej drodze spotykamy ju┬┐ pierwszych podchodz┬▒cych do Camp 2 – nag┬│a poprawa pogody wygoni┬│a z baz chyba wszystkich kt├│rzy planowali zdoby├Ž t┬▒ g├│r├¬. Teraz mo┬┐emy ich obserwowa├Ž jak mozolnie stawiaj┬▒ kolejne kroki, pozdrawia├Ž i ┬┐yczy├Ž powodzenia. Zauwa┬┐amy, ┬┐e pomimo licznych dziur i ukrytych szczelin wi├¬kszo┬Â├Ž podchodz┬▒cych nie widzi potrzeby wi┬▒zania si├¬, mijamy raptem dwa zespo┬│y linowe. Przed 7:00 jeste┬Âmy ju┬┐ bezpieczni i zatrzymujemy si├¬ na potrzebny post├│j, delektuj┬▒c si├¬ batonami i porannymi promieniami s┬│o├▒ca.




Ju┬┐ id┬▒c do Camp 1 decydujemy, ┬┐e wr├│cimy jednak do bazy. To tylko 2,5 h marszu, a komfort wypoczynku niepor├│wnywalny. Pomijaj┬▒c kwestie wygody, to przygn├¬biaj┬▒cy klimat tego opuszczonego miejsca nie sprzyja d┬│u┬┐szym posiedzeniom. W obozie sp├¬dzamy tylko chwil, zostawiaj┬▒c tu w┬│a┬Âciwie ca┬│y sprz├¬t, a zabieraj┬▒c tylko troch├¬ jedzenia. W pewnym momencie Marcin ma widocznie jak┬▒┬ chwil├¬ zw┬▒tpienia i m├│wi ┬┐e zastanawia si├¬ czy og├│le wychodzi├Ž drugi raz do g├│ry, na atak szczytowy. Przyznam, ┬┐e od jakiego┬ czasu si├¬ obawia┬│em takiej wiadomo┬Âci, ale nie dopuszczam jej do siebie. T┬│umacz├¬ mu, ┬┐e ma ju┬┐ jak┬▒┬ tam aklimatyzacj├¬ i ┬Âwiadomo┬Â├Ž, ┬┐e by┬│ ju┬┐ w Camp 3, a to najwa┬┐niejsze. Drugie wej┬Âcie b├¬dzie tylko ┬│atwiejsze, a swoje interesy trzeba przedk┬│ada├Ž nad dobro zespo┬│u i ca┬│ej wyprawy. Nawet gdy nie ma si├¬ si┬│y czy ch├¬ci na zdobywanie szczytu to jednak w obozie przydadz┬▒ si├¬ dodatkowe r├¬ce do gotowania wody, a na podej┬Âciu dodatkowy grzbiet do targania sprz├¬tu i tym trzeba si├¬ kierowa├Ž. Na szcz├¬┬Âcie Marcin nie jest oporny i szybko przekonujemy go do swoich racji, unikaj┬▒c sytuacji kt├│ra przydarzy┬│a si├¬ rok temu i by┬│a niemi┬│a w skutkach (czytaj Pik Lenin 2013).
 Kilkana┬Âcie minut p├│┬╝niej idziemy w dalsz┬▒ drog├¬. Z lekkimi plecakami pokonujemy tras├¬ w d├│┬│ lodowca Inlychek. Tym razem wybieram prost┬▒ drog├¬ na wprost w kierunku obozu. Ta okazuje si├¬ nawet lepsza ni┬┐ obrana poprzednio. Co prawda musimy przekroczy├Ž trzy lodowcowe potoki, ale po drodze nie ma szczelin. Problem pojawia si├¬ dopiero, gdy szukamy traser├│w i odpowiedniego miejsca do wej┬Âcia na moren├¬. Nie mog┬▒c znale┬╝├Ž w┬│a┬Âciwego kluczymy mi├¬dzy lodowymi wzg├│rzami b├¬d┬▒c ju┬┐ tak blisko celu, ale up├│r przynosi efekty. W ko├▒cu kto┬ znajduje chor┬▒giewk├¬, a dalej ju┬┐ znaki wiod┬▒ prosto do celu.




W bazie jeste┬Âmy oko┬│o 9:30 i po przywitaniu lokujemy si├¬ w przestronnych namiotach. Na szcz├¬┬Âcie mnie z Marcinem przypada tek, co poprzednio, a Janek z Januszem dostaj┬▒ ┬┐├│┬│tego Marmota obok.
Pe┬│ne s┬│o├▒ce jakie ju┬┐ pali niemi┬│osiernie wykorzystujemy do suszenia wszystkiego co tylko mo┬┐liwe. W rezultacie teren wok├│┬│ namiot├│w zamienia si├¬ w wielkie wysypisko ┬Âmieci. W bazie spotykamy kolejn┬▒ dw├│jk├¬ Polak├│w, kt├│rzy przyjechali tutaj pobiwakowa├Ž w okolicy.  Ich historia jest d┬│uga, ale sprowadza si├¬ do tego, ┬┐e nie b├¬d┬▒ zdobywa├Ž ┬┐adnego wi├¬kszego szczytu  w okolicy.
Urz┬▒dziwszy si├¬ w bazie, po wykonaniu wszystkich niezb├¬dnych czynno┬Âci od jedzenia po „prysznic” chusteczkami nawil┬┐aj┬▒cymi oddajemy si├¬ b┬│ogiemu stanowi wylegiwania i odpoczynku. Wszystkim nale┬┐y si├¬ to w nadmiarze. Kto┬ ┬Âpi, inni s┬│uchaj┬▒ muzyki, mi wystarczy ko├▒czenie ksi┬▒┬┐ki i rozmy┬Âlanie. Niestety z kalkulacji wynika, ┬┐e jutro powinni┬Âmy wyj┬Â├Ž ponownie do g├│ry…
Po po┬│udniu ze szwajcarsk┬▒ precyzj┬▒ pogoda psuje si├¬, baz├¬ ogarnia mg┬│a i opady ┬Âniegu. Na gwa┬│towny spadek temperatury reagujemy otulaj┬▒c si├¬ w puchy i zaszywaj┬▒c w swoich namiotach.
Chyba wszyscy jeste┬Âmy teraz zadowoleni. Wygodne namioty, zno┬Âna temperatura i wzgl├¬dne bezpiecze├▒stwo – mo┬┐na si├¬ wprost rozmarzy├Ž, a ju┬┐ na pewno poczu├Ž rado┬Â├Ž p┬│yn┬▒c┬▒ z prymitywnych wyg├│d.


2 sierpnia
Je┬Âli w perspektywie ma si├¬ dob├¬ odpoczynku przed kolejnym wyj┬Âciem, trzeba dobrze j┬▒ wykorzysta├Ž. I nie bez powodu u┬┐y┬│em s┬│owa „doba”, a nie „dzie├▒”. Ca┬│ego dnia odpoczynku nie mamy, bior┬▒c pod uwag├¬, ┬┐e wczoraj schodzili┬Âmy z Camp 3, a dzi┬ wieczorem wychodzimy znowu do Camp 1. Mo┬┐na by stwierdzi├Ž, ┬┐e taki po┬Âpiech jest niewskazany. Niewskazany mo┬┐e i owszem, ale z naszej perspektywy niezb├¬dny. Jak wcze┬Âniej ju┬┐ wspomina┬│em, brakuje nam czasu, a lokalna pogoda jest ca┬│kowicie nieprzewidywalna. Wygodn┬▒ i s┬│uszn┬▒ taktyk┬▒ by┬│oby przesiedzie├Ž tu jeszcze co najmniej dob├¬, ale takie post├¬powanie mog┬│oby zawa┬┐y├Ž na powodzeniu ca┬│ej akcji g├│rskiej. Nie wiadomo ile przyjdzie nam czeka├Ž na pogod├¬, a je┬Âli ju┬┐ b├¬dziemy musieli, to lepiej odsiedzie├Ž swoje w Camp 3 i zaatakowa├Ž w czasie okna pogodowego, kt├│re z pewno┬Âci┬▒ nie potrwa d┬│u┬┐ej ni┬┐ kilka dni. Z drugiej strony mam ┬Âwiadomo┬Â├Ž, ┬┐e b├¬dzie niewygodnie, wypoczynek ust┬▒pi miejsca wegetacji na 5800 npm , a poza tym jeszcze nie jeste┬Âmy dobrze zaaklimatyzowani. Sam mam ┬Âwiadomo┬Â├Ž, ┬┐e m├│j organizm potrzebuje troch├¬ wi├¬cej czasu na oswojenie si├¬ z wysoko┬Âci┬▒, ale interes wyprawy jest wa┬┐niejszy. Ze swoimi przemy┬Âleniami i obawami dziel├¬ si├¬ z ch┬│opakami, aby by┬│o wiadomo, ┬┐e to ryzykowny plan. Janek i Janusz rw┬▒ si├¬ do g├│ry bardziej ode mnie, a Marcin nie ma zdania. Tym sposobem pomys┬│ zosta┬│ zatwierdzony, a my mamy jeszcze co najmniej kilka godzin spokoju.




Pi├¬kny ranek i przedpo┬│udnie po┬Âwi├¬camy na specyficzne obozowe czynno┬Âci. Przede wszystkim trzeba obada├Ž i doprowadzi├Ž do porz┬▒dku drobne urazy. Janusz pokas┬│uje, Marcin smaruje i banda┬┐uje obtarcia po butach, Jankowi nawet zagoi┬│y si├¬ b┬▒ble na pi├¬tach i ju┬┐ nie owija st├│p w banda┬┐e. Moje stopy r├│wnie┬┐ wygl┬▒daj┬▒ lepiej, ale jeszcze nie mog├¬ pozwoli├Ž sobie na luksus chodzenia w samych skarpetach. Kolano co dziwne, jakkolwiek dobrze sprawowa┬│o si├¬ na wysoko┬Âciach powy┬┐ej 5000 npm, w bazie znowu zaczyna mi dokucza├Ž i puchn┬▒├Ž, cho├Ž nie a┬┐ tak jak ostatnim razem.
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazuj┬▒, ┬┐e trzeba rusza├Ž. Dzi┬ nie ma jednak z tym pospiechu, nie zamierzamy pope┬│ni├Ž tego samego b┬│├¬du co ostatnio i wyj┬Â├Ž przed wieczorem do Camp 1. Tym samym mo┬┐emy jeszcze troch├¬ poleniuchowa├Ž i zje┬Â├Ž liofila w porze obiadu nie martwi┬▒c si├¬ zbytnio o topienie wody, czy skorzysta├Ž to raz ostatni z cywilizowanego kibla.




W drodze do g├│ry b├¬dziemy dzi┬ osamotnieni. Mariusz wychodzi jutro albo pojutrze, a poza nim w bazie nie ma zbyt wielu os├│b. Ostatni ┬Âmiertelny wypadek przetrzebi┬│ troch├¬ internacjonalny zapa┬│ na zdobywanie szczytu od po┬│udnia. Sasza z obs┬│ugi bazy, pytany o ┬Âmig┬│owiec, nie mo┬┐e poda├Ž nam dok┬│adnego terminu przylotu. Teoretycznie ma by├Ž 10 sierpnia, ale praktycznie pogoda lubi si├¬ psu├Ž jak i sama leciwa maszyna. Bior┬▒c pod uwag├¬, ┬┐e samolot z Biszkeku wylatuje 13 sierpnia rano, to dla nas termin „na styk” i oznacza kolejny stres.
Dzi┬ jednak staramy sobie nie zawraca├Ž g┬│owy faktami na dalek┬▒ przysz┬│o┬Â├Ž, je┬Âli nie wiadomo co mo┬┐e przynie┬Â├Ž jutro. Gdy s┬│o├▒ce powoli obni┬┐a si├¬ na niebosk┬│onie, oko┬│o 17:20 wychodzimy w kierunku Camp 1. Kilkukrotnie odwracamy si├¬ za siebie, zdaj┬▒c sobie spraw├¬, ┬┐e klamka ju┬┐ zapad┬│a i od tego momentu wa┬┐┬▒ si├¬ losy wyprawy. Droga z lekkimi plecakami up┬│ywa nam b┬│yskawicznie, gdy┬┐ przej┬Âcie pomi├¬dzy obozami zajmuje nam oko┬│o 1:40 h. W Camp 1 spotykamy tylko kilka namiot├│w i dos┬│ownie par├¬ os├│b, kt├│re jutro b├¬d┬▒ wychodzi├Ž wy┬┐ej. Nie wr├│┬┐y to dobrze na przysz┬│o┬Â├Ž, ale nie zastanawiamy si├¬ nad tym d┬│ugo. W mi├¬dzyczasie zachodzi s┬│o├▒ce i na lodowcu robi si├¬ bardzo zimno. Szybko przebieramy si├¬, dzielimy sprz├¬t i ca┬│e jedzenie pomi├¬dzy siebie, po czym zabieramy si├¬ do pakowania. Tym razem Janusz razem z Jankiem zajmuj┬▒ czerwony namiot, a ja z Marcinem u┬┐yczam sobie miejsca w namiocie agencyjnym. Chcieliby┬Âmy jak najszybciej po┬│o┬┐y├Ž si├¬ spa├Ž, ale pakowanie przeci┬▒ga si├¬ do p├│┬╝na. Dopiero po 22:00 k┬│ad├¬ si├¬ spa├Ž, a Marcin jeszcze za┬│atwia ostatnie sprawy. Kilkana┬Âcie minut r├│wnie┬┐ zaszywa si├¬ w ┬Âpiw├│r a wko┬│o s┬│ycha├Ž ju┬┐ tylko szum lodowcowych rzek.


3 sierpnia
Dzie├▒ po raz kolejny zaczyna si├¬ o 1:30, oznajmiony melancholijnym dzwonkiem telefonu. Cho├Ž spa┬│o si├¬ przyzwoicie i na my┬Âl o jakimkolwiek ruchu a┬┐ ciarki przechodz┬▒ po plecach, to jednak trzeba si├¬ zmusi├Ž. Kilkana┬Âcie minut trwa faza p├│┬│ letargu, ale im bardziej si├¬ zmuszamy tym czynno┬Âci przychodz┬▒ ┬│atwiej. W przestronnym agencyjnym namiocie pakowanie idzie du┬┐o szybciej ni┬┐ w standardowej dw├│jce. Przed 3:00 jeste┬Âmy ju┬┐ gotowi i mo┬┐emy wyrusza├Ž. Ob├│z r├│wnie┬┐ obudzi┬│ si├¬ razem z nami i teraz wida├Ž tylko migocz┬▒ce ┬Âwiat┬│┬▒ czo┬│├│wek. Nie wiadomo ile os├│b dzisiaj wyjdzie, ale z pewno┬Âci┬▒ nasza czw├│rka b├¬dzie pierwszym zespo┬│em.
Pomimo i┬┐ idziemy ta drog┬▒ po raz drugi to wej┬Âcie w kuluar nie przychodzi automatycznie. Nie ma mowy o jakichkolwiek znakach, a niebo jest zachmurzone. Prowadz├¬ i szukaj┬▒c ┬Âcie┬┐ki kieruj├¬ si├¬ w┬│a┬Âciwie tylko intuicj┬▒.  Po p├│l godziny dochodzimy do znajomego miejsca przez lodowym wzg├│rzem i wi┬▒┬┐emy si├¬. Atmosfera troch├¬ si├¬ pogarsza i pozwalamy sobie na utarczki s┬│owne, kt├│re nie motywuj┬▒ na przysz┬│o┬Â├Ž. Id┬▒cy na ko├▒cu Marcin r├│wnie┬┐ zaczyna skar┬┐y├Ž si├¬ na zm├¬czenie i ch├¬├Ž powrotu. Te fakty dziej┬▒ si├¬ jednak jakby z boku i nie dopuszczamy do siebie my┬Âli aby mia┬│y popsu├Ž realizacj├¬ planu.
Podzieleni na zespo┬│y zaczynamy szuka├Ž chor┬▒giewki i ┬Âcie┬┐ki, jednak nie przychodzi to tak ┬│atwo jak ostatnio. Ja wraz z Jankiem idziemy bardziej z lewej, Janusz z Marcinem po drugiej stronie kuluaru szukaj┬▒c jakiego┬ punktu zaczepienia. Znajdujemy znak gdy ju┬┐ zaczyna si├¬ rozwidnia├Ž, a za nim idziemy do g├│ry. Widz├¬, ┬┐e Marcin cz├¬sto si├¬ zatrzymuje, tote┬┐ wraz z Jankiem wyrywamy troch├¬ do przodu i utrzymujemy przyzwoite tempo. Pocz┬▒tkowo id├¬ przodem, ale po chwili puszczam do przodu Janka i sugeruj├¬, ┬┐eby si├¬ nie spieszy┬│. Wydaje mi si├¬, ┬┐e gdyby┬Âmy zbytnio si├¬ oddalali mog┬│oby to mie├Ž negatywny wp┬│yw na Marcina, a tak motywacyjny system „kija i marchewki” jako┬ dzia┬│a. Ch┬│opaki musz┬▒ mie├Ž ostre r├│┬┐nice zda├▒, gdy┬┐ co jaki┬ czas s┬│ysz├¬ k┬│├│tnie dochodz┬▒ce zza plec├│w.




P├│ki co nie przywi┬▒zuje do nich wagi, a marsz przyjmuj├¬ znakomicie. Od samego rana mam du┬┐o mocy i nie m├¬cz├¬ si├¬ na podej┬Âciu. Janek przede mn┬▒ r├│wnie┬┐ zachowuje stabilne tempo, tote┬┐ nie zatrzymujemy si├¬ w┬│a┬Âciwie w og├│le. Zamiast spodziewanego zm├¬czenia bardziej marzn├¬, a szczeg├│lnie moje stopy. Na tym odcinku nie ma mowy o postojach tote┬┐ pr├│buj├¬ rozgrza├Ž je jako┬ ruchem podczas marszu.
Przej┬Âcie odcinka trawersuj┬▒cego stok przed barier┬▒ serak├│w jest dzi┬ prawdziwa przyjemno┬Âci┬▒. Prowadzi t├¬dy wydeptana ┬Âcie┬┐ka po zmarzni├¬tym, stabilnym ┬Âniegu. Przed samymi serakami mija nas grupa Rosjan, kt├│ra powoli pokonuje uskok. Podchodz┬▒c bli┬┐ej mo┬┐emy przekona├Ž si├¬, jak lodowiec zmieni┬│ si├¬ w ci┬▒gu raptem dw├│ch dni. Podw├│jna szczelina oddzielaj┬▒ca nas od bariery serak├│w poszerzy┬│a si├¬ i zosta┬│a zapor├¬czowana. Bez liny przej┬Âcie na drugi, po┬│o┬┐ony ponad metr wy┬┐ej brzeg  tu by┬│oby bardzo trudne, szczeg├│lnie z ci├¬┬┐kimi plecakami. Nam na szcz├¬┬Âcie nie sprawia du┬┐ych problem├│w. Janek szybko gramoli si├¬ do g├│ry, a nast├¬pnie ja pokonuj├¬ odcinek pos┬│uguj┬▒c si├¬ por├¬cz┬▒ z czekana.  Dalej jest ju┬┐ ┬│atwiej i bez niespodzianek przechodzimy ostatnie metry niebezpiecznego terenu. Przez szczelin├¬ pomi├¬dzy serakami wychodzimy o 8:00 rano, zadowoleni z przej┬Âcia niebezpiecznego odcinka i urz┬▒dzamy post├│j czekaj┬▒c na ch┬│opak├│w.
Kilka chwil wolnego jakie mamy wykorzystuj├¬ na przywr├│cenie kr┬▒┬┐enia w stopach. W barierze serak├│w ko├▒czyny mocno mi zmarz┬│y i zesztywnia┬│y. Przed nami jeszcze kilka godzin marszu wi├¬c rozgrzewam je ┬Âci┬▒gaj┬▒c uprzednio skorupy i botki. W mi├¬dzyczasie przychodz┬▒ ch┬│opaki cho├Ž po ich zachowaniu wida├Ž, i┬┐ nie by┬│ to najszcz├¬┬Âliwszy marsz. Generalnie Janusz narzeka na Marcina, a Marcin skar┬┐y si├¬ na kondycj├¬, urywany oddech w czasie podej┬Âcia i „diabelskie” tempo Janusza. Na szcz├¬┬Âcie odcinek, na kt├│rym musieli┬Âmy si├¬ spieszy├Ž ju┬┐ za nami i dalej mo┬┐emy powoli zdobywa├Ž wysoko┬Â├Ž.
Gdy Janusz i Marcin chc┬▒ troch├¬ odpocz┬▒├Ž, nasza dw├│jka zd┬▒┬┐y┬│a ju┬┐ solidnie zmarzn┬▒├Ž. Decydujemy si├¬ na dalszy marsz, omijaj┬▒c Camp 2, kieruj┬▒c si├¬ zag┬│├¬bieniem pomi├¬dzy obozem a serakami.




Na tym odcinku zaczynaj┬▒ si├¬ moje problemy. Przed Camp 3 stopy przemarzaj┬▒ mi jeszcze kilkukrotnie do tego stopnia, ┬┐e aby przywr├│ci├Ž czucie musz├¬ zatrzymywa├Ž si├¬, ┬Âci┬▒ga├Ž skorupy i rozgrzewa├Ž dr├¬twe ko├▒czyny. Poza samym zirytowaniem, jest to do┬Â├Ž niepokoj┬▒cy objaw.  Zauwa┬┐am r├│wnie┬┐, ┬┐e im wy┬┐ej tym zaczynam s┬│abn┬▒├Ž. O ile w kuluarze Siemionowa czu┬│em si├¬ ┬Âwietnie i narzuca┬│em tempo, to tutaj z ka┬┐dym kolejnym metrem staj├¬ si├¬ coraz s┬│abszy. Ca┬│a sytuacja powoduje, ┬┐e denerwuj├¬ si├¬ na siebie tym bardziej, ┬┐e ┬┐aden z ch┬│opak├│w nie ma podobnych problem├│w. Co wi├¬cej, nawet Marcin narzekaj┬▒cy do tej pory na trudy podej┬Âcia i zamordystyczne tempo, teraz idzie r├│wno i wygl┬▒da lepiej od mnie. Os┬│abienie ci┬▒gle post├¬puje i do samego obozu docieram jako ostatni, robi┬▒c na stoku wiele postoj├│w. Na ostatnich metrach Janusz pr├│buje nawet wr├│ci├Ž i wzi┬▒├Ž m├│j plecak, a ja pod wp┬│ywem nerw├│w zamiast podzi├¬kowa├Ž wrzeszcz├¬ na niego i do Camp 3 docieram bez pomocy. W tym momencie wiem ju┬┐, ┬┐e m├│j organizm na aklimatyzacj├¬ potrzebuje wi├¬cej czasu ni┬┐ pozosta┬│ych  i do zako├▒czenia tego procesu w moim organizmie jeszcze troch├¬ brakuje.




W Camp 3 jeste┬Âmy o 12:00 i szybko oceniamy sytuacj├¬. Nasz namiot stoi a opr├│cz niego jeszcze trzy opuszczone schronienia. W okolicy panuje g┬│ucha cisza i nigdzie nie wida├Ž ┬┐ywego ducha. Pogoda od rana jest bardzo zmienna, ale dominuje zachmurzenie i mg┬│a. Wsz├¬dzie k┬│├¬bi┬▒ si├¬ chmury ale p├│ki co nie pada. Zm├¬czeni mniej lub bardziej po solidnym wysi┬│ku my┬Âlimy tylko o legni├¬ciu w namiotach. Najpierw jednak musimy rozstawi├Ž naszego Marmota, czym zajmuj┬▒ si├¬ g┬│├│wnie Janusz i Janek. B├¬d┬▒c jeszcze os┬│abionym pomagam im na ile mog├¬, ale g┬│├│wn┬▒ prace wykonuj┬▒ oni. Po godzinie namiot ju┬┐ stoi, a ka┬┐dy zawini├¬ty jest w ciep┬│y ┬Âpiw├│r. Do wieczora zajmujemy si├¬ czynno┬Âciami obozowymi, szczeg├│lnie uzupe┬│nianiem p┬│yn├│w kt├│rych du┬┐o stracili┬Âmy na tym d┬│ugim podej┬Âciu. Wieczorem zaczyna pada├Ž ┬Ânieg, a do obozu wracaj┬▒ alpini┬Âci z ataku szczytowego. Na szcz├¬┬Âcie wracaj┬▒, bo ich wygl┬▒d nie napawa optymizmem i ┬Âwiadczy o trudno┬Âciach jakie musieli pokona├Ž.



Dzie├▒ restu na 5700 npm to idealny moment, aby odespa├Ž trudy dnia poprzedniego. Cho├Žby chcia┬│o si├¬ ruszy├Ž, to na zewn┬▒trz nie ma w┬│a┬Âciwie nic do roboty, a temperatura skutecznie niweczy jakiekolwiek przeb┬│yski inicjatywy. ┬Žpimy d┬│ugo, a dopiero oko┬│o godziny 9:00 potrzeby fizjologiczne okazuj┬▒ si├¬ silniejsze od potrzeby zachowania ciep┬│a.




Po wyj┬Âciu z namiotu mo┬┐na przekona├Ž si├¬, ┬┐e pogoda nie ma zamiaru si├¬ poprawia├Ž, czy zmienia├Ž. Gra├▒ zachodnia ledwie majaczy w oddali, przes┬│oni├¬ta przez mg┬│├¬ i chmury. Od wczoraj pr├│szy ┬Ânieg i w oddali wida├Ž ┬┐e na skalistym szczycie nagromadzi┬│a si├¬ go poka┬╝na ilo┬Â├Ž. Namioty troch├¬ przysypa┬│o, ale w stosunkowo niewielkim stopniu i p├│ki co nie wymagaj┬▒ zbytniej interwencji. Nasz Marmot zosta┬│ postawiony na wi├¬kszej platformie i pomi├¬dzy ┬Ânie┬┐nymi ┬Âcianami a kopu┬│a namiotu jest du┬┐o miejsca gdzie mo┬┐e gromadzi├Ž si├¬ bia┬│y puch. Janusz i Janek maj┬▒ natomiast swoje schronienie niemal wkomponowane w ┬Ânie┬┐y grzbiet i opady zmuszaj┬▒ ich co jaki┬ czas do wyj┬Âcia i machania ┬│opat┬▒.
Z braku lepszego zaj├¬cia nasze czynno┬Âci w obozie kr├¬c┬▒ si├¬ wok├│┬│ gotowania. Jedna osoba idzie ┬│upa├Ž l├│d z wisz┬▒cego kilka metr├│w dalej seraka, druga topi zapasy i przelewa do naczy├▒. Dzie├▒ toczy si├¬ powoli, w┬│a┬Âciwie od posi┬│ku do posi┬│ku z gotowaniem w mi├¬dzyczasie.
Dzi┬ wcze┬Ânie rano Anglicy spakowali si├¬ i po akcji g├│rskiej zeszli na lodowiec. Co bardzo nas ucieszy┬│o zostawili po sobie torb├¬ z prezentami – cztery ma┬│e liofile, cztery batony i dwa kartusze gazu, kt├│re przyj├¬li┬Âmy z wielkimi u┬Âmiechami od ucha do ucha. W torbie znalaz┬│a si├¬ r├│wnie┬┐ kartka od darczy├▒cy z podpisem „Tedy”, kt├│remu przy okazji wypada pi├¬knie podzi├¬kowa├Ž.  Od tego momentu w obozie jeste┬Âmy ju┬┐ zupe┬│nie sami i poza czerwieni┬▒ i pomara├▒cz┬▒ naszych namiot├│w nic nie zak┬│├│ca wszechobecnej bieli.
Oko┬│o po┬│udnia rzucam ch┬│opakom propozycj├¬, aby si├¬ troch├¬ rozrusza├Ž. Dzi┬ czuje si├¬ ju┬┐ bardzo dobrze i uwa┬┐am, ┬┐e wypada zrobi├Ž kr├│tki rekonesans w kierunku prze┬│├¬czy. Ch┬│opaki si├¬ ze mn┬▒ zgadzaj┬▒ i ustaliwszy godzin├¬ wyj┬Âcia zaczynamy si├¬ powoli przygotowa├Ž.
Wychodzimy zaraz po posi┬│ku, o godzinie 15:00. W mi├¬dzyczasie pogoda daje z┬│udne nadzieje na popraw├¬ pokazuj┬▒c fragmenty b┬│├¬kitnego nieba, jednak dzi┬ to wszystko na co j┬▒ sta├Ž.  Okazuje si├¬, ┬┐e ┬Âniegu jest nawet wi├¬cej ni┬┐ si├¬ spodziewali┬Âmy i do por├¬cz├│wki za┬│o┬┐onej kilkadziesi┬▒t metr├│w dalej brniemy w ┬Âniegu po kolana.
Pierwszy wpinam si├¬ do liny i powoli podchodz├¬ w kierunku prze┬│├¬czy. Po zwolnieniu sznurka wpina si├¬ nast├¬pny i tak do czterech razy sztuka. Gdy docieram do prze┬│├¬czy na swojej drodze natykam si├¬ na dziur├¬ w ┬Âniegu z kt├│rej wychodzi zaro┬Âni├¬ty osobnik. Zaczynam rozmawia├Ž z nim po angielsku, gdy nagle poznaj├¬ Polaka, kt├│rego spotkali┬Âmy w Mayda Adir. Okazuje si├¬, ┬┐e wraz ze swoj┬▒ dziewczyn┬▒/┬┐on┬▒ siedz┬▒ tutaj w jamie ┬Ânie┬┐nej i r├│wnie┬┐ czekaj┬▒ na pogod├¬. Niebawem przychodz┬▒ ch┬│opaki i wszyscy rozmawiamy ciesz┬▒c si├¬ z tak nieoczekiwanego spotkania. Umawiamy si├¬, ┬┐e w razie ataku szczytowego zawiadomimy ich o naszym wyj┬Âciu, a oni zd┬▒┬┐┬▒ si├¬ spakowa├Ž i wyruszy├Ž razem z nami.




Gdy ju┬┐ wiatr i temperatura sugeruj┬▒ jaki┬ ruch, postanawiamy wybra├Ž si├¬ na rekonesans w kierunku grani zachodniej. W warunkach widoczno┬Âci kilkunastu metr├│w przed siebie podchodzimy kawa┬│ek, nie docieraj┬▒c wy┬┐ej ni┬┐ 5900 npm. Gra├▒ na tym odcinku jest ca┬│kowicie zasypana ┬Âwie┬┐ym ┬Âniegiem. Co jaki┬ czas wida├Ž zarysy ┬Âcie┬┐ki, ale og├│lnie trzeba torowa├Ž w kopnym ┬Âniegu. Na dodatek wieje wiatr i dokucza ┬Ânieg, kt├│ry na dobr┬▒ spraw├¬ nie przesta┬│ pada├Ž od wczoraj. Widz┬▒c, ┬┐e du┬┐o dzi┬ nie osi┬▒gniemy nie przejawiamy dusz wojownik├│w i schodzimy z powrotem do obozu.




Wycieczka zajmuje nam tylko oko┬│o dw├│ch godzin a w trakcie i tak solidnie marzniemy. Teraz chcemy ju┬┐ tylko wej┬Â├Ž do ┬Âpiwor├│w i odda├Ž si├¬ przyjemno┬Âci jedzenia i gotowania a┬┐ do znudzenia.
Wed┬│ug pierwotnego planu na dzie├▒ jutrzejszy planowali┬Âmy atak szczytowy, jednak przy takiej aurze doskonale wida├Ž, ┬┐e trzeba zmodyfikowa├Ž pierwotne koncepcje. Pogoda nie aspiruje do poprawy, kopny ┬Ânieg oznacza ca┬│y dzie├▒ torowania, a dla z┬│apania aklimatyzacji wskazanym by┬│oby poczeka├Ž. Mamy jeszcze czas, dlatego w niepewnych warunkach nie ma sensu ryzykowa├Ž czy traci├Ž si┬│ przy realnie ma┬│ych szansach na sukces. Swoimi spostrze┬┐eniami dziel├¬ si├¬ z Jankiem i ch┬│opakami przez kr├│tkofal├│wk├¬ (o pe┬│nych godzinach parzystych podczas pobytu w obozie utrzymywali┬Âmy sta┬│┬▒ ┬│┬▒czno┬Â├Ž). Janek przyznaje mi racj├¬, a Janusz bardzo rwie si├¬ do szybkiego wychodzenia. Przekonuj├¬ go jednak do swoich racji, proponuj┬▒c ┬┐e mo┬┐e obudzi├Ž si├¬ nad ranem i sprawdzi├Ž pogod├¬. W przypadku nag┬│ej poprawy aury mo┬┐emy wyj┬Â├Ž, je┬Âli nie b├¬dzie klarownie zostajemy. Przyznam si├¬, ┬┐e id┬▒c spa├Ž nie chcia┬│em wychodzi├Ž dnia jutrzejszego z racjonalnych powod├│w przedstawionych powy┬┐ej. Szczeg├│lnie pogoda mnie nie przekonywa┬│a, gdy┬┐ po zmierzchu poza opadami pojawi┬│ si├¬ gwa┬│towny i silny wiatr trzepocz┬▒cy tropikiem namiotu.  Nast├¬pne godziny pokaza┬│y ┬┐e obawy by┬│y s┬│uszne.


5 sierpnia

Budz┬▒c si├¬ o 7:00 rano z potrzeba nag┬│ego wyj┬Âcia z namiotu u┬Âwiadamiam sobie ┬┐e na szczyt dzi┬ faktycznie nie wyjdziemy. Ca┬│┬▒ noc wia┬│o i na efekty nie trzeba d┬│ugo czeka├Ž. Pierwszych objaw├│w kapry┬Ânej pogody mog├¬ do┬Âwiadczy├Ž namacalnie. Namiot jest w wi├¬kszo┬Âci przywalony ┬Âniegiem i trzeba szybko go od┬Ânie┬┐y├Ž. Najpierw konieczne jest uporanie si├¬ z wej┬Âciem, na kt├│rym zalega p├│l metra ┬Âniegu. Otwieram zamek przedsionka od g├│ry i powoli wyrzucam ┬Ânieg. W braku lepszych narz├¬dzi najlepsz┬▒ robot├¬ odwala garnek Janka. Po wyj┬Âciu mog├¬ dopiero dosta├Ž si├¬ do ┬│opaty i zaj┬▒├Ž odkopywaniem. Praca zajmuje mi p├│┬│ godziny, ale nie jest to najprzyjemniejsze zaj├¬cie, szczeg├│lnie wykonywane kilka minut po przebudzeniu. Widz┬▒c, ┬┐e namiot Janusza i Janka r├│wnie┬┐ przysypa┬│o odkopuj├¬ im przynajmniej wyj┬Âcie i zostawiam ┬│opat├¬ w zasi├¬gu r├¬ki, oszcz├¬dzaj┬▒c ch┬│opakom u┬┐ywania garnka.




Ca┬│y dzie├▒ dmie silny wiatr i przegania ob┬│oki po niebie. Pomijaj┬▒c ju┬┐ kwestie zasypywania namiot├│w i konieczno┬Âci ich kilkukrotnego od┬Ânie┬┐ania, to na tej wysoko┬Âci opady s┬▒ bardzo denerwuj┬▒ce. Gotowanie musi odbywa├Ž si├¬ w ┬Ârodku namiotu przy zamkni├¬tej wentylacji i wyj┬Âcia. Gdy tylko na chwil├¬ przyjdzie ch├¬├Ž na jego otwarcie, bia┬│y puch automatycznie jest wt┬│aczany do ┬Ârodka, a po zamkni├¬ciu namiot wilgotnieje i szron osadza si├¬ na ┬Âciankach. Tak ┬╝le, tak niedobrze. W takiej aurze w┬│a┬Âciwie przez ca┬│y dzie├▒ nie opuszczamy namiotu. Nawet za przys┬│owiow┬▒ potrzeb┬▒ fizjologiczn┬▒ nie chce si├¬ wychodzi├Ž w tak┬▒ wichur├¬. Na zewn┬▒trz za┬│atwiamy wi├¬c wy┬│┬▒cznie konieczne sprawy, jak od┬Ânie┬┐anie, ┬│upanie lodu na wod├¬ czy przys┬│owiowe „siku”.
Tak silny wiatr ma jednak i dobre strony, gdy┬┐ gra├▒ zachodnia zosta┬│a widocznie wymieciona ze ┬Âniegu, co oznacza mniej torowania na podej┬Âciu. Zak┬│adam wi├¬c, ┬┐e si├¬ wypada┬│o, teraz przewieje drog├¬ i gra├▒  b├¬dzie idealna do podchodzenia. Niestety kalkulacje szybko bior┬▒ w ┬│eb, gdy┬┐ wieczorem wiatr powoli zanika, a jego miejsca zajmuj┬▒ ponowne opady ┬Âniegu.




Dzi┬Â, po dw├│ch dniach przesiadywania w Camp 3 czujemy si├¬ ┬Âwietnie i mamy do┬Â├Ž bezczynno┬Âci. Z dobr┬▒ aklimatyzacj┬▒, wypocz├¬ci i w pe┬│ni si┬│ nie chcemy sp├¬dza├Ž kolejnego dnia w pozycjach horyzontalnych. Je┬Âli pogoda nie b├¬dzie wprost koszmarna, nad ranem wychodzimy.
Wiecz├│r w namiocie przeznaczmy na dok┬│adne pakowanie. Przy takiej randze przedsi├¬wzi├¬cia wszystko musi mie├Ž swoje miejsce i ┬┐adnego elementu wyposa┬┐enia nie mo┬┐na zapomnie├Ž. Jakie wzi┬▒├Ž ubranie, co gdzie schowa├Ž i jak przyczepi├Ž do plecaka, ┬┐eby zawsze by┬│o pod r├¬k┬▒? To kilka z pozoru banalnych pyta├▒, kt├│re tuzinami pojawiaj┬▒ si├¬ w namiotach i podczas rozm├│w przez kr├│tkofal├│wki. Wiemy, ┬┐e o powodzeniu ataku szczytowego mog┬▒ decydowa├Ž szczeg├│┬│y.
Ze wzgl├¬du na nisk┬▒ temperatur├¬ i ryzyko odmro┬┐e├▒ postanawiamy opu┬Âci├Ž namioty dosy├Ž p├│┬╝no. Budziki nastawiamy na 4:00 rano i z  optymizmem k┬│adziemy si├¬ spa├Ž, chocia┬┐ aura na zewn┬▒trz nie daje wi├¬kszych nadziei.


6 sierpnia
Przed ┬Âwitem poza budzikiem ze snu wyrywa mnie g┬│os Janusza, kt├│ry z podekscytowaniem informuje o pi├¬knej pogodzie. Jak wida├Ž chcia┬│o mu si├¬ wyj┬Â├Ž z namiotu, za co bardzo go podziwiam i nie mam zamiaru p├│ki co naocznie potwierdza├Ž tej informacji. Faktycznie, dzi┬ aura jest zupe┬│nie inna. Wiatr ucich┬│ i nie s┬│ycha├Ž cichutkiego odg┬│osu p┬│atk├│w ┬Âniegu na tropiku, jaki towarzyszy┬│ nam przez ostatnie dni niemal bez przerwy. Wi├¬c sta┬│o si├¬, po dw├│ch i p├│┬│ dnia b┬│ogiego nihilizmu niespodziewanie przyszed┬│ wreszcie kulminacyjny punkt wyprawy.
Odzyskuj┬▒c w pe┬│ni ┬Âwiadomo┬Â├Ž po nag┬│ym przebudzeniu zaczynam si├¬ pakowa├Ž. Je┬Âli chcemy zdoby├Ž szczyt, to faktycznie trzeba si├¬ spieszy├Ž, a ogarni├¬cie wszystkich czynno┬Âci zajmie troch├¬ czasu. Na pocz┬▒tku gotujemy wod├¬ na ┬Âniadanie i do pojemnik├│w. Ja dope┬│niam swojego camelbaga, Janek butelk├¬ 1l, kt├│r┬▒ bierze na atak razem ze ┬Âpiworem. Nast├¬pnie d┬│ugo ubieramy si├¬, pakuj┬▒c na siebie kolejne warstwy odzie┬┐y, uprz├¬┬┐e i kaski. Najwi├¬cej uwago staram si├¬ po┬Âwi├¬ci├Ž butom, gdy┬┐ o stopy najbardziej si├¬ boj├¬. Na stopy id┬▒ podw├│jne skarpety z workiem foliowym w ┬Ârodku, ogrzewacz chemiczny i botek wyci┬▒gni├¬ty  ze ┬Âpiwora. Skorupy co prawda sp├¬dzi┬│y noc w namiocie, jednak dla pewno┬Âci ogrzewam je nad palnikiem przed za┬│o┬┐eniem. Tak z┬│o┬┐ona konstrukcja ma zapewni├Ž mi komfort termiczny i ciep┬│o w butach przez ca┬│y dzie├▒.




Za┬│o┬┐ywszy uprzednio raki, w okolicach godziny 6:00 wygrzebujemy si├¬ z namiot├│w. Niebo jest bezchmurne, wiatr znikomy, a s┬│o├▒ce powoli o┬Âwietla okolic├¬. Trzyma solidny mr├│z i cho├Ž po wyj┬Âciu z namiot├│w zachowujemy jeszcze temperatur├¬, to wychodzi├Ž trzeba jak najszybciej. Mi niewiele brakuje do ogarni├¬cia ekwipunku, lecz ch┬│opaki s┬▒ w r├│┬┐nym stanie skupienia. Janusz za par├¬ chwil wyjdzie, ale Janek i Marcin jeszcze walcz┬▒ z zalodzonymi paskami rak├│w.  W ostatnich chwilach daj├¬ Marcinowi kr├│tkofal├│wk├¬, gdy┬┐ sugeruje, ┬┐e najprawdopodobniej nie b├¬dzie wchodzi┬│ na sam szczyt. Drugie urz┬▒dzenie ma Janusz. Kontakt ustalamy na pe┬│n┬▒ godzin├¬, do 14 co dwie godziny parzyste, od tego czasu w miar├¬ mo┬┐liwo┬Âci co godzin├¬.
Janusz wychodzi pierwszy, a chwil├¬ p├│┬╝niej ja zmierzam w kierunku por├¬cz├│wki. Janek i Marcin guzdraj┬▒ si├¬ jeszcze ze sprz├¬tem, ale za kilka chwil pod┬▒┬┐┬▒ za nami. Atak szczytowy rozpoczyna si├¬ w┬│a┬Ânie teraz.
Od pierwszych krok├│w nie spieszymy si├¬. Por├¬cz├│wk├¬ na prze┬│├¬cz pokonujemy bez po┬Âpiechu, powoli oswajaj┬▒c organizmy z wysi┬│kiem. Gdy wychodz├¬ na gra├▒ owiewa mnie wiatr, kt├│ry dmie od p├│┬│nocnej strony. Wreszcie mog├¬ zaspokoi├Ž ciekawo┬Â├Ž i napatrze├Ž si├¬ na g├│ry po stronie kazachskiej i pot├¬┬┐ne ramie Czapajewa, na kt├│rym z ┬│atwo┬Âci┬▒ mo┬┐na wyszczeg├│lni├Ž namioty poszczeg├│lnych oboz├│w.
W pocz┬▒tkowym odcinku gra├▒ jest szeroka i niezbyt stroma. Nabiera charakteru dopiero po kilkuset metrach, gdzie pojawiaj┬▒ si├¬ pierwsze stercz┬▒ce ska┬│y i por├¬cz├│wki, kt├│rych nie ma sensu jeszcze u┬┐ywa├Ž. Id├¬ spokojnie, zatrzymuj┬▒c si├¬ co jaki┬ czas aby ustabilizowa├Ž oddech. Kilkadziesi┬▒t metr├│w przede mn┬▒ idzie Janusz, a z ty┬│u w oddali majacz┬▒ postacie Janka i Marcina.  Na por├¬cz├│wkach powy┬┐ej wisz┬▒ jeszcze sylwetki dw├│ch alpinist├│w, kt├│rzy musieli wyj┬Â├Ž dobr┬▒ godzin├¬ przed nami.




Pierwsze trudno┬Âci pojawiaj┬▒ si├¬ na skalistej ┬Âciance, kt├│ra u┬Âwiadamia nas, ┬┐e trzeba si├¬ asekurowa├Ž. Widz├¬, jak przede mn┬▒ wspina si├¬ Janusz, jedn┬▒ r├¬k┬▒ operuj┬▒c czekanem, a drug┬▒ podci┬▒gaj┬▒c si├¬ na przyrz┬▒dzie. Niebawem i mi przychodzi zmierzy├Ž si├¬ ze strom┬▒, skalist┬▒ ┬Âciank┬▒. Nied┬│ugo zajmuje mi jej przej┬Âcie, jednak w tym momencie zaczynam ju┬┐ odczuwa├Ž inn┬▒ niedogodno┬Â├Ž – ch┬│├│d. Od wyj┬Âcia z namiotu nie mog├¬ si├¬ rozgrza├Ž i z niepokojem odczuwam jak moje stopy, kt├│re jeszcze godzin├¬ wcze┬Âniej by┬│y ciep┬│e, powoli ale systematycznie marzn┬▒. Pocz┬▒tkowo staram si├¬ bagatelizowa├Ž problem, wewn├¬trznie t┬│umacz┬▒c sobie ┬┐e wkr├│tce zaczn┬▒ dzia┬│a┬ ogrzewacze i sytuacja si├¬ ustabilizuje. Z nadziej┬▒ oczekuj├¬ r├│wnie┬┐ s┬│o├▒ca, kt├│re skutecznie skry┬│o si├¬ za szczytem i w najbli┬┐szych godzinach zapewne nie o┬Âwietli grani zachodniej. Tymczasem ratuj├¬ si├¬ ┬Ârodkami tymczasowymi intensywnie pracuj┬▒c palcami i kopi┬▒c ┬Ânieg kiedy to tylko mo┬┐liwe.
Zachowuj┬▒c koncentracj├¬ pokonuje por├¬cz├│wk├¬ za por├¬cz├│wk┬▒. Niekt├│re s┬▒ lu┬╝ne, inne bardziej naci┬▒gni├¬te, ale og├│lny ich stan przedstawia si├¬ ca┬│kiem dobrze. Wcze┬Âniej nieraz s┬│ysza┬│em o tragicznej kondycji lin na grani, ale z tej perspektywy musz├¬ zdementowa├Ž t┬▒ informacje. Por├¬cz├│wki prowadz┬▒ po ca┬│ej d┬│ugo┬Âci, u┬│atwiaj┬▒ nawigacj├¬ pomi├¬dzy ska┬│ami oraz gwarantuj┬▒ wzgl├¬dne bezpiecze├▒stwo. Spokojnie mijam wi├¬c lin├¬ za lin┬▒ kieruj┬▒c stopniowo uwag├¬ na stopy, w kt├│rych jaki┬ czas temu ju┬┐ straci┬│em czucie.
Gdy zdaj├¬ sobie spraw├¬, ┬┐e dotychczasowe rozgrzewanie i ogrzewacze nie pomagaj┬▒, zatrzymuje si├¬ i wpi├¬ty do liny zabieram si├¬ za ogrzewanie ko├▒czyn. Trac├¬ tym samym odleg┬│o┬Â├Ž, jak┬▒ utrzymywa┬│em do Janusza od wyj┬Âcia z obozu.  Zdejmuj├¬ skorupy, botki i pr├│buje przywr├│ci├Ž kr┬▒┬┐enie na r├│┬┐ne sposoby. Ogrzewam w ┬│apawicach, masuj├¬, w ko├▒cu nawet t┬│uk├¬ czekanem jak opisywa┬│a Rutkiewicz. Ku mojej rozpaczy zabiegi pomagaj┬▒ w stopniu znikomym, mianowicie czucie wraca tylko cz├¬┬Âciowo w lewej stopie. W mi├¬dzyczasie na por├¬cz├│wkach mija mnie Janek, kt├│ry ma w butach stabiln┬▒ sytuacj├¬ i  po wymianie paru s┬│├│w rusza dalej, gdy┬┐ w tej sytuacji nie mo┬┐e mi nijak pom├│c.




Kilka minut p├│┬╝niej zadowoliwszy si├¬ cz├¬┬Âciowym rozgrzaniem jednej stopy postanawiam i┬Â├Ž dalej. Obiektywne kalkulacje nie daj┬▒ mi spokoju, ale licz├¬ ┬┐e mo┬┐e uda mi si├¬ jako┬ szybkim marszem opanowa├Ž sytuacj├¬. Przez g┬│ow├¬ przechodzi mi wiele my┬Âli i najwa┬┐niejsza – czym sko├▒czy si├¬ kilkunastogodzinny marsz bez czucia w stopach? Cho├Ž odpowied┬╝ mo┬┐e by├Ž tylko jedna, to jednak pr├│buj├¬ j┬▒ od siebie odrzuci├Ž. W pospiechu pokonuj├¬ kilka lin, widz┬▒c przed sob┬▒ Janka i Janusza, kt├│rzy nie uszli jeszcze daleko.
Cienka linia niepewno┬Âci zostaje przekroczona, gdy na powr├│t trac├¬ czucie w stopie, kt├│r┬▒ ogrza┬│em. Pomimo i┬┐ ci┬▒gle id├¬ w d├│┬│ to tylko kwestia czasu ┬┐ebym zmieni┬│ kierunek. Jeszcze kilkadziesi┬▒t metr├│w i podejmuj├¬ decyzj├¬ – zawracam.
Emocje jakie towarzysz┬▒ mi w tej chwili s┬▒ trudne do opisania. ┬»al, zaw├│d i gorycz przegranej. Do tego bezsilno┬Â├Ž, wobec s┬│abo┬Âci organizmu. Stopy, niegdy┬ lekko odmro┬┐one Tatrach dzi┬ udowodni┬│y, ┬┐e potrzebuj┬▒ ponadprzeci├¬tnego ciep┬│a i lepszych but├│w. Jestem w dobrej formie, stabilnie id├¬ do g├│ry i wiem, ┬┐e mam szans├¬ wej┬Â├Ž, jednak za jak┬▒ cen├¬. „┬»adna g├│ra nie jest warta nawet paznokcia” jak mawia┬│ Z. Heinrich , a dzi┬ kieruj├¬ si├¬ w┬│a┬Ânie t┬▒ doktryn┬▒.  Akacja zaj├¬┬│a by z pewno┬Âci┬▒ kilkana┬Âcie godzin, a pozostawanie przez ten czas bez czucia w ko├▒czynach sko├▒czy┬│oby si├¬ powa┬┐nymi odmro┬┐eniami.
Dochodz├¬ do wysoko┬Âci oko┬│o 6300 npm i pocieszam si├¬, ┬┐e mia┬│em swoj┬▒ szans├¬. Jeszcze kilka dni temu z opuchni├¬t┬▒ nog┬▒ w Base Camp marzeniem by┬│o doj┬Âcie do Camp 2 czy Camp 3. Teraz stoj├¬ na grani zachodniej, powy┬┐ej 6 tys npm, wiedz┬▒c ┬┐e mimo wszystko i tak wr├│c├¬ bogatszy o zdobyte do┬Âwiadczenie, a wyprawa najprawdopodobniej si├¬ powiedzie. Nauczy┬│em si├¬ komunalnego my┬Âlenia i w gruncie rzeczy jestem szcz├¬┬Âliwy. P┬│aszczyzna indywidualna co prawda a┬┐ kipi od ┬┐alu, jednak jako kierownik wyprawy chc├¬ ju┬┐ tylko ┬┐eby ch┬│opakom si├¬ powiod┬│o i my┬Âl├¬ jak pom├│c im w ich wysi┬│ku.




Z ┬┐alem zmieniam wi├¬c przyrz┬▒d zaciskowy na zjazdowy i zaczynam zje┬┐d┬┐a├Ž po linach. Idzie mi to nawet szybciej ni┬┐ si├¬ spodziewa┬│em i systematycznie trac├¬ zdobyt┬▒ z mozo┬│em wysoko┬Â├Ž. Staram si├¬ zachowa├Ž koncentracj├¬, aby przypadkiem nie pope┬│ni├Ž jakiego┬ b┬│├¬du. Co jaki┬ czas odwracam si├¬ga siebie i ogl┬▒dam zacieniona ci┬▒gle gra├▒, na kt├│rej ju┬┐ nie potrafi├¬ rozpozna├Ž sylwetek ch┬│opak├│w.
Kilkana┬Âcie zjazd├│w ni┬┐ej spotykam poznanego wcze┬Âniej Polaka i Marcina, kt├│ry powoli zdobywa wysoko┬Â├Ž. Zmierza on jeszcze do g├│ry, cho├Ž tym tempem to nie widz├¬ dla niego szans na wej┬Âcie. Bior├¬ od niego kr├│tkofal├│wk├¬, ┬┐ycz├¬ powodzenia i zje┬┐d┬┐am dalej.  Dopiero na ostatnich por├¬cz├│wkach, z kt├│rych nie korzystam, witaj┬▒ mnie promienie s┬│o├▒ca i grzej┬▒ pierwszy raz tego dnia. Do obozu schodz├¬ oko┬│o godziny 11:00 i szybko zrzucam z siebie zb├¬dne ubrania, uprzednio kontaktuj┬▒c si├¬ z Januszem przez kr├│tkofal├│wk├¬ i przedstawiaj┬▒c obecn┬▒ sytuacj├¬.
Zabieram si├¬ za porz┬▒dkowanie obozu, kt├│ry zostawili┬Âmy w stanie niemal┬┐e rozk┬│adu. Ubrania id┬▒ do suszenia, a ja mog├¬ ┬Âci┬▒gn┬▒├Ž buty i w kilkana┬Âcie minut przywr├│ci├Ž czucie w palcach.




Oko┬│o po┬│udnia na grani widz├¬ sylwetk├¬, kt├│ra z mozo┬│em wraca ku prze┬│├¬czy. Mija d┬│u┬┐szy czas, nim wym├¬czony Marcin dociera do namiotu i zwala si├¬ na karimat├¬. Wszed┬│ jeszcze troch├¬ wy┬┐ej od czasu kiedy go spotka┬│em, po czym zawr├│ci┬│, a z nim r├│wnie┬┐ Polak biwakuj┬▒cy w jamie na prze┬│├¬czy. Rozmowa z Januszem o 12:00 potwierdza, ┬┐e ch┬│opaki s┬▒ na oko┬│o 6800 npm i wychodz┬▒ z tzw. „koryta”, kieruj┬▒c si├¬ na podszczytowe pole ┬Ânie┬┐ne. Przypominam Januszowi, ┬┐e 14:00 to godzina kt├│r┬▒ wybrali┬Âmy na maksymalny czas doj┬Âcia do szczytu i ┬┐eby zdecydowa┬│ si├¬ zrezygnowa├Ž z wej┬Âcia, je┬Âli przewiduje mo┬┐liwo┬Â├Ž nie wyrobienia si├¬ z powrotem do zmroku. Kolejny kontakt przychodzi z op├│┬╝nieniem, ale jest nader szcz├¬┬Âliwy. O 14:13 w odbiorniku s┬│ysz├¬ okrzyki szcz├¬┬Âcia zdobywc├│w Khan Tengri, kt├│rzy prze┬┐ywaj┬▒ zapewne jedne ze szcz├¬┬Âliwszych chwil w ┬┐yciu. Wraz z Marcinem r├│wnie┬┐ cieszymy si├¬ z wej┬Âcia i sukcesu wyprawy, jednocze┬Ânie nawo┬│uj┬▒c ch┬│opak├│w do wyt├¬┬┐onej koncentracji, ale te┬┐ szybko┬Âci podczas zej┬Âcia do obozu.
Niebawem do Camp 3 zaczynaj┬▒ schodzi├Ž si├¬ alpini┬Âci – grupa Rosjan, Chorwat├│w oraz Mariusz, kt├│rego w Base Camp do tej pory zatrzymywa┬│a pogoda. Wszyscy id┬▒ dzi┬ od Camp 1, oraz przekazuj┬▒ informacj├¬ o wysokim ┬Âniegu i pot├¬┬┐nej lawinie lodowej jaka zesz┬│a wczoraj w kuluar Siemionowa. Opowie┬Âci daj┬▒ mi klarowny obraz sytuacji, kt├│ra rysuje mi si├¬ przed oczyma. Jutro trzeba koniecznie schodzi├Ž, gdy┬┐ warunki ku temu s┬▒ idealne. Szlak przetar┬│o dzi┬ wielu ludzi, niedawno zesz┬│a lawina i teoretycznie na jaki┬ czas powinien by├Ž spok├│j, a intensywne s┬│o├▒ce zwi┬▒za┬│o ┬Âwie┬┐y ┬Ânieg. Takiej szansy nie mo┬┐na przegapi├Ž, cho├Ž wiem, ┬┐e zm├¬czonym mocno ch┬│opkom ta informacja nie przypadnie do gustu.
A┬┐ do wieczora pogoda jest klarowna i dominuje bezchmurne niebo. Oko┬│o godziny 17:00 jednak znad Czapajewa nadchodz┬▒ pierzaste chmury, kt├│re wygl┬▒daj┬▒ niepokoj┬▒co. Podczas kolejnych kontakt├│w informuj├¬ o tym Janusza i Janka, kt├│rzy ile si┬│ w r├¬kach i nogach schodz┬▒ grani┬▒ zachodni┬▒. Oko┬│o 19:00 z obozu mo┬┐emy ju┬┐ wyr├│┬┐ni├Ž dwie postacie. Chc┬▒c zapewni├Ž powracaj┬▒cym maksymalny komfort i wypoczynek przygotowujemy ciep┬│┬▒ wod├¬ i gotujemy liofile aby mogli posili├Ž si├¬ zaraz po zej┬Âciu.




O 19:40 jako pierwszy do obozu wraca Janusz, kt├│ry wygl┬▒da na bardzo szcz├¬┬Âliwego i nawet nie zm├¬czonego ca┬│┬▒ akcj┬▒. Dostaje gratulacj├¬ od spotkanych alpinist├│w, a na ko├▒cu ode mnie i Marcina. Kilka minut p├│┬╝niej dociera i Janek kt├│ry cho├Ž jednakowo zadowolony wygl┬▒da na bardziej zm├¬czonego. W obozie przedstawiam ch┬│opakom argumenty na nocne zej┬Âcie i troch├¬ zaskakuje mnie och pe┬│na aprobata dla pomys┬│u. Jak wida├Ž ch├¬├Ž powrotu do bazy jest silniejsza ni┬┐ zm├¬czenie.




Janusz i Janek szybko wtaczaj┬▒ si├¬ do namiot├│w, a ja wraz z Marcinem staramy si├¬ nimi zaj┬▒c aplikuj┬▒c wod├¬, po┬┐ywienie i medykamenty przeciw przezi├¬bieniu. Wygl┬▒da na to, ┬┐e atak szczytowy sko├▒czy┬│ si├¬ szcz├¬┬Âliwie, ale najbardziej niebezpieczny moment i czwarte ju┬┐ z kolei przej┬Âcie kuluary przed nami.  Wszyscy g┬│├¬boko wierzymy, ┬┐e t┬▒ ostatnia pr├│b├¬ dane nam b├¬dzie przej┬Â├Ž szcz├¬┬Âliwie.


7 sierpnia
O 2:30 kiedy dzwoni budzik ci├¬┬┐ko mi doj┬Â├Ž do siebie. Jeszcze gorzej idzie to Jankowi, kt├│remu zm├¬czenie dania wczorajszego nie pozwala dobudzi├Ž si├¬ jeszcze kilka minut. Lenistwo i zm├¬czenie jest jednak wrogiem z kt├│rym trzeba walczy├Ž, szczeg├│lnie gdy chodzi o nasze bezpiecze├▒stwo. Wybudzam wi├¬c Janka i sam powoli sam zbieram si├¬ do kupy. Pakujemy wszystko szybko i niedbale uprzednio zjad┬│szy jaki┬ substytut ┬Âniadania.
Chocia┬┐ ruszamy si├¬ oci├¬┬┐ale, to jednak czynno┬Âci przychodz┬▒ jako┬ ┬│atwo i sprawnie. Najpierw wyrzucamy na zewn┬▒trz wypchane plecaki, nast├¬pnie sami wychodzimy z namiot├│w, by po wili zaj┬▒├Ž si├¬ ich pakowaniem. Woko┬│o wstaje kolejny pi├¬kny dzie├▒, a wielu alpinist├│w szykuje si├¬ do podj├¬cia ataku szczytowego. Nie zwracamy na nich uwagi, gdy┬┐ mamy powa┬┐niejsze sprawy na g┬│owie, a nawet nad g┬│ow┬▒.
Pakujemy si├¬ kilka minut przed 4:00 i zwi┬▒zani z Jankiem b┬│yskawicznie zaczynamy zej┬Âcie. Janek wraz z Januszem maj┬▒ do nas kilka minut op├│┬╝nienia. ┬Žlady, kt├│re jeszcze wczoraj ci┬▒gn├¬┬│y si├¬ d┬│ugim w├¬┬┐em, dzi┬ s┬▒ zawiane i s┬│abo widoczne. Prowadzi Janek, a ja z drugiego ko├▒ca liny staram si├¬ korygowa├Ž jego marsz. Kilkadziesi┬▒t minut zajmuje nam przebicie si├¬ do bariery serak├│w, a tam dogania nas pozosta┬│a dw├│jka. Jak mo┬┐emy zauwa┬┐y├Ž, lud ca┬│y czas „┬┐yje” i kiedy siedzieli┬Âmy na g├│rze szczeliny znacznie si├¬ poszerzy┬│y, a droga uleg┬│a zmianie. Droga nie sprawia trudno┬Âci a┬┐ do granicy serak├│w i prze┬│amania dw├│ch p┬│yt lodowych, kt├│re spoziera na nas z do┬│u szklist┬▒ pustk┬▒. Teraz koniecznie trzeba wpi┬▒├Ž si├¬ w por├¬cz├│wk├¬, zjecha├Ž w bardzo niewygodnej pozycji, i wisz┬▒c trawersowa├Ž na z├¬bach rak├│w przewieszony serak. Pierwszy idzie Janek, przej┬Âcie zajmuje mu par├¬ minut. Gdy jest ju┬┐ na drugiej stronie ja wpinam si├¬ w por├¬cz├│wk├¬ i pr├│buj├¬ zje┬┐d┬┐a├Ž. Wtem koncentracj├¬ przerywa stoj┬▒cy obok Janusz, kt├│ry krzyczy „lawina!”. Faktycznie, wprost nad nami co┬ si├¬ oberwa┬│o i wraz z chmur┬▒ py┬│u sunie w d├│┬│. Lawina leci na nas, a z do┬│u nie spos├│b przewidzie├Ž gdzie si├¬ zatrzyma. W tym momencie ┬┐o┬│┬▒dek podchodzi mi do gard┬│a. Nie mam innego wyj┬Âcia ni┬┐  sta├Ž w miejscu – jestem zwi┬▒zany z Jankiem lin┬▒ i wpi├¬ty do por├¬cz├│wki, a pomi├¬dzy nami spoziera szczelina. Sytuacja patowa. Janusz r├│wnie┬┐, cho├Ž mo┬┐e ucieka├Ž zachowuje zimn┬▒ krew, a Marcin stoj┬▒cy najdalej chroni si├¬ pomi├¬dzy serakami. Na szcz├¬┬Âcie id┬▒ca wprost na Janka lawina okazuje si├¬ niegro┬╝na, cho├Ž nap├¬dza nam powa┬┐nego stracha. Cho├Ž nie daj├¬ po sobie pozna├Ž z napi├¬tymi do granic nerwami i trz├¬s┬▒cymi si├¬ nogami zje┬┐d┬┐am na drug┬▒ stron├¬ por├¬cz├│wki. Janusz i Marcin m├│wi┬▒, ┬┐e ju┬┐ dadz┬▒ sobie rad├¬, wi├¬c sugeruj├¬ Jankowi, ┬┐eby szybko zmyka┬│ w d├│┬│.
Tymczasem ja ju┬┐ ci┬▒gle my┬Âl├¬ o zagro┬┐eniu nad moj┬▒ g┬│ow┬▒ i wcale nie jest mi z tym dobrze. Do tej pory po prostu przechodzi┬│o si├¬ ten odcinek bezproblemowo, bo obiektywne ryzyko chowa┬│o si├¬ gdzie┬ na bok. Teraz, gdy rozwa┬┐am mo┬┐liwo┬Âci i tory lawin psychika jest bardzo obci┬▒┬┐ona. Dodatkowo w pewnym momencie przechodzimy przez wczorajsze lawinisko. Bry┬│y szklistego lodu wielko┬Âci od telewizora do jab┬│ka le┬┐┬▒ porozrzucane bez┬│adnie na obszarze kilkuset metr├│w kwadratowych. Wystarczy niewiele wyobra┬╝ni by zda├Ž sobie spraw├¬ co robi taki kawa┬│ek lodu lec┬▒cy blisko tysi┬▒c metr├│w, po zetkni├¬ciu z cz┬│owiekiem.
Nie zatrzymujemy si├¬ ani na chwil├¬, dop├│ki nie docieramy w bezpieczne miejsce. Id┬▒cym z do┬│u ┬┐yczymy powodzenia, chocia┬┐ za ┬┐adne skarby nie chcieliby┬Âmy by├Ž w ich sk├│rze. Odpocz┬▒├Ž mo┬┐emy dopiero na wyp┬│aszczeniu lodowca , w bezpiecznym terenie. Tam delektujemy si├¬ batonami i mo┬┐emy wreszcie odetchn┬▒├Ž. Uda┬│o si├¬ wyj┬Â├Ž ca┬│o z „paszczy lwa”.




W drodze do Camp 1 rozwa┬┐amy mo┬┐liwo┬Âci powrotu do Mayda Adir. Ja pr├│buj├¬ nam├│wi├Ž Janka na trekking, bior┬▒c pod uwag├¬ ┬┐e ┬Âmig┬│owiec b├¬dzie dopiero 10 sierpnia. Jednocze┬Ânie ┬┐artujemy, ┬┐e z pewno┬Âci┬▒ b├¬dzie dzi┬Â, czekaj┬▒c na nas w Base Camp. W tej sytuacji nikt w to nie wierzy.
Do Camp 1 docieramy przed 7:00. Nie zatrzymujemy si├¬ na d┬│ugo w tym niesamowicie przybijaj┬▒cym miejscu, ale zbieramy namiot i pozostawiony sprz├¬t, po czym ruszamy w dalsz┬▒ drog├¬. Do┬│┬▒cza do nas m┬│oda Rosjanka, kt├│ra sama obawia si├¬ i┬Â├Ž przez lodowiec do Base Camp.
P┬│aski odcinek lodowcem d┬│u┬┐y si├¬ i wlecze. Ma na to wp┬│yw zapewne nasza wielka ch├¬├Ž odpoczynku, a szczeg├│lnie ch┬│opak├│w, kt├│rzy wczoraj byli na szczycie.
O 9:00 dochodzimy do bazy, kt├│ra teraz jest nadspodziewanie t┬│oczna. Kieruj├¬ si├¬ do namiotu obs┬│ugi i z miejsca pytam o ┬Âmig┬│owiec. W odpowiedzi dostaj├¬ piorunuj┬▒c┬▒ informacj├¬ – b├¬dzie za dwadzie┬Âcia minut. Jeszcze raz prosz├¬ o powt├│rzenie, bo nie chce mi si├¬ wierzy├Ž, ale riposta jest taka sama. Z rado┬Âci┬▒ obwieszczam t├¬ wiadomo┬Â├Ž id┬▒cym w oddali ch┬│opkom, kt├│rzy nie kryj┬▒ rado┬Âci.




W bazie dostajemy gratulacje za zdobycie szczytu oraz spotykamy wielu Polak├│w. W konwersacje z nami od razu wchodzi J. Teler, kt├│ry przyszed┬│ tu z bazy p├│┬│nocnej. Robi nas bardzo dobre wra┬┐enie entuzjastycznym podej┬Âciem, gadatliwo┬Âci┬▒ i ┬┐yczliwo┬Âci┬▒. Rozmawiamy z nim o wszystkim i o niczym pracuj┬▒c jak w ukropie nad ostatnimi czynno┬Âciami. Wygrzebujemy po 180 euro / 270 dolar├│w na ┬Âmig┬│owiec, odbieramy depozyt i zgarniamy wszystko do kupy. Gdy jeste┬Âmy gotowi ┬┐egnamy si├¬ i odchodzimy na prowizoryczne l┬▒dowisko.
┬Žmig┬│owiec faktycznie pojawia si├¬ za kilka minut i samym l┬▒dowaniem robi na nas du┬┐e wra┬┐enie, rozrzucaj┬▒c kamienie i targaj┬▒c ubraniami. Wsiadamy do niego szybko i jeste┬Âmy szcz├¬┬Âliwszymi lud┬╝mi, ┬Âmiej┬▒c si├¬ od ucha do ucha. Widoki zapieraj┬▒ dech  piersiach i rysuj┬▒ w pami├¬ci niezapomniane wspomnienia. Khan Tengri, Pik Pabiedy widziane na wyci┬▒gni├¬cie r├¬ki. ┬Žmig┬│owiec przelatuje nad prze┬│├¬cz┬▒, a nast├¬pnie schodzi do lodowca p├│┬│nocnego. Niebawem trafiamy do bazy na Enlichku p├│┬│nocnym i mo┬┐emy popatrze├Ž na G├│r├¬ z ca┬│kiem innej perspektywy. St┬▒d wygl┬▒da du┬┐o gro┬╝niej i pot├¬┬┐niej, a s┬│ynna p├│┬│nocna ┬Âciana wydaje si├¬ nie do pokonania.




Z lodowca p├│┬│nocnego ┬Âmig┬│owiec leci prosto do bazy Mayda Adir. Wam wyrzucamy baga┬┐e i poddajemy si├¬ przymusowej kontroli przez wojskowych. Nie ma nas w rejestrze (bo przecie┬┐ zaczynaj┬▒c trekking nie poszli┬Âmy si├¬ zarejestrowa├Ž), ale „zgrywaj┬▒c g┬│upa” udaje si├¬ wymiga├Ž ze wszelkich nieprzyjemno┬Âci.
Na miejscu odbieramy depozyt, p┬│ac┬▒c par├¬ euro i zastanawiamy si├¬ nad transportem. Nie mo┬┐emy dodzwoni├Ž si├¬ do naszego kierowcy Andrieja i trzeba za┬│atwi├Ž go w inny spos├│b. Samoch├│d terenowo-turystyczny jaki stoi nieopodal zabiera pasa┬┐er├│w z wykupionymi pakietami. Cho├Ž kierowca pr├│buje nas wcisn┬▒├Ž, nie mamy zamiaru sp├¬dzi├Ž pi├¬ciu godzin na stoj┬▒co.  Zostajemy w opustosza┬│ej bazie, a naczelnik za┬│atwia nam na wiecz├│r transport na 30 euro od osoby.




Jest po┬│udnie, a czasu wolnego mamy a┬┐ nadmiar. Wykorzystujemy go przede wszystkim na suszenie ubra├▒, kompletowanie rozdzielonego sprz├¬tu i naprawy. Rozk┬│adaj┬▒c ca┬│y ekwipunek w cztery osoby zajmujemy kilkadziesi┬▒t metr├│w kwadratowych tworz┬▒c form├¬, kt├│ra bardziej ni┬┐ obozowisko, przypomina wielki ┬Âmietnik.
Do wieczora zajmujemy si├¬ wszystkimi mo┬┐liwymi czynno┬Âciami, walcz┬▒c z wszechogarniaj┬▒c┬▒ nud┬▒. Jemy liofile, pijemy litry herbaty i po raz wt├│ry przepakowujemy si├¬ w oczekiwaniu na transport.
Wyruszy├Ž mo┬┐emy dopiero po zmroku, ale za to mamy ca┬│y samoch├│d dla siebie. Cho├Ž  komfort nie jest najwy┬┐szy mo┬┐na swobodnie wyci┬▒gn┬▒├Ž si├¬ na siedzeniu i wzgl├¬dnie wygodnie przeczeka├Ž czas jazdy.

CDN

Offline Hubert



  • Pom├│g┬│: 5

Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowied╝ #6 dnia: Pa╝dziernik 19, 2014, 00:59:52 »
┬Žwietna relacja. Gratuluje osi┬▒gni├¬cia celu. Wielki szacunek dla Was!

Offline wojtekh



  • Pom├│g┬│: 9

Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowied╝ #7 dnia: Pa╝dziernik 19, 2014, 02:03:29 »
Smiglo niemalze jak taksowka :D Wiesz moze jakie temp byly w poszczegolnych obozach?

Offline to17071990



  • Pom├│g┬│: 71

    • Student w podr├│┬┐y
Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowied╝ #8 dnia: Pa╝dziernik 19, 2014, 09:30:33 »
Tylko organoleptycznie moge to oceni├Ž. W BC dochodzi┬│o do ok -2 w nocy, w C1 -5  , C2  -10, C3 - 15 (albo mniej, to ostro┬┐ne szacunki i z pewno┬Âci┬▒ cieplej nie by┬│o).  W dzie├▒ przewa┬┐nie powy┬┐ej zera (poza C2 i C3) w cieniu. Gdy wysz┬│o s┬│o├▒ce wsz├¬dzie by┬│o gor┬▒co, cho├Ž w por├│wnaniu do Piku Lenina to i tak du┬┐o ch┬│odniej. Por├│wna┬│bym okolic├¬ Khan Tengri do Pik Lenina + 1 ob├│z w g├│r├¬.
Specyficzn┬▒ okolica, szczeg├│lnie s┬│o├▒ce robi du┬┐┬▒ robot├¬. Dok┬│adnie pami├¬tam, gdy obserwowa┬│em pewien kamie├▒ w BC. O┬Âwietlona strona by┬│a gor┬▒ca, a po zacienionej le┬┐a┬│a przez ca┬│y dzie├▒ cieniutka warstwa ┬Âniegu spad┬│ego jeszcze w nocy.

Offline aro5406



  • Pom├│g┬│: 34
  • Dobre rzeczy wymagaj┬▒ czasu.

Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowied╝ #9 dnia: Pa╝dziernik 19, 2014, 21:24:39 »
Co tu du┬┐o m├│wi├Ž- wielkie gratulacje i ...zajebi┬Âcie Wam zazdroszcze :)

Offline aina



  • Pom├│g┬│: 17
  • Sk┬▒dkolwiek wieje wiatr, zawsze ma zapach Tatr ...

Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowied╝ #10 dnia: Pa╝dziernik 20, 2014, 00:16:31 »
Eh, przeczyta┬│am jednym tchem. Brak s┬│├│w, tak bardzo zazdroszcz├¬  Wam widoku tego rozgwie┬┐d┬┐onego nieba w C3. Zdj├¬cia pi├¬kne. Wielkie Gratulacj├¬ !  Podziwiam :)
Nigdy nie przestawaj marzy├Ž, tylko marzyciele potrafi┬▒ lata├Ž :)
Piotru┬ Pan

Offline Yatzek



  • Pom├│g┬│: 138

    • M├│j outdoorowy blog
Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowied╝ #11 dnia: Pa╝dziernik 20, 2014, 10:27:32 »
Eh... To si├¬ nazywa odor pe┬│n┬▒ g├¬b┬▒... Nie sil├¬ si├¬ na filozofi├¬ - gratuluj├¬ i jednocze┬Ânie zazdroszcz├¬!
Tak trzyma├Ž!
Wêdrówk± ¿ycie jest cz³owieka...

Offline piterito



  • Pom├│g┬│: 55

Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowied╝ #12 dnia: Pa╝dziernik 26, 2014, 04:13:19 »
Do┬│┬▒czam si├¬ do gratulacji zazdroszcz┬▒c wam jednocze┬Ânie jak cholera!   Niez┬│y hike ch┬│opaki  ;D

Na marginesie, bo nie mog├¬ si├¬ powstrzyma├Ž, ┬┐eby nie zada├Ž tego pytania. Ciekawi mnie, jak tamtych warunkach (g┬│├│wnie wiatr) spisywa┬│ si├¬ wam namiocik od Marmota?

Ale Ameryka..., Utah 2013


pijê tylko czyst±, palê tylko Klubowe... zdejm kapelusz

Offline to17071990



  • Pom├│g┬│: 71

    • Student w podr├│┬┐y
Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowied╝ #13 dnia: Pa╝dziernik 26, 2014, 21:02:45 »
Bardzo dobrze. POlecam serdecznie ten model. Przede wszystkim materia┬│ dobrze odprowadza wilgo├Ž i nie przecieka. Spa┬│em w Marmocie i mia┬│em suchy ┬Âpiw├│r w por├│wnaniu do koleg├│w obok, kt├│rzy "topili si├¬" w Viperze od HiM. Jednak namiocik by┬│ po┬┐yczony i z pewno┬Âci┬▒ Aina wypowie si├¬ w temacie lepiej... Gdybym mia┬│ okazj├¬ za dobr┬▒ kas├¬, kupowa┬│bym w ciemno.

Offline Edwinz0r



  • Pom├│g┬│: 155

Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowied╝ #14 dnia: Pa╝dziernik 27, 2014, 13:23:35 »
Gratulacje! Faken, gryz├¬ teraz poduszk├¬ z zazdro┬Âci :P


Offline to17071990



  • Pom├│g┬│: 71

    • Student w podr├│┬┐y
Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowied╝ #15 dnia: Pa╝dziernik 28, 2014, 20:16:04 »
We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014 - cz├¬┬Â├Ž III (powr├│t i podsumowanie)


8 sierpnia
Oko┬│o 1:00 turystyczna ci├¬┬┐ar├│wka przybija do wr├│t Turkestan Yurtcampu. Szcz├¬┬Âliwi z zako├▒czonej podr├│┬┐y i powrotu w znajome miejsce, cho├Ž z zaspanymi oczyma, z zapa┬│em wytaczamy si├¬ na ulic├¬. W Turkestanie wszystkie miejsca pozajmowane, ale znajomy ju┬┐ w┬│a┬Âciciel wskazuje nam przestrze├▒, gdzie mo┬┐emy roz┬│o┬┐y├Ž swoje namioty. Cho├Ž liczyli┬Âmy, ┬┐e po blisko dw├│ch tygodniach w g├│rach uda si├¬ przespa├Ž pod dachem czy na ┬│├│┬┐ku, to jednak konformistycznie przyjmujemy propozycj├¬. Trzeba nie wybrzydza├Ž i cieszy├Ž si├¬ tym co jest. Internetem, miejscami do siedzenia, a przede wszystkim ciep┬│┬▒ wod┬▒ pod prysznicem, z kt├│r┬▒ rozkosznie poznajemy si├¬ na nowo. Po sp├│┬╝nionej kolacji, oko┬│o 3:00 udajemy si├¬ za┬┐y├Ž troch├¬ snu, po czym oko┬│o pi├¬ciu godzin p├│┬╝niej jeste┬Âmy ju┬┐ na nogach. Jedni troch├¬ wcze┬Âniej, inni niewiele p├│┬╝niej. Osobi┬Âcie nie lubi├¬ d┬│ugo spa├Ž i szybko wyci┬▒gam Janusza na porann┬▒ wycieczk├¬ po Karakolu w celu zakupu produkt├│w ┬Âniadaniowych.




Po powrocie ju┬┐ we czw├│rk├¬ jemy miejscowe przysmaki i opijamy ┬Âwie┬┐y sukces setk┬▒ w├│dki w plastikowym opakowaniu, tzw „jogurt”. Planujemy r├│wnie┬┐ co zrobi├Ž z nadwy┬┐k┬▒  wolnego czasu i po wymianie pogl┬▒d├│w decyduj┬▒c si├¬ na zaliczenie gor┬▒cych ┬╝r├│de┬│ Arashan.




W przerwie od jedzenia chodzimy po mie┬Âcie, kupujemy jedzenie i napoje. Roztargnienie i nadmiar atrakcji woko┬│o pozwala nam na opuszczenie Karakolu dopiero oko┬│o 16:00. Wsiadamy do jednej z marsz rutek, kt├│r┬▒ wskazali nam w Turkestan Yurtcampie i jedziemy kilkana┬Âcie kilometr├│w na wsch├│d. Zatrzymujemy si├¬ przed rozga┬│├¬zieniem rzek w celu przej┬Âcia dalszego fragmentu doliny pieszo. Wed┬│ug relacji mamy oko┬│o 4 godzin marszu i dzi┬ zapewne ju┬┐ na miejsce nie dotrzemy. Nie przeszkadza to nam jednak zupe┬│nie. Marsz wieczorn┬▒ por┬▒ wzd┬│u┬┐ grzmi┬▒cej wst├¬gi g├│rskiej rzeki to co┬ naprawd├¬ przyjemnego. Po kilkunastu dniach w┬Âr├│d lodu i ska┬│ odczuwam, ┬┐e to prawdziwe panaceum na z┬│e samopoczucie i w┬│a┬Ânie tego mi brakowa┬│o. Intensywna ziele├▒ drzew, p┬│on┬▒cy zach├│d s┬│o├▒ca i ┬┐elki powiew wiatru dzia┬│aj┬▒ zadziwiaj┬▒co.  Tutaj ko├▒czy si├¬ akcja g├│rska, a zaczyna prawdziwy relaks. Nic dziwnego, ┬┐e przyjemny marsz wci┬▒ga do p├│┬╝nego wieczora. Namiot rozbijamy niedaleko drogi, dopiero po zapadni├¬ciu zmroku. Rozpalamy ognisko i zaczyna si├¬ prawdziwa celebracja powodzenia wyjazdu wszystkim co mamy pod r├¬k┬▒ i co zdo┬│ali┬Âmy przynie┬Â├Ž z doliny. Pojawia si├¬ moc toast├│w, kt├│re przekazujemy sobie przez ┬│adnych kilka godzin. D┬│ugie rozmowy, plany na przysz┬│o┬Â├Ž, ┬┐ale i rado┬Âci, wszystko kumuluje si├¬ wok├│┬│ p┬│omienia i tu zostaje. To z pewno┬Âci┬▒ najbardziej emocjonalny fragment wyjazdu i chyba ka┬┐demu z nas zapad┬│ g┬│├¬boko w pami├¬├Ž. Gdy  wypalamy ca┬│e dost├¬pne drewno i ko├▒czy si├¬ wszystko co mo┬┐na by┬│o poch┬│on┬▒├Ž rozchodzimy si├¬ do namiot├│w. Spa├Ž idziemy z pewno┬Âci┬▒ szcz├¬┬Âliwsi i bogatsi o kolejne wspomnienia.






9 sierpnia
Z namiot├│w wygrzebujemy si├¬ oko┬│o 8:00 i po skromnym ┬Âniadaniu rozpoczynamy leniwy dzie├▒. Podczas gdy zwijamy obowoziosko droga przy kt├│rej biwakujemy staje si├¬ naprawd├¬ ruchliwa. Zaledwie przez godzin├¬ mija nas kilkunastu turyst├│w pieszych i kilka samochod├│w. Wszyscy zmierzaj┬▒ w tym samym kierunku, albo wracaj┬▒ z k┬▒pieli.




W s┬│onecznej pogodzie rozpoczynamy marsz i po oko┬│o godzinie przyjemnego wysi┬│ku docieramy do rozleg┬│ej doliny. W oddali wida├Ž nieliczne, porozrzucane wzd┬│u┬┐ rzeki domki – zapewne zabudowania turystyczne. Rozmawiamy z napotkanymi po drodze turystami, kt├│rzy odradzaj┬▒ nam pomys┬│ trekingu do najbli┬┐szego jeziora i zrobienia p├¬tli do Karakol, kt├│ry to pomys┬│ rozwa┬┐ali┬Âmy po drodze. Idziemy wprawdzie w sanda┬│ach, a szlak ma sta├Ž si├¬ bardziej kamienisty, niewygodny i stromy. Decydujemy si├¬ wi├¬c zosta├Ž w Arashan i skorzysta├Ž ze s┬│ynnych ciep┬│ych ┬╝r├│de┬│.




Jako i┬┐ wszystkie s┬▒ aktualnie zaj├¬te musimy poczeka├Ž na swoj┬▒ kolej. Godzinne przesiadywanie nie jest dzi┬ dla nas problemem, gdy┬┐ po prostu nigdzie si├¬ nam nie spieszy.  Gdy wreszcie przychodzi nasza kolej p┬│acimy po 200 som na g┬│ow├¬ i wchodzimy do tzw. basenu. Pomieszczenie na pierwszy rzut oka przypomina wiat├¬ z horroru, otaczaj┬▒c┬▒ betonowy d├│┬│ wylany betonem, jednak zdecydowanie zyskuje przy bli┬┐szym poznaniu. Pomimo sparta├▒skiego charakteru woda jest bardzo ciep┬│a, a sama k┬▒piel poza odpr├¬┬┐eniem ma tzw. „swojski” klimat. Mimo pocz┬▒tkowych solennych deklaracji w ┬Ârodku nie wytrzymujemy d┬│u┬┐ej ni┬┐ p├│┬│ godziny, ale tyle wystarczy by po wyj┬Âciu czu├Ž si├¬ ┬Âwietnie.




Z dobrymi nastrojami pokonujemy drog├¬ w d├│┬│ kt├│ra tym razem zajmuje nieca┬│e trzy godziny.  Na g┬│├│wnej drodze ┬│apiemy marszrutk├¬ i na kolacj├¬ znowu jeste┬Âmy w Karakolu.
Wieczorem rozwa┬┐amy opcje dalszego wykorzystywania wolnego czasu. Mo┬┐emy gna├Ž jak szaleni i jeszcze pochodzi├Ž po okolicach Ala Archy, albo wybra├Ž bardziej leniwe rozwi┬▒zanie. Nie ma co si├¬ dziwi├Ž, ┬┐e ostatnia mo┬┐liwo┬Â├Ž zyskuje sobie uznanie wi├¬kszo┬Âci i w┬│a┬Ânie ni┬▒ pr├│bujemy wcieli├Ž w ┬┐ycie.


10 sierpnia
Niedziel├¬ zaczynamy od kolejnego sutego ┬Âniadania lokalnych specja┬│├│w. Nic dziwnego, ┬┐e po takiej dawce jedzenia jak┬▒ przyjmujemy wkr├│tce zaczynaj┬▒ si├¬ problemy ┬┐o┬│┬▒dkowe. Pierwsze dopadaj┬▒ mnie i Janusza i trwaj┬▒ ca┬│y dzie├▒.




Do po┬│udnia wleczemy si├¬ wi├¬c po bazarze jak duchy, niewiele wy┬│apuj┬▒c z otoczenia. Kupujemy kilka upomink├│w oraz prezent├│w dla znajomych.  Chwila przyt├¬pionej uwagi wystarcza, by jaki┬ przedsi├¬biorczy kieszonkowiec wyci┬▒gn┬▒┬│ mi z paszportu 110 dolar├│w. Pieni┬▒dze schowane by┬│y pomi├¬dzy strony dokumentu w torebce strunowej, kt├│ra znajdowa┬│a si├¬ w zasuwanej kieszeni na udzie. Jak on to zrobi┬│ – nie wiem i podziwiam kunszt, ale na szcz├¬┬Âcie paszport zostawi┬│ - tyle dobrego. Kradzie┬┐ pod koniec wyjazdu nie poprawia mi samopoczucia.  Gdy ch┬│opaki wcinaj┬▒ lokalne jedzenie mi pozostaje odwraca├Ž wzrok, gdy┬┐ na sam widok robi mi si├¬ nie dobrze.




Przed wieczorem przepakowujemy si├¬ i ostatecznie ┬┐egnamy z Turkestan Yurtcampem. Jedziemy marszrutk┬▒ wzd┬│u┬┐ po┬│udniowego brzegu Jeziora Issyk Kul w znajome ju┬┐ miejsce. Busik zatrzymuje si├¬ przy drodze za miejscowo┬Âci┬▒ Darkham, a kolejne dwa kilometry w stron├¬ jeziora pokonujemy pieszo. W katolickim Domu Rekolekcyjnym nie ma co prawda polskiej obs┬│ugi, ale jak zwykle zostajemy ciep┬│o i serdecznie przyj├¬ci. Na miejscu spotykamy dw├│jk├¬ Polak├│w z dzieckiem, kt├│rzy przybyli do serca Azji w poszukiwaniu jak├│w oraz dw├│jk├¬ wolontariuszy.




Wiecz├│r przeznaczamy na akomodacj├¬ oraz rozmowy. Nie odmawiamy sobie r├│wnie┬┐ kontaktu z lazurow┬▒ wod┬▒ jeziora na kt├│rej ka┬┐dy d┬│ugo wyczekiwa┬│. K┬▒piel cho├Ž kr├│tka przynosi du┬┐o rado┬Âci i poczucia prawdziwych wakacji, kt├│rych nie zaznali┬Âmy w┬Âr├│d ska┬│ i lodu. Teraz przyszed┬│ czas na ich skr├│con┬▒ wersj├¬.
Kwaterunek dostajemy w niezamieszka┬│ych namiotach UNICEF’u. Z zesz┬│orocznego wyjazdu mi┬│o je wspominamy i szybko w jednym urz┬▒dzamy sobie cztery legowiska. Po zapadni├¬ciu zmroku d┬│ugo siedzimy nad jeziorem. Wracaj┬▒ wspomnienia, plany i inne idee  jakie mo┬┐e wymy┬Âle├Ž sobie czterech facet├│w wpatruj┬▒cych si├¬ w gwiazdy i s┬│uchaj┬▒cych szumu fal.


11 sierpnia
Dzisiejszy ca┬│y dzie├▒ ka┬┐dy przeznacza dla siebie. Pogoda dopisuje grzej┬▒cym s┬│o├▒cem i pojedynczymi ob┬│okami na niebie, a nam nigdzie si├¬ nie spieszy. Ka┬┐dy ┬┐yje po swojemu, wed┬│ug uznania zaczyna dzie├▒ i wype┬│nia go mniej lub bardziej konstruktywn┬▒ tre┬Âci┬▒.




Chyba mamy ju┬┐ troch├¬ do┬Â├Ž siebie nawzajem, bo gdy z niczym nie trzeba si├¬ spieszy├Ž, wszyscy znajduj┬▒ dla siebie jakie┬ zaj├¬cie, sw├│j k┬▒t w kt├│rym funkcjonuj┬▒ z w┬│asnymi prozaicznymi zaj├¬ciami. Nale┬┐┬▒ do nich wylegiwanie, jedzenie i k┬▒piel w jeziorze na zmian├¬, o r├│┬┐nych porach. Dzie├▒ up┬│ywa leniwie, nie zak┬│├│cany ┬┐adnymi nieprzewidzianymi ekscesami. W godzinach po┬│udniowych udaje mi si├¬ zamieni├Ž par├¬ s┬│├│w z ch┬│opakami, kt├│rzy w tym roku wchodzili na Pik Lenina. Niestety ┬Âpiesz┬▒ si├¬ na samolot i na d┬│u┬┐sz┬▒ konwersacj├¬ nie mo┬┐emy sobie pozwoli├Ž.




Wieczorem w Domu Rekolekcyjnym robi si├¬ gwarno kiedy przyje┬┐d┬┐a du┬┐a grupa dzieci z Biszkeku. Opiekunowie s┬▒ r├│┬┐nego pochodzenia, ale daje si├¬ us┬│ysze├Ž i polskie s┬│owa. Niestety, gadatliwo┬Âci┬▒ si├¬ nie wyr├│┬┐niaj┬▒. Poza wspania┬│ym spektaklem zachodu s┬│o├▒ca, kt├│ry ogl┬▒da co najmniej kilkadziesi┬▒t zaciekawionych postaci godziny mijaj┬▒ wolno i sm├¬tnie. W braku konkretnych zaj├¬├Ž czy towarzyszy do rozmowy siedzenie tu nie sprawia takiej przyjemno┬Âci jak w gwarnej, zesz┬│orocznej atmosferze. K┬│adziemy si├¬ spa├Ž stosunkowo wcze┬Ânie, uprzednio prosz┬▒c miejscowych o podw├│zk├¬ do najbli┬┐szego miasta.


12 sierpnia
Nad Issyk Kulem wstaje kolejny pi├¬kny dzie├▒, ostatni jaki w ca┬│o┬Âci przyjdzie nam sp├¬dzi├Ž w kraju zwanym Kirgistanem. Chc┬▒c zrobi├Ž jeszcze zakupy w Biszkeku wstajemy do┬Â├Ž wcze┬Ânie i pakujemy si├¬. Zanim jednak wykonamy wszystkie czynno┬Âci mija troch├¬ czasu i ostatecznie wyje┬┐d┬┐amy dopiero po 8:00. Do miasta kilkana┬Âcie kilometr├│w dalej podwozi nas znajomy Kirgiz, kt├│ry ┬┐egna nas szczerym u┬Âmiechem, zaprasza na narty zim┬▒ i absolutnie nie chce proponowanych pieni├¬dzy. ┬úadujemy plecaki bezpo┬Ârednio z samochodu do busa i niebawem wyje┬┐d┬┐amy. M├│j ┬┐o┬│┬▒dek ci┬▒gle nie czuje si├¬ najlepiej i pomimo kuracji sterylnym jedzeniem znad Issyk Kul ci┬▒gle sprawia problemy. Nie jestem w tym osamotniony, ale ch┬│opaki chyba czuj┬▒ si├¬ lepiej.
Pi├¬├Ž godzin drogi do Biszkeku z przerw┬▒ na jedzenie w restauracji ci┬▒gnie si├¬ niemi┬│osiernie. Ju┬┐ chcieliby┬Âmy by├Ž na miejscu i za┬│atwi├Ž ostatnie sprawy. Do stolicy docieramy jednak grubo po po┬│udniu i od razu dzielimy si├¬ na dwie grupy. Najpierw w poszukiwaniu pami┬▒tek wychodz├¬ wraz z Jankiem, nast├¬pnie ust├¬pujemy miejsca Marcinowi i Januszowi, kt├│rzy r├│wnie┬┐ chcieliby wyda├Ž par├¬ som├│w w mie┬Âcie. Od po┬│udnia powa┬┐ne problemy ┬┐o┬│┬▒dkowe atakuj┬▒ Marcina, kt├│ry wygl┬▒da jak „z krzy┬┐a zdj├¬ty”, moje samopoczucie tymczasem sukcesywnie poprawia si├¬.
Ostatni somy wydajemy ju┬┐ na co popadnie i puszczamy wodze zgni┬│ego konsumpcjonizmu. Na lotnisko jedziemy ob┬│adowani kup┬▒ jedzenia i picia, kt├│re wystarczy├Ž ma na kolejn┬▒ dob├¬.
W budynku jest bardzo gor┬▒co i decydujemy si├¬ pocz┬▒tkowo czeka├Ž poza budynkiem. Pocz┬▒tkowo spa├Ž id┬▒ Marcin z Jankiem, a po 22:00 przenosimy si├¬ do poczekalni lotniska.






13 sierpnia
Po p├│┬│nocy nadchodzi nasz kolej snu i nast├¬pne trzy godziny wzgl├¬dnego odpoczynku. Gdy si├¬ budz├¬ widz├¬, ┬┐e teraz zacz┬▒┬│ o sobie dawa├Ž zna├Ž ┬┐o┬│┬▒dek Janka i najbli┬┐szy lot nie zapowiada si├¬ dla niego najlepiej. Przed sam┬▒ odpraw┬▒ po raz kolejny „odp┬│ywam” i czas do odlotu sp├¬dzam na siedz┬▒co, oparty o pot├¬┬┐n┬▒ kolumn├¬. Z tego okresu pami├¬tam niewiele.
Lot ma du┬┐e op├│┬╝nienie, a nasze fatalne samopoczucie nie s┬│u┬┐y komfortowi lotu. Moje dzia┬│ania opieraj┬▒ si├¬ na strategii „przespa├Ž jak najd┬│u┬┐ej, reszt┬▒ przecierpie├Ž”.  Z Biszkeku do Stambu┬│u, tam przesiadka i kolejne op├│┬╝nienie. Wszystko przeci┬▒ga si├¬ w niesko├▒czono┬Â├Ž, a biurokracja nie ogarnia wszechobecnego ba┬│aganu kt├│ry ma miejsce wok├│┬│ nas. Widocznie nad Bosfor trafiamy nieodpowiednim momencie.  Na szcz├¬┬Âcie bez problem├│w udaje si├¬ dolecie├Ž do Berlina oko┬│o 14:00. Na lotnisku po kilkudziesi├¬ciu minutach oczekiwania, dowiaduj├¬ si├¬, ┬┐e m├│j baga┬┐ zagin┬▒┬│. Zostaj├¬ z butami w jednej r├¬ce, a reklam├│wk┬▒ foliow┬▒ w drugiej (plecak s┬│u┬┐┬▒cy za baga┬┐ podr├¬czny zu┬┐y┬│ si├¬ tak, ┬┐e musze go wyrzuci├Ž). Tyle mojego dobytku.
W na lotnisku Schoenefeld sp├¬dzamy pozosta┬│┬▒ cz├¬┬Â├Ž dnia, aby wieczorem wsi┬▒┬Â├Ž do Polskiego Busa. Sam zbieram si├¬ ju┬┐ o 19:30 i jad├¬ w kierunku Krakowa. Ch┬│opaki maj┬▒ transport do Warszawy niewiele p├│┬╝niej. Na tym etapie wsp├│lna podr├│┬┐ ko├▒czy si├¬, ale wszyscy docieramy do dom├│w w┬│a┬Âciwie w przeci┬▒gu doby. Plecak za┬ przyjdzie mi zobaczy├Ž dopiero 22 pa┬╝dziernika, po 2,5 miesi┬▒ca od przylotu.




Z perspektywy czasu mog├¬ napisa├Ž z czystym sumieniem, ┬┐e wyprawa „We Khan do it” zako├▒czy┬│a si├¬ ca┬│kowitym sukcesem osi┬▒gaj┬▒c dwa g┬│├│wne cele. Po pierwsze - szczyt zosta┬│ zdobyty i kilka miesi├¬cy przygotowa├▒ zosta┬│o nagrodzonych. Po drugie wszyscy wr├│cili do Polski ca┬│o, a to najwa┬┐niejsze. Poza drobnymi usterkami „uk┬│adu motorycznego” i pokarmowego (zas┬│u┬┐ona kara za ob┬┐arstwo) oby┬│o si├¬ bez powa┬┐niejszych kontuzji, wypadk├│w i chor├│b.
Trzeba przyzna├Ž, ┬┐e dopisa┬│o nam szcz├¬┬Âcie. Kapry┬Âna pogoda Tien Shan z pewno┬Âci┬▒ pokaza┬│a tym razem swoje ┬│askawe oblicze i pozwoli┬│a na przyjemn┬▒ akcj├¬ g├│rsk┬▒ oraz okno pogodowe, wystarczaj┬▒ce na zdobycie szczytu. Trzeba przyzna├Ž ┬┐e r├│wnie┬┐ opatrzno┬Â├Ž czuwa┬│a nad nami, aby w┬Âr├│d dos┬│ownie wszechogarniaj┬▒cych niebezpiecze├▒stw wyj┬Â├Ž bez ┬┐adnego szwanku. Moim zdaniem by┬│o si├¬ czego ba├Ž i ba┬│ si├¬ chyba ka┬┐dy. Nie warto przytacza├Ž rozm├│w, ale ka┬┐dy z nas mia┬│ ┬Âwiadomo┬Â├Ž co go mo┬┐e czeka├Ž i powy┬┐ej Camp 1 szed┬│ albo z nerwami mi├¬tym jak postronki, albo my┬Âla┬│ zupe┬│nie o czym┬ innym i tak odp├¬dza┬│ od siebie z┬│e my┬Âli.  Na os┬│od├¬ jak to zwykle bywa w takich okoliczno┬Âciach, „sprzedawali┬Âmy” sobie czarne ┬┐arty, kt├│rych nie warto przytacza├Ž.
W teamie nie by┬│o jednak strachu ani oznak defetyzmu. Wszyscy starali┬Âmy si├¬ my┬Âle├Ž racjonalnie i raczej pozytywnie zak┬│adaj┬▒c, ┬┐e je┬Âli s┬▒ warunki po prostu trzeba i┬Â├Ž do g├│ry w ramach za┬│o┬┐onego planu. Podczas ca┬│ego wyjazdu w zespole zdarzy┬│o si├¬ bardzo ma┬│o spi├¬├Ž czy k┬│├│tni (stosunkowo ma┬│o, bo gdyby czterech facet├│w przebywaj┬▒cych z sob┬▒ blisko miesi┬▒c si├¬ nie k┬│├│ci┬│o, to by┬│oby nienaturalne). Zar├│wno je┬Âli chodzi o decyzje stricte wyprawowe, czy takie zupe┬│nie powszednie. Mog├¬ powiedzie├Ž, ┬┐e team sprawdzi┬│ si├¬ ┬Âwietnie, a lepsze warunki do jego weryfikacji wprost trudno by┬│oby stworzy├Ž.
Wyprawa pokaza┬│o ponadto, ┬┐e z ubieg┬│orocznego wyjazdu na Pik Lenina wyci┬▒gn├¬li┬Âmy du┬┐o pozytywnych wniosk├│w. Generalnie, je┬Âli mia┬│bym szacowa├Ž to realizacja plan├│w i za┬│o┬┐e├▒ na Piku Lenina si├¬gn├¬┬│a 80%. Na Khan Tengri by┬│o to ju┬┐ oko┬│o 95-98%. Z tego co „nie wypali┬│o” b┬▒d┬╝ nie by┬│o przewidziane to chyba tylko batony Twix, z kt├│rymi walczyli┬Âmy niemal do ko├▒ca wyprawy. Poza tym niedoci┬▒gni├¬├Ž nie by┬│o W OG├ôLE!!!. Niczego nie zabrak┬│o, r├│wnocze┬Ânie zbyt du┬┐o nie zosta┬│o (gdyby ┬Âmig┬│owiec przylecia┬│ faktycznie 10 sierpnia jedzenia by┬│oby faktycznie idealnie)  czy nie by┬│o zb├¬dne Nie zawali┬│ ┬┐aden sprz├¬t ani ┬┐aden element ubioru (poza moimi butami i stopami, kt├│re jednak s┬▒ kwesti┬▒ wybitnie indywidualn┬▒).  Logistyka i zaplanowanie wyjazdu by┬│o dopieszczone do szczeg├│┬│u i z tego jestem szczeg├│lnie zadowolony.  W przysz┬│o┬Âci daje to du┬┐e nadzieje na kolejne wyprawy, motywuje do podejmowania nowych wyzna├▒.
Prze┬│amana zosta┬│a passa Piku Lenina, kt├│ra mimo woli jako┬ ci┬▒┬┐y┬│a nam na karku. Wtedy nie dostali┬Âmy dobrej szansy co by sugerowa┬│o, aby zastanowi├Ž si├¬ czy na pewno jeste┬Âmy zdolni wej┬Â├Ž na 7 tysi├¬cznik. Jak wida├Ž uda┬│o si├¬  a ┬Âmia┬│e zamiary, ┬┐eby zamiast powt├│rki uderzy├Ž na g┬│├¬bok┬▒ wod├¬, op┬│aca┬│y si├¬.
Relacja w takiej przebrzmia┬│ej formie powsta┬│a nie tylko i wy┬│┬▒cznie z mojego „widzi mi si├¬”. Mam nadziej├¬, ┬┐e nikogo nie zanudzi┬│em, cho├Ž rozs┬▒dek podpowiada mi, ┬┐e wielu czytelnik├│w mog┬│o nie dobrn┬▒├Ž do ko├▒ca, przez morze niekszta┬│tnych zda├▒. W ka┬┐dym razie opis poza w miar├¬ dok┬│adnym przedstawieniem wydarzenia ma zamierzon┬▒, ukryt┬▒ funkcj├¬. B├¬d├¬ bardzo zadowolony je┬Âli w przysz┬│o┬Âci przys┬│u┬┐y si├¬ komu┬ do planowania wyjazdu na Khan Tengri. Tak samo jak w przypadku Piku Lenina wraz z ch┬│opakami prowadzili┬Âmy bloga, kt├│ry krok po kroku przedstawia┬│ nasze przygotowania, a dok┬│adna relacja jest jego ukoronowaniem. Wiem, ┬┐e sprawdzi┬│o si├¬ to ju┬┐ przy projekcie „Pik Lenin 2013”, wiem ┬┐e i teraz nie jedna osoba skorzysta na moich opisach. Je┬Âli tak si├¬ stanie, b├¬d├¬ szcz├¬┬Âliwszym cz┬│owiekiem.

Na koniec ca┬│ej ┬┐mudnej relacji/sprawozdania chcia┬│bym podzi├¬kowa├Ž wszystkim, kt├│rzy wspierali inicjatyw├¬ „We Khan do it”. Od pocz┬▒tku przygotowa├▒ do┬Âwiadczyli┬Âmy od Was wiele ┬┐yczliwo┬Âci i wsparcia zar├│wno psychicznego jak i materialnego. Trzeba wspomnie├Ž, ┬┐e na wypraw├¬ po┬┐yczyli┬Âmy od znajomych elementy sprz├¬tu wspinaczkowego, ubioru i inne, kt├│re mia┬│y u┬│atwi├Ž nam zdobycie szczytu. Za ten kredyt zaufania z tej perspektywy dzi├¬kujemy. Wyrazy uznania nale┬┐┬▒ si├¬ r├│wnie┬┐ ka┬┐demu, kt├│ry trzyma┬│ za nas symboliczny kciuk i ┬Âledzi┬│ losy wyprawy. Ka┬┐dy komentarz, ka┬┐dy „like” na facebooku i ka┬┐de dobre s┬│owo motywowa┬│o nas do wyt├¬┬┐onej pracy i ci├¬┬┐szych trening├│w.
Uk┬│ony nale┬┐┬▒ si├¬ tak┬┐e patronom medialnym i honorowym kt├│rzy nag┬│o┬Ânili nasz projekt, monitorowali posuni├¬cia oraz wspierali jak tylko mogli.
Nieoceniona okaza┬│a si├¬ pomoc finansowa jak┬▒ otrzymali┬Âmy przed wyjazdem. Po raz kolejny, dzi├¬ki Wam uda┬│o si├¬ zrealizowa├Ž projekt na stronie polakpotrafi.pl z kt├│rego otrzymali┬Âmy niema┬│y zastrzyk got├│wki.  Wyrazy wdzi├¬czno┬Âci nale┬┐┬▒ si├¬ w tej kategorii przede wszystkim jednak naszemu sponsorowi – formie REALL, kt├│ra wspar┬│a nas finansowo. Dzi├¬kujemy za otrzymany kredyt zaufania oraz mamy nadziej├¬ na rozw├│j wsp├│┬│pracy w przysz┬│o┬Âci.
Osobi┬Âcie nie powstrzymam si├¬ jeszcze od podzi├¬kowania ca┬│emu zespo┬│owi. Podczas ca┬│ego wyjazdu utrzymywali┬Âcie niesamowicie przyjazn┬▒ atmosfer├¬ i poczucie kole┬┐e├▒stwa. Mia┬│em ┬Âwiadomo┬Â├Ž, ┬┐e w ka┬┐dej trudnej sytuacji b├¬d├¬ m├│g┬│ liczy├Ž na wasze wsparcie i pomoc. Nie zawiedli┬Âcie – dzi├¬kuj├¬.
KONIEC

Tomasz Duda


P.S.
To jeszcze nie koniec projektu. Pr├¬dzej czy p├│┬╝niej powstanie film z wyprawy (zale┬┐nie od mojego wolnego czasu), a na dniach postaramy si├¬ wys┬│a├Ž prezenty z polskpotrafi.pl. Mamy nadziej├¬ r├│wnie┬┐ na zorganizowanie kilku prezentacji. Tym samym -> keep watching ;)

Offline BetoNova



  • Pom├│g┬│: 0

Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowied╝ #16 dnia: Listopad 03, 2014, 00:30:22 »
Legendarne zwyci├¬stwo :] Zazdraszczam do sze┬Âcianu :D

Offline to17071990



  • Pom├│g┬│: 71

    • Student w podr├│┬┐y
Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowied╝ #17 dnia: Listopad 23, 2014, 18:17:57 »
Wreszcie wygra³em walkê z 5 letnim laptopem i zmontowa³em wideo z wyjazdu. zapraszam do ogl±dania:

https://www.youtube.com/watch?v=pCSvpA8CCOA&list=UUChRpToIMcdmTdrW5JIhNBQ

Offline velka



  • Pom├│g┬│: 18

Odp: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014
« Odpowied╝ #18 dnia: Listopad 24, 2014, 07:32:08 »
┬Žwietny film  :) Zazdroszcz├¬ wyjazdu, mimo ┬┐e szczyt "nie klepni├¬ty"  :)