Autor W▒tek: Rumu├▒skie Karpaty Wschodnie 02-16.10.2014 – trawers masywu  (Przeczytany 2720 razy)

0 u┐ytkownikˇw i 1 GoŠ przegl▒da ten w▒tek.

Offline to17071990



  • Pom├│g┬│: 71

    • Student w podr├│┬┐y
Moja historia z rumu├▒skimi Karpatami Wschodnimi zacz├¬┬│a si├¬ ju┬┐ ponad dwa lata temu. Gdy na prze┬│omie maja i czerwca 2012 r. planowa┬│em wyjazd, za┬│o┬┐y┬│em trawers ca┬│ych ca┬│ego ┬│a├▒cucha przebiegaj┬▒cego przez ten kraj. Niestety nie uda┬│o si├¬ z powodu braku czasu. Przypomn├¬, ┬┐e wraz z Januszem zrealizowali┬Âmy wtedy zaledwie po┬│ow├¬ naszego ambitnego planu, przechodz┬▒c odcinek od Baile Herculane do Busteni, geograficznie stanowi┬▒cy Karpaty Po┬│udniowe.
Od tamtych wakacji, na trzecim roku studi├│w, czasu wolnego by┬│o ju┬┐ tylko mniej. Rok temu przed wyjazdem na Pik Lenina wygospodarowali┬Âmy par├¬ dni, aby w szale├▒czym tempie urwa├Ž kolejny odcinek karpacki na S┬│owacji. Wtedy r├│wnie┬┐ rozwa┬┐a┬│em Rumuni├¬ lecz Chronosa nie da┬│o si├¬ przeb┬│aga├Ž.
Przyszed┬│ rok 2014. Ostatni moment na realizacj├¬ projektu nazwanego przeze mnie „┬úuk Karpat 2010-2014”. Mapy, przygotowane od czerwca 2012 r. obrasta┬│y w kurz i czeka┬│y na swoj┬▒ kolej odegrania roli w moim turystycznym ┬┐yciu. Przysz┬│o im poczeka├Ž ca┬│e dziewi├¬├Ž  miesi├¬cy. Wakacje zabra┬│a mi wyprawa na Khan Tengri i nauka do egzaminu, po czym miesi┬▒ce ciep┬│a i stabilnej pogody w g├│rach teoretycznie min├¬┬│y.
Logika i zdrowy rozs┬▒dek podpowiada┬│y mi, ┬┐e nie ma sensu ju┬┐ sobie zawraca├Ž g┬│owy Rumuni┬▒, trzeba wreszcie dorosn┬▒├Ž, pracy poszuka├Ž i takie tam rozterki m┬│odego absolwenta. Pomimo pesymistycznych my┬Âli, z drugiej strony pozostawa┬│a ┬Âwiadomo┬Â├Ž niespe┬│nionego celu, kt├│ra z ka┬┐dym kolejnym dniem coraz bardziej „wierci┬│a mi dziur├¬ w g┬│owie” nie pozwalaj┬▒c o sobie zapomnie├Ž. Po rozwa┬┐eniu za i przeciw postanowi┬│em mimo wszystko zamkn┬▒├Ž pewien rozdzia┬│ w turystycznym ┬┐yciu i do Rumunii  w tym roku pojecha├Ž.




Ostatecznie przygotowania poczyni┬│em ko├▒cem wrze┬Ânia, z zamiarem wyjazdu 2 pa┬╝dziernika. Mia┬│ towarzyszy├Ž mi Janusz, kt├│ry ch├¬├Ž takiego wyjazdu zg┬│osi┬│ ju┬┐ w wakacje. Niestety brak czasu znowu zrobi┬│ swoje. Na skutek obiektywnych termin├│w, zwanych przez z┬│o┬Âliwych instrukcyjnymi, zosta┬│em postawiony przed konieczno┬Âci┬▒ powrotu 17 pa┬╝dziernika. Nie ma sensu bawi├Ž si├¬ w rozgrzebywanie szczeg├│┬│├│w, ale w praktyce oznacza┬│o to perspektyw├¬ nieludzkiego po┬Âpiechu na ka┬┐dym kroku i 12 dni na przej┬Âcie sk┬▒din┬▒d 450-500km. Pomimo takich ogranicze├▒ postanowili┬Âmy zaryzykowa├Ž, w my┬Âl zasady „ile przejdziemy, to nasze” i przy┬│o┬┐y├Ž si├¬ do realizacji celu. Reszt┬▒ mia┬│a zaj┬▒├Ž si├¬ szeroko rozumiana opatrzno┬Â├Ž.
Aby bli┬┐ej przyjrze├Ž si├¬ naszym poczynaniom, w relacjonowaniu wyjazdu cofn├¬ si├¬ do czasu rzeczywistego, wygodniejszego na d┬│u┬┐sze wywody.


2 pa┬╝dziernik
Z domu wyje┬┐d┬┐am o 1:00 w nocy i po dw├│ch przesiadkach docieram nad ranem do Krosna. Pogoda nie zapowiada si├¬ zbyt obiecuj┬▒co na kolejne dni, ale dalsza perspektywa pozwala ufnie patrze├Ž w przysz┬│o┬Â├Ž. Kiedy o 6:00 otwieraj┬▒ poczekalni├¬ dworca, pakuj├¬ si├¬ tam i czekam na Janusza. Ten przychodzi zzi├¬bni├¬ty p├│┬│ godziny p├│┬╝niej i opowiada o swojej podr├│┬┐y, kt├│ra na dobr┬▒ spraw├¬ rozpocz├¬┬│a si├¬ o 20:00 dnia poprzedniego. W poczekalni dworca wst├¬pnie przepakowujemy si├¬ i znaczymy tras├¬ na mapach, kt├│re r├│wnie┬┐ solidnie okrajamy z powod├│w wagowych. O 8:30 wsiadamy w busa, kt├│ry zabiera nas nad granic├¬ w Barwinku. Nie mamy obcej waluty i nie chc┬▒c si├¬ opiera├Ž wy┬│┬▒cznie na bankomatach, w kantorze nieopodal przej┬Âcia wymieniamy po 50 lei na wszelki wypadek, po czym rozstawiamy plecaki i o 10:00 zaczynamy ┬│apa├Ž stopa w kierunku S┬│owacji.




Na pierwszy samoch├│d nie musimy d┬│ugo czeka├Ž. Po dos┬│ownie kilku minutach zabiera nas sympatyczny S┬│owak m├│wi┬▒cy po polsku i wysadza na stacji na obrze┬┐ach Koszyc. Tam ju┬┐ szykujemy tabliczki na Miskolc, cho├Ž do w├¬gierskiego miasta nie dane nam b├¬dzie dojecha├Ž. Po kilkunastu minutach machania r├¬k┬▒ w wiadomym celu zatrzymuje si├¬ kolejny S┬│owak, kt├│ry wiezie nas co prawda niedaleko, ale w kluczowe miejsce – na przej┬Âcie s┬│owacko-w├¬gierskie.
W tym miejscu oczekiwania jest ju┬┐ troch├¬ wi├¬cej i cho├Ž robi si├¬ cieplej, to jednak z p├│┬│nocy naci┬▒gaj┬▒ czarne, deszczowe chmury. Mija kilkadziesi┬▒t minut, gdy na nasze gesty reaguje kolumna trzech samochod├│w. To Rumuni wracaj┬▒cy z Polski do swojego kraju, kt├│rzy zabieraj┬▒ nas na po┬│udnie. W toku rozmowy wynika, ┬┐e jad┬▒ w kierunku przej┬Âcia Satu Mare, a dalej do miasta Bystrita. Sp├¬dzamy z nimi kilka godzin i zastanawiamy si├¬ co robi├Ž. Teoretycznie z Bystrity mieliby┬Âmy bli┬┐ej do Braszowa, w praktyce miasto nie le┬┐y na g┬│├│wnej linii komunikacyjnej i dojazd m├│g┬│by okaza├Ž si├¬ problematyczny. Ostatecznie decydujemy si├¬ jecha├Ž do przej┬Âcia z nadziej┬▒ za┬│apania tam czego┬ bezpo┬Ârednio na Brasz├│w.




Jeszcze na terytorium W├¬gier zaczyna pada├Ž deszcz. Gdy ┬┐egnamy Rumun├│w nieopodal Stu Mare dzie├▒ zaczyna gasn┬▒├Ž, a wko┬│o si┬▒pi drobny deszcz. Pr├│bujemy z┬│apa├Ž w ┬Âwietle latarni i czo┬│├│wek, lecz w takich warunkach nikt nie chce si├¬ zatrzymywa├Ž. Tylko kilku kierowc├│w oferuje podw├│zk├¬ do samego miasta Satu Mare, za kt├│r┬▒ z u┬Âmiechem dzi├¬kujemy. Ostatecznie na machaniu sp├¬dzamy trzy godziny – od 18:00 do 21:00. Jako, i┬┐ deszcz nie przestaje pada├Ž, a dalsze oczekiwanie nie rokuje nadziei na powodzenie, postanawiamy tutaj zanocowa├Ž. Wchodzimy w pierwsz┬▒ lepsz┬▒ drog├¬ po stronie rumu├▒skiej i na losowo wybranym polu rozbijamy namiot.


3 pa┬╝dziernik





W takim tymczasowym obozowisku ┬Âpi si├¬ wprawdzie zno┬Ânie, jednak jak najszybciej chcemy si├¬ z niego wyrwa├Ž. Spakowawszy si├¬ w p├│┬│ godziny, po raz kolejny docieramy do drogi g┬│├│wnej, kontynuuj┬▒c wczorajszy proceder. Chocia┬┐ nad ranem deszcz przesta┬│ pada├Ž, to jednak nied┬│ugo dane nam jest cieszy├Ž si├¬ suchymi grzbietami. Kilkana┬Âcie minut p├│┬╝niej znowu zaczyna pada├Ž, wystawiaj┬▒c na pr├│b├¬ nasz┬▒ cierpliwo┬Â├Ž. Jak poprzedniego dnia ┬┐aden z kierowc├│w kt├│rzy chc┬▒ nas podwie┬╝├Ž nie jedzie w kierunku Braszowa czy Cluj Napoca. Dominuj┬▒ kierowcy z Satu Mare, kt├│rym p├│ki co dzi├¬kujemy. W deszczu sp├¬dzamy kolejne cztery godziny od 9:00 do 13:00 czasu lokalnego, co daje nam ┬│┬▒czn┬▒ liczb├¬ siedmiu, sp├¬dzonych na ┬│apaniu stopa w tym miejscu. Gdy wybija po┬│udnie odp┬│ywa w praktyce szansa dojechania w dniu dzisiejszym do interesuj┬▒cego nas miejsca. Ponad 500 km jakie dzieli nas od Braszowa nie pokonuje si├¬ ot tak w kilka godzin. Maj┬▒c ┬Âwiadomo┬Â├Ž, ┬┐e przez moj┬▒ sytuacj├¬ jeste┬Âmy do┬Â├Ž ograniczeni czasowo, postanawiamy w ko├▒cu odpu┬Âci├Ž autostop na rzecz komunikacji kolejowej. Teraz ju┬┐ szybko znajdujemy ch├¬tnego, kt├│ry podrzuca nas do Satu Mare na dworzec kolejowy. Tam dowiadujemy si├¬, ┬┐e interesuj┬▒cy nas poci┬▒g rusza za trzy godziny. Czas jaki mamy niezagospodarowany przeznaczamy na poszukiwania bankomatu, kaw├¬ i pobie┬┐n┬▒ przechadzk├¬ po mie┬Âcie, kt├│rej nie mo┬┐na wszak nazwa├Ž zwiedzaniem.




O 16:10 opuszczamy Satu Mare w kierunku po┬│udniowo wschodnim. Kupujemy bilet bezpo┬Ârednio do Predal, oszcz├¬dzaj┬▒c przy tym przesiadki w Braszowie. Kosztuje nas to 93 leje od osoby, co w zamian za ponad 500 km nie jest cen┬▒ wyg├│rowan┬▒. W wagonie sp├¬dzamy oko┬│o dwunastu godzin, po┬Âwi├¬caj┬▒c wolny czas na skrz├¬tne przepakowanie wszystkich drobiazg├│w w plecaku, utylizacj├¬ w spos├│b wiadomy zb├¬dnego jedzenia i sen. Podczas przegl┬▒dania map odkrywam, ┬┐e nie posiadamy pierwszej nich, kt├│ra b├¬dzie nam potrzebna na pocz┬▒tku, w g├│rach Baiului i Ciucas. B├¬dziemy musieli si├¬ oprze├Ž na nawigacji w moim smart fonie i liczy├Ž, ┬┐e po drodze uda si├¬ znale┬╝├Ž jaki┬ egzemplarz i sfotografowa├Ž. Po uporz┬▒dkowaniu swoich rzeczy idziemy spa├Ž. Noc udaje si├¬ sp├¬dzi├Ž do┬Â├Ž komfortowo, bez jakichkolwiek nieprzewidzianych wypadk├│w.



4 pa┬╝dziernik





Kilka minut po czwartej rano docieramy do miasteczka Predal, po┬│o┬┐onego na drodze Brasz├│w – Bukareszt. Jako i┬┐ jest jeszcze ciemno i nie posiadamy dobrej mapy, postanawiamy przeczeka├Ž dwie godziny do ┬Âwitu, na ogrzewanym dworcu kolejowym. Kilka minut przed 6:00 wychodzimy i kierujemy si├¬ na wsch├│d, w kierunku pierwszych g├│r jakie przyjdzie nam przej┬Â├Ž Baiului. Pocz┬▒tkowo zmierzamy w g├│r├¬ ulica o chlubnej nazwie Libertati, nast├¬pnie maszerujemy do granicy lasu. W miasteczku nie napotykamy dos┬│ownie nikogo, a po ulicach wa┬│├¬saj┬▒ si├¬ tylko bezpa├▒skie psy. Przed wej┬Âciem do lasu widnieje tabliczka ostrzegaj┬▒ca przed nied┬╝wiedziami, po drodze walaj┬▒ si├¬ poprzewracane kub┬│y na ┬Âmieci. Oba te fakty nie wr├│┬┐┬▒ dla nas najlepiej. Kiedy z werw┬▒ wspinamy si├¬ na pierwsze podej┬Âcie zaczyna ┬Âwita├Ž. Pogoda nie jest najlepsza, a temperatura oscyluje w okoliach zera. Rankiem witaj┬▒ nas ci├¬┬┐kie chmury, kt├│re zajmuj┬▒ miejsce nocnego nieba.




W marszu szybko robi si├¬ ciep┬│o i niebawem zrzucamy z siebie primalofty. Po godzinie marszu osi┬▒gamy pierwsze schronisko Susas i po sfotografowaniu tam mapy schodzimy do doliny.  Kolejno kierujemy si├¬ drog┬▒ wzd┬│u┬┐ doliny rzeki Azuga, by nast├¬pnie wspi┬▒├Ž si├¬ na g┬│├│wny grzbiet pasma. Podczas podej┬Âcia pierwszy raz sycimy oczy pi├¬knymi kolorami rumu├▒skiej jesieni. Chmury powoli si├¬ rozrzedzaj┬▒ i ust├¬puj┬▒ miejsca s┬│o├▒cu. Ponad to za naszymi plecami wyrasta ponad mg┬│├¬ pot├¬┬┐na ┬Âciana g├│r Bucegi, a za ni┬▒ wprawne oko wychwytuje wapienny mur g├│r Piatra Craiului. W korelacji ze sob┬▒ poszczeg├│lne elementy krajobrazu tworz┬▒ bajkow┬▒ sceneri├¬, kt├│ra dzia┬│a na nas bardzo motywuj┬▒co na pocz┬▒tku wyjazdu. Podczas podej┬Âciem robimy kr├│tk┬▒ przerw├¬ na nabranie wody, by kilkana┬Âcie minut p├│┬╝niej zdoby├Ž szczyt Paltinu (1900 npm). Dalej idziemy s┬│onecznym grzbietem, zachwycaj┬▒c si├¬ widokami jesiennych g├│r. Pi├¬kny krajobraz ko├▒czy si├¬ po po┬│udniu, gdy plan w├¬dr├│wki zmusza nas do zmiany kierunku marszu na p├│┬│nocny i zej┬Âcia w dno doliny. Pocz┬▒tkowo idzie to bardzo opornie. Droga jest rozorana przez jaki┬ pojazd g┬▒siennicowy i z trudem przemieszczamy si├¬ w d├│┬│ bardziej ┬Âlizgiem ni┬┐ krokami. Na szcz├¬┬Âcie kondycja ┬Âcie┬┐ki szybko si├¬ poprawia i wi├¬kszo┬Â├Ž odcinka maszerujemy po szutrowej nawierzchni. Pozostawiane po bokach drogi maszyny i nowo wybudowane ┬┐elbetowe mosty na le┬Ânej dr├│┬┐ce ┬Âwiadcz┬▒, ┬┐e szykuje si├¬ tutaj powa┬┐na inwestycja, a za jaki┬ czas powstanie i nowa droga.




Siedem kilometr├│w jakie dzieli nas od drogi krajowej pokonujemy w nieca┬│e dwie godziny. Do trasy g┬│├│wnej, gdzie rzeka Tarlungul ┬│┬▒czy si├¬ z wst├¬g┬▒ Ramura Mica,  docieramy po 15:00 i robimy tu d┬│u┬┐szy odpoczynek. Z racji jesiennej pory noc zapada stosunkowo szybko i ju┬┐ trzeba planowa├Ž nocleg. Niestety z GPSa nic nie mog├¬ wywnioskowa├Ž, bo i cyfrowa mapa mi pokazuje. Raptem par├¬ ┬Âcie┬┐ek i ┬┐adnych poziomic co oznacza mo┬┐liwo┬Â├Ž wpakowania si├¬ w trudny teren.




Bardziej domniemaj┬▒c ni┬┐ realnie zak┬│adaj┬▒c, postanawiamy przej┬Â├Ž G├│ry Ciucas po najmniejszej linii oporu, poni┬┐ej g┬│├│wnego grzbietu. Zn├│w wbijamy si├¬ w dolin├¬ rzeczn┬▒ i po znakach czerwonych tr├│jk┬▒t├│w pniemy w kierunku prze┬│├¬czy. Pogoda dopisuje, cho├Ž im s┬│o├▒ce schodzi ni┬┐ej, tym robi si├¬ ch┬│odniej i tylko sta┬│y ruch mi├¬┬Âni utrzymuje nas w zno┬Ânej temperaturze. Oko┬│o 18:00 osi┬▒gamy prze┬│├¬cz pomi├¬dzy szczytami Teszla i Bratocea, po czym szukamy dr├│┬┐ki na p├│┬│noc jak┬▒ zna tylko m├│j GPS. Przy gasn┬▒cym ju┬┐ dniu udaje si├¬ trafi├Ž bezb┬│├¬dnie na niewyra┬╝n┬▒ dr├│┬┐k├¬ i do doliny.




Po kilkudziesi├¬ciu minutach docieramy do zamkni├¬tego schroniska i postanawiamy tam zabiwakowa├Ž. Rozbijamy namiot nieopodal budynku i przygotowujemy kolacj├¬. Gdy zachodzi s┬│o├▒ce temperatura spada na ┬│eb na szyj├¬, a wiatr tylko pot├¬guje wra┬┐enie zimna. Zjad┬│szy kolacj├¬, z nie ukrywan┬▒ rado┬Âci┬▒ k┬│adziemy si├¬ do puchowych ┬Âpiwor├│w i po trudach dnia niebawem zasypiamy.


5 pa┬╝dziernik





W nocy temperatura spada poni┬┐ej zera, a ranek jest bardzo ch┬│odny. Na namiocie zebra┬│ si├¬ szron, uprane skarpety zamarz┬│y na ko┬Â├Ž. ┬Žniadanie robimy kwadrans przed 7:00, ale wygrzebywanie si├¬ z namiotu zajmuje du┬┐o czasu. Temperatura nie zach├¬ca do wychylenia nosa i biwak zwijamy dopiero o 8:50. Rankiem pomimo warstw ubra├▒ potrzeba mi du┬┐o czasu aby si├¬ rozgrza├Ž. Schodzimy wzd┬│u┬┐ doliny rzeki Dalghui, pocz┬▒tkowo lasem, nast├¬pnie przez pasterskie wioski. Tam nieraz przychodzi nam op├¬dza├Ž si├¬ od ps├│w pasterskich. O ile pasterze wraz z trzodami zeszli ju┬┐ na szcz├¬┬Âcie z wysokich grzbiet├│w, to czworonogi ci┬▒gle „witaj┬▒ „ nas w dolinach czy wsiach. Taki urok Rumunii, cho├Ž pod tym wzgl├¬dem jest o niebo lepiej ni┬┐ latem.




Po kilkunastu kilometrach marszu, oko┬│o po┬│udnia osi┬▒gamy drog├¬ asfaltow┬▒ i wie┬ Vama Buzaului. Nie zatrzymuj┬▒c si├¬ ┬│apiemy stopa. Idziemy dobrych par├¬ kilometr├│w, gdy podje┬┐d┬┐a starszy pan i podwozi nas do miejscowo┬Âci Bradet, le┬┐┬▒cej na drodze g┬│├│wnej do Intorsura Buzaului. W przydro┬┐nym sklepie kupujemy jedzenie na szybki posi┬│ek – mleko i wafelki, a po zjedzeniu prostujemy bol┬▒ce nogi i maszerujemy dalej.




Szybko wychodzimy ze wsi i pod┬▒┬┐amy prosto na p├│┬│noc. Utrzymuje si├¬ pi├¬kna pogoda, a przy podej┬Âciu na g┬│├│wny grzbiet g├│r Intorsurii robi si├¬ relatywnie gor┬▒co. Po osi┬▒gni├¬ciu grzbietu nawigacja nie stanowi wi├¬kszego problemu. G├│ry s┬▒ raczej ma┬│o popularne i tym samym szlak├│w pr├│┬┐no szuka├Ž. R├│wnie┬┐ widok├│w nie ma zbyt wielu, a po osi┬▒gni├¬ciu kulminacyjnego punktu (Syrdar 1011 npm) grzbiet staje si├¬ ca┬│kiem zalesiony i powoli traci wysoko┬Â├Ž. Odcinek staje si├¬ bardzo monotonny z powodu ┬│agodnego charakteru i zadrzewiania. Nie spotykamy tu tak┬┐e ┬┐ywej duszy, nie szcz├¬dz┬▒c n├│g, by jak najszybciej wyj┬Â├Ž z nu┬┐┬▒cego lasu. Udaje si├¬ to dopiero wieczorem, kiedy osi┬▒gamy lizjer├¬ lasu. Postanawiamy nie schodzi├Ž bezpo┬Ârednio do wsi, ale rozbi├Ž si├¬ przy linii drzew sugeruj┬▒cych na wyst├¬powanie wody.




Ciek, kt├│ry mia┬│ okaza├Ž si├¬ wartkim strumieniem, w rzeczywisto┬Âci jest na wp├│┬│ wysch┬│┬▒ ka┬│u┬┐┬▒, kt├│r┬▒ niestety musi nam wystarczy├Ž na potrzeby wieczoru i porana. Ryzykuj┬▒c zatrucie pokarmowe korzystamy z jego zamulonej wody, solidnie j┬▒ uprzednio gotuj┬▒c. Sowita kolacja ko├▒czy drugi dzie├▒ marszu, a perspektywa zapowiada si├¬ nader obiecuj┬▒co.


6 pa┬╝dziernika





Wstajemy o 6:15 i pakujemy si├¬. Przed 7:00 jest jeszcze ciemno, ale temperatura utrzymuje si├¬ wysoko powy┬┐ej zera. W bladym ┬Âwietle poranka kroczymy wzd┬│u┬┐ cieku wodnego by po p├│┬│ godziny doj┬Â├Ž do wsi Aninonasa. Jest jeszcze wcze┬Ânie, a po drodze mija nas ci├¬┬┐ar├│wka ze ┬Âwie┬┐ym pieczywem. Do kolejnej wsi Bita, nast├¬pne trzy kilometry, idziemy wzd┬│u┬┐ ruchliwej drogi. Tam mijamy sklep spo┬┐ywczy, gdzie ┬Âwie┬┐e pieczywo przywozi si├¬ dopiero o 11:00 i nie mamy czego tu szuka├Ž. Dalej idziemy w kierunku wsi Moacsa poln┬▒ drog┬▒. To odcinek wybitnie r├│wninny prowadz┬▒cy przez pola p┬│askie jak nale┬Ânik. G├│ry Bodoki, do kt├│rych zmierzamy rozpo┬Âcieraj┬▒ si├¬ na horyzoncie, w odleg┬│o┬Âci dobrych paru kilometr├│w a my kroczymy przez hektary otwartej przestrzeni.




We wsi Moacsa pierwszy raz stykamy si├¬ z wp┬│ywami w├¬gierskimi. ┬Žwiadcz┬▒ o tym napisy rumu├▒sko-niemieckie na budynkach oraz katolicki ko┬Âci├│┬│ w centrum wsi. W pierwszym napotkanym po drodze sklepie kupujemy prowiant na posi┬│ek i uzupe┬│nienie plecak├│w. Miejscowi patrz┬▒ na nasz niewybredny gust gdy z apetytem wci┬▒gamy p├│┬│ kilo chleba z mas┬│em. Teraz jednak nic nam innego do szcz├¬┬Âcia nie potrzeba.
Z Moacsy idziemy dalej drog┬▒ wzd┬│u┬┐ drogi w kierunku p├│┬│nocnym. Kilka kilometr├│w dalej docieramy do zbiornika wodnego Padureni. Musia┬│ powsta├Ž stosunkowo niedawno, gdy┬┐ moja mapa z czas├│w ZSRR jeszcze go nie przewiduje. Pocz┬▒tkowo zmierzamy wzd┬│u┬┐ wschodniego brzegu jeziorka, by szutrow┬▒ drog┬▒ zag┬│├¬bi├Ž si├¬ w dolin├¬ rzeki Beseneu. Jej zalesione i strome ┬Âciany towarzysz┬▒ nam niemal do ko├▒ca przez blisko dwadzie┬Âcia kilometr├│w. Odcinek jest bardzo d┬│ugi, ale niezbyt m├¬cz┬▒cy i wyprowadza nas precyzyjnie na g┬│├│wny grzbiet i najwy┬┐szy punkt masywu.




 Szczyt Bodoc (1195 npm) osi┬▒gamy przy bezchmurnej pogodzie, oko┬│o godziny 15:00. Z wierzcho┬│ka rozpo┬Âciera si├¬ pi├¬kna panorama. Do tej pory nie mog┬│em zauwa┬┐y├Ž w┬│a┬Âciwego „┬úuku Karpat”, ale st┬▒d jest on dobrze widoczny. Pasma z jednej strony uk┬│adaj┬▒ si├¬ r├│wnole┬┐nikowo, by skr├¬ci├Ž i przybra├Ž po┬│udnikowy uk┬│ad Karpat Wschodnich.
Nasza dalsza droga wiedzie za znakami szlaku ┬┐├│┬│tego, g┬│├│wn┬▒ ┬Âcie┬┐k┬▒ przez grzbiet. Poro┬Âni├¬ty jest on tylko niewielkimi zagajnikami i pojedynczymi bukami w kolorach br┬▒zu i ┬┐├│┬│ci. W zachodz┬▒cym pa┬╝dziernikowym s┬│o├▒cu masyw wygl┬▒da wprost spektakularnie migocz┬▒c w oczach ca┬│┬▒ gam┬▒ ciep┬│ych kolor├│w pastelowych. Trzeba przyzna├Ž, ┬┐e buk jest prawdziwym kr├│lem, je┬Âli chodzi o „szat├¬ graficzn┬▒” jesiennych drzew.  Podczas wieczornego odcinka z┬│ota jesie├▒ prezentuje mi si├¬ w czystej postaci, sugeruj┬▒c i┬┐ przymiotnik „polska” nie jest wy┬│┬▒cznie w┬│a┬Âciwym do okre┬Âlenia tego zjawiska. „Rumu├▒ska z┬│ota jesie├▒” teraz bardziej pasuje do otaczaj┬▒cych okoliczno┬Âci.




Cho├Ž po ca┬│ym dniu chodzenia i to w wi├¬kszo┬Âci tward┬▒ nawierzchni┬▒ nogi bola niemi┬│osiernie, decydujemy si├¬ i┬Â├Ž a┬┐ do ko├▒ca ods┬│oni├¬tego grzbietu i na ostatniej polanie rozbi├Ž biwak. Tym razem kalkulacje okazuj┬▒ si├¬ s┬│uszne i nieopodal bije ┬╝r├│de┬│ko z kt├│rego nabieramy wod├¬.
Wiej┬▒cy ca┬│y dzie├▒ wiatr przez zachodem s┬│o├▒ca przynosi ze sob┬▒ w ko├▒cu ciemne chmury. Od znajomego, kt├│ry przes┬│a┬│ mi SMSem prognoz├¬ wiem, i┬┐ jutro pogoda ma si├¬ za┬│ama├Ž, a w tej chwili najwidoczniej obserwujemy tego symptomy.  Rozbity namiot dobrze zabezpieczamy przez ewentualn┬▒ burz┬▒ i po kolacji k┬│adziemy si├¬ spa├Ž.


7 pa┬╝dziernika




Zgodnie z przewidywaniami w nocy zaczyna pada├Ž i nie ustaje a┬┐ do rana. Pomimo z┬│ej pogody wstajemy zgodnie z planem i w ┬Âwietle czo┬│├│wek robimy ┬Âniadanie i ubieramy si├¬. Wszystkie czynno┬Âci wykonujemy w namiocie, aby na deszczu ograniczy├Ž czas tylko do jego spakowania. Gdy ju┬┐ wychodzimy, deszcz raptownie ustaje. Okolica jest bardzo zamglona i niczym nie przypomina miejsca, na kt├│rym wczoraj rozbijali┬Âmy biwak. Odziani w kurtki i spodnie przeciwdeszczowe szybko zaczynamy schodzi├Ž w kierunku p├│┬│nocno-zachodnim, zanim deszcz znowu zacznie pada├Ž. Pocz┬▒tkowo idziemy zalesionym grzbietem, aby po kilkuset metrach wyj┬Â├Ž na polan├¬. Teraz pozostaje tylko trafi├Ž w pl┬▒taninie dr├│┬┐ek na t┬▒ w┬│a┬Âciw┬▒ i zej┬Â├Ž do wsi. Droga przebiega co prawda bez wi├¬kszych problem├│w, ale nie obywa si├¬ bez nadrabiania kilkuset metr├│w, spowodowanych u┬│o┬┐eniem ┬Âcie┬┐ek, kt├│re nie pokrywaj┬▒ si├¬ z posiadan┬▒ przeze mnie map┬▒. Oko┬│o kilometr przed wsi┬▒ trafiamy na dolin├¬ niewielkiego potoku i dopiero po  jego przekroczeniu i wspi├¬ciu si├¬ na przeciwstok docieramy do pierwszych zabudowa├▒.




Wie┬ Bixad, do kt├│rej przy lekkiej m┬┐awce to typowy przyk┬│ad ┬Âcierania si├¬ rumu├▒ko-w├¬gierskich wp┬│yw├│w. Po jednej stronie osady znajduje si├¬ cerkiew, po drugiej katolicki ko┬Âci├│┬│. Bardziej wprawne oko potrafi r├│wnie┬┐ odr├│┬┐ni├Ž Rumun├│w od W├¬gr├│w. Ci pierwsi maj┬▒ zwykle nieco ciemniej┬▒ karnacj├¬ sk├│ry.
We miejscowo┬Âci  robimy wi├¬ksze zakupy, na kolejne trzy dni oraz posi┬│ek na miejscu. Po drodze troch├¬ zmarzli┬Âmy i teraz z zadowoleniem korzystamy z kilkudziesi├¬ciu minut postoju „pod dachem”. W sklepie za symbolicznego leja za kubek wypijamy kaw├¬, a sprzedawca ofiaruje si├¬ pod┬│adowa├Ž m├│j smarfon.
Pomimo nieciekawej aury na zewn┬▒trz, prognozy jakie otrzymuj├¬ od kolegi z Polski s┬▒ nader optymistyczne. Wystarczy przetrwa├Ž dzisiejsze za┬│amanie, a kolejne dni przynios┬▒ ju┬┐ znaczn┬▒ popraw├¬. Ta wiadomo┬Â├Ž napawa nas optymizmem na dalsz┬▒ drog├¬.




Przechodz┬▒c krajow┬▒ drog├¬ nr. 12 opuszczamy pasmo Bodok├│w i wchodzimy w rozleg┬│e, zalesione g├│ry Harghita. Pocz┬▒tkowo zmierzamy drog┬▒ na p├│┬│nocny zach├│d, za znakami szlaku. Gdy jednak po jakim┬ czasie znaki gdzie┬ znikaj┬▒ i mimo usilnych pr├│b nie daj┬▒ si├¬ odnale┬╝├Ž postanawiamy dzia┬│a├Ž samodzielnie. Id┬▒c w dotychczasowym kierunku obieramy jedn┬▒ z le┬Ânych dr├│g i staramy si├¬ dotrze├Ž a┬┐ do g┬│├│wnego grzbietu. Cel osi┬▒gamy bez wi├¬kszych problem├│w i po kilkudziesi├¬ciu minutach mkniemy ju┬┐ g┬│├│wnym niebieskim szlakiem pieszym, jaki prowadzi przez ca┬│e g├│ry Harghita i b├¬dzie nam towarzyszy┬│ jeszcze przez dobrych kilka dni.
┬Žcie┬┐ka kt├│r┬▒ zmierzamy jest poprawnie oznaczona i intuicyjnie prowadzi wzd┬│u┬┐ g┬│├│wnego grzbietu. Od wyj┬Âcia z Bixad ca┬│y czas podchodzimy, by wspi┬▒├Ž si├¬ na wysoko┬Â├Ž oko┬│o 1200 npm. Pogoda pocz┬▒tkowo ustabilizowana, po porannych opadach systematycznie psuje si├¬ i na dzi┬ nie rokuje poprawy. Najwy┬┐szy szczyt w okolicy, do kt├│rego sk┬▒din┬▒d zmierzamy, Pilisca Mare (1374 npm), cho├Ž spowity g├¬st┬▒ mg┬│┬▒ i ciemnymi chmurami, niemniej ca┬│y czas widoczny jest na horyzoncie. Dopiero oko┬│o 14:00 docieramy na skrzy┬┐owanie szlak├│w, gdzie dociera ┬Âcie┬┐ka prowadz┬▒ca z miasta Baile Tusand po┬│o┬┐onego w dolinie. Okazuje si├¬, ┬┐e na najwy┬┐szy okoliczny szczyt nie wchodzimy, ale trawersujemy jego masyw wielkim p├│┬│kolem. Podczas marszu znajdujemy r├│wnie┬┐ ┬╝r├│de┬│ko, po raz pierwszy dzi┬ i na moment si├¬ przy nim zatrzymujemy. Chwil├¬ p├│┬╝niej trzeba wychodzi├Ž z powodu temperatury i marzn┬▒cej m┬┐awki, kt├│ra w┬│a┬Ânie zaczyna pada├Ž.  Do pokonania na dzi┬ nie zostaje jednak wi├¬cej ni┬┐ kilkaset metr├│w.




W pewnym momencie wychodzimy na ma┬│a polank├¬, na kt├│rej szlak zmienia kierunek. Wprost przypadkiem dostrzegam niebiesk┬▒ flage na d┬│ugim kiju, kt├│ra wystaje zza drzew i sugeruj├¬ Januszowi, aby┬Âmy poszli zobaczy├Ž co to za miejsce. Ku naszemu zdziwieniu dochodzimy do ma┬│ej g├│rskiej chatki. Po dok┬│adniejszym obadaniu okazuje si├¬, ┬┐e to konstrukcja postawiona przez jak┬▒┬ turystyczn┬▒ organizacj├¬ rumu├▒sko-w├¬giersk┬▒.  Pomimo i┬┐ jest dopiero 15:20 bez wi├¬kszych opor├│w decydujemy si├¬ zosta├Ž tu na nocleg. Na zewn┬▒trz m┬┐awka przechodzi w deszcz, kt├│ry zapowiada d┬│u┬┐sze opady. Co wi├¬cej – perspektywa sp├¬dzenia dnia pod dachem, a nie w mokrym namiocie jest argumentem nie do podwa┬┐enia. Najwi├¬kszy bonus noclegu w tym miejscu stoi jednak w rogu chaty. Niewielki ceglany piec wraz z zapasem drewna jest w┬│a┬Ânie tym, o czym marzymy.








Nocleg w ma┬│ym, drewnianym przybytku to chyba najwspanialszy i najbardziej klimatyczny moment z ca┬│ego wyjazdu, kt├│rego nie zapomn├¬ przez d┬│ugie lata. Podczas d┬│u┬┐szego lub zwykle wieczoru mo┬┐emy wreszcie wysuszy├Ž podmokni├¬te ┬Âpiwory i namiot, zje┬Â├Ž w normalnych warunkach kolacj├¬ i cieszy├Ž si├¬ ciep┬│em pieca i odg┬│osem drewna trzaskaj┬▒cego w kominku. Nie bez znaczenia jest r├│wnie┬┐ aura na zewn┬▒trz. Leje w┬│a┬Âciwie a┬┐ do rana, a na sam┬▒ my┬Âl o sp├¬dzeniu nocy w takich warunkach mo┬┐na si├¬ wzdrygn┬▒├Ž i dzi├¬kowa├Ž za niespodziewany komfortowy nocleg, kt├│ry pojawi┬│ si├¬ w najw┬│a┬Âciwszym momencie.


8 pa┬╝dziernika




Jako i┬┐ poprzedniego dnia zdecydowali┬Âmy si├¬ na wcze┬Âniejszy nocleg, dzi┬ planujemy odrobi├Ž troch├¬ straconych kilometr├│w i wstajemy o 5:00 rano. W ciep┬│ej chacie przy du┬┐ej ilo┬Âci miejsca woko┬│o przebiega to nadzwyczaj sprawnie. Wychodzimy jeszcze przed ┬Âwitem, oko┬│o 5:50, zamykaj┬▒c za sob┬▒ drzwi chaty. Pocz┬▒tkowo idziemy w ┬Âwietle czo┬│├│wek gdy┬┐ do ┬Âwitu jeszcze daleko. Co prawda nie pada, ale pomimo prognoz, g├¬ste chmury nie zapowiadaj┬▒ rych┬│ej poprawy. Przemierzamy u┬Âpiony jeszcze grzbiet g├│r Harghita, kieruj┬▒c si├¬ na p├│┬│noc. Na polanach ogl┬▒damy jeszcze o┬Âwietlone miasta, w lesie bacznie szukamy znak├│w szlaku, aby nie zgubi├Ž wiod┬▒cej ┬Âcie┬┐ki. Po 7:00 okolica nape┬│nia si├¬ ┬Âwiat┬│em, jednak nie jest to ┬Âwiat┬│o s┬│oneczne. Idziemy ci┬▒gle po mokrej trawie i po kilku godzinach buty mamy ju┬┐ przemokni├¬te. Oko┬│o 11:00 schodzimy do skupisk dom├│w, kt├│re na mojej mapie sk┬│adaj┬▒ si├¬ na wie┬ Santimbru Bai. Zmierzaj┬▒c do osady liczyli┬Âmy na ┬Âwie┬┐y posi┬│ek, jednak w praktyce okazuje si├¬ ┬┐e miejscowo┬Â├Ž jest w┬│a┬Âciwie opuszczona. Mimo, i┬┐ kilkadziesi┬▒t zabudowa├▒ wskazywa┬│oby na du┬┐e zaludnienie to okazuje si├¬, ┬┐e mamy do czynienia z miejscowo┬Âci┬▒ wypoczynkow┬▒, a kt├│rej urz├¬duje najpewniej kilka os├│b. Musimy obej┬Â├Ž si├¬ smakiem i skierowa├Ž na dziuraw┬▒ wjazdow┬▒ drog├¬ do wsi.




Asfalt├│wk┬▒ pokroju szwajcarskiego sera idziemy oko┬│o godziny, by dopiero po ┬│adnych kilku kilometrach da├Ž odpocz┬▒├Ž stopom na mi├¬kkim pod┬│o┬┐u. Cho├Ž jest dopiero niewiele po po┬│udniu, to przy szybkim tempie marszu dos┬│ownie ┬│ykamy kilometry.
Wed┬│ug znaku skrzy┬┐owania szlak├│w od najbli┬┐szej prze┬│├¬czy  dzieli nas trzy godziny drogi. Chocia┬┐ w pochmurnej pogodzie i niskiej temperaturze, kt├│ra nam dzi┬ towarzyszy idzie si├¬ bardzo wygodnie, to jednak nastroje mamy bardzo melancholijne. Wycieczka zmienia si├¬ po prostu w monotonne zbijanie kilometr├│w. Wspomniany odcinek ucinamy w┬│a┬Âciwie w po┬│owie, docieraj┬▒c ┬│agodnym grzbietem na prze┬│├¬cz Tolvaios.
Dopiero nieopodal tego miejsca dopada nas dobra pogoda, kt├│ra diametralnie zmienia nasze nastawianie do marszu. S┬│o├▒ce, kt├│rego zabrak┬│o na p├│┬│tora dnia jest niesamowitym motywatorem, kt├│ry wspaniale ┬│aduje baterie, a flegmatyk├│w zmienia w choleryk├│w. Tak przynajmniej by┬│o w tym przypadku. Wr├│ci┬│ animusz, gadatliwo┬Â├Ž i rado┬Â├Ž z prze┬┐ywanej przygody.




Z prze┬│├¬czy Tolvaios, gdzie przebiega droga wsch├│d-zach├│d trawersuj┬▒ca masyw Karpat, wspinamy si├¬ znowu na wynios┬│y grzbiet, kieruj┬▒c si├¬ za niebieskimi znakami szlaku. To ju┬┐ tylko „sztuka dla sztuki”, gdy┬┐ kilka kilometr├│w dalej znowu tracimy wysoko┬Â├Ž, o 16:30 schodz┬▒c do wsi Harghita Bai.
Postanawiamy zatrzyma├Ž si├¬ tu na prawdziwy nocleg pod dachem. Schronisk typowych brakuje, a nazw┬▒ Cabana (po rumu├▒sku schronisko) tytu┬│uj┬▒ si├¬ wszelkiej ma┬Âci hotele i hostele. Mamy szcz├¬┬Âcie i┬┐ sezon wakacyjny dobieg┬│ ko├▒ca i po szybkim obej┬Âciu lokalnych oferent├│w udaje si├¬ dosta├Ž dwuosobowy pok├│j w trzygwiazdkowym hostelu, za 40 lei od osoby.




To bardzo udana inwestycja. Mo┬┐emy wysuszy├Ž i wypra├Ž rzeczy, porz┬▒dnie si├¬ umy├Ž i skorzysta├Ž z Internetu. Przed zmrokiem robimy r├│wnie┬┐ zakupy we wsi zabieraj┬▒c w plecaki prowiant na dwa dni marszu.


9 pa┬╝dziernika




Nocleg w komfortowych warunkach po raz kolejny predestynuje nas do wcze┬Âniejszego wyj┬Âcia. Budzimy si├¬ o 5:30 i pakujemy niemal od zera. W nocy przyszed┬│ solidny przymrozek, a z nim nieuchronna poprawa pogody. Niebo jest bezchmurne i cho├Ž zi┬▒b daje si├¬ we znaki, to okoliczno┬Âci zapowiadaj┬▒ udany dzie├▒.
Znalezienia wyj┬Âcia ze wsi za niebieskimi oznaczeniami sprawia nam troch├¬ k┬│opot├│w i skutkuje nadrobieniem oko┬│o kilometra. Wszystko z powodu jakiego┬ przedsi├¬biorczego hotelarza, kt├│ry ewidentnie domalowa┬│ jeden znak w miejscu, w kt├│rym nie powinien si├¬ on znajdowa├Ž.
Zaczyna si├¬ rozwidnia├Ž, gdy w ko├▒cu trafiamy na w┬│a┬Âciw┬▒ drog├¬ i pniemy si├¬ na grzbiet. Ca┬│y ranek up┬│ywa pod znakiem d┬│ugiego podej┬Âcia zalesionym trawersem. Szkoda, ┬┐e pi├¬kny wsch├│d s┬│o├▒ca nad morzem mgie┬│ widzimy tylko zza ┬Âwierkowych pni nie mog┬▒c w pe┬│ni nacieszy├Ž si├¬ tym spektaklem.




W okolicach Harghita Siculeni zatrzymujemy si├¬ przy drewnianym schronie Salvamontu. Te pude┬│kowate konstrukcje z dwu spadzistym dachem to charakterystyczny element g├│r Hargita. S┬▒ nowe, nie zniszczone i estetyczne. Nie przypominaj┬▒ blaszanych czy plastikowych konstrukcji rodem z Karpat Po┬│udniowych i wydaj┬▒ si├¬ bardziej estetyczne, czy „przyjazne” na nocleg. ┬Žwiadcz┬▒ one r├│wnie┬┐ o dba┬│o┬Âci organizacji o te odludne g├│ry – szlaki s┬▒ dobrze oznaczone, nie brakuje tabliczek.
Oko┬│o 10:00 docieramy do zabudowa├▒ turystycznych kompleksu Harghita Madras. W g├│rskim hotelu zamawiamy kaw├¬ i robimy ┬Âniadanie szykuj┬▒c si├¬ na kolejny zalesiony odcinek. Nast├¬pne oko┬│o dziesi├¬ciu kilometr├│w jakie dzieli nas od masywu Wirful Fertau (1589 npm) pokonujemy typow┬▒ le┬Ân┬▒ ┬Âcie┬┐k┬▒. Po drodze jest straszliwie pusto, a okolica pozbawiona widok├│w nie uprzyjemnia marszu. Ju┬┐ kt├│ry┬ dzie├▒ z kolei czekamy tylko gdy zza drzewa wy┬│oni si├¬ nied┬╝wied┬╝. Na ub┬│oconej ┬Âcie┬┐ce jest wi├¬cej ┬Âwie┬┐ych ┬Âlad├│w ┬│ap kr├│la lasu ni┬┐ ludzkich but├│w. Czujemy, ┬┐e weszli┬Âmy w typow┬▒ g┬│usz├¬ i teraz skupiamy si├¬ na marszu oraz obserwacji oznacze├▒ szlaku.




Nied┬│ugo po po┬│udniu wreszcie wychodzimy na odkryty teren i urz┬▒dzamy sobie d┬│u┬┐szy post├│j na jedzenie i wytrzepanie but├│w ze ┬Âci├│┬│ki i igie┬│ zebranych pod drodze. Po chwili wyruszamy w dalsz┬▒ drog├¬, maj┬▒c za cel chwilowe po┬┐egnanie szlaku niebieskiego. Odbijaj┬▒c od niego w le┬Ân┬▒ drog├¬ mamy nadziej├¬ znale┬╝├Ž nieoznaczone wej┬Âcie do wsi Sicsau. Na szcz├¬┬Âcie bez problemu udaje si├¬ trafi├Ž idealnie na ┬Âcie┬┐k├¬ wiod┬▒c┬▒ wzd┬│u┬┐ potoku schodz┬▒cego na zach├│d, prosto do wsi. W marszu potwierdzamy r├│wnie┬┐ w┬│a┬Âciwy kierunek u miejscowych robotnik├│w, kt├│rzy informuj┬▒ nas, ┬┐e do zabudowa├▒ zosta┬│o jeszcze pi├¬├Ž kilometr├│w. Le┬Âny dukt szybko zamienia si├¬ w szutr├│wk├¬, kt├│r┬▒ idziemy bardzo szybko. Twarda nawierzchnia jakkolwiek pozawala na sprawne pokonywanie odleg┬│o┬Âci, w destrukcyjny spos├│b wp┬│ywa na stan podeszw st├│p. Oko┬│o 15:00 docieramy wreszcie do zabudowa├▒ wsi Sicsau i marzymy tylko o ┬Âci┬▒gni├¬ciu but├│w. Okazuje si├¬, ┬┐e w miejscowo┬Âci jest sklep, co znacznie uprzyjemnia nam marsz, daj┬▒c sposobno┬Â├Ž do „os┬│odzenia” sobie trud├│w. Spo┬┐ywaj┬▒c smako┬│yki u┬Âwiadamiamy sobie, ┬┐e okolica jest ca┬│kowicie zdominowana przez W├¬gr├│w. Sprzedawczynie s┬▒ W├¬gierkami, wszystkie napisy zawarte s┬▒ w┬│a┬Ânie w tym j├¬zyku, a 90% produkt├│w w sklepie pochodzi wprost z W├¬gier. Nic dziwnego, ┬┐e do tanich nie nale┬┐┬▒… Madziarskiego klimatu dope┬│niaj┬▒ wszechobecne ozdobne bramy wjazdowe – przyk┬│ady kunsztu rze┬╝biarzy i ┬Âwiadkowie zamo┬┐no┬Âci w┬│a┬Âcicieli.




Tymczasem pogoda jest typowo wakacyjna. W s┬│o├▒cu temperatura przekracza dwadzie┬Âcia stopni i samo siedzenie pod sklepem wyciska z nas pot.
Po zjedzeniu wychodzimy w dalsz┬▒ drog├¬, wspinaj┬▒c si├¬ na nowe pasmo g├│rskie – Gurghului, maj┬▒c nadziej├¬ z miar├¬ bezkonfliktowo osi┬▒gn┬▒├Ž g┬│├│wny grzbiet tych g├│r. Niestety nie zdoby┬│em dobrej mapy tych teren├│w i teraz idziemy wed┬│ug zamys┬│├│w radzieckich sztabowc├│w z lat 70-tych minionego wieku. Trasa wiedzie bardzo d┬│ug┬▒ dolin┬▒ rzeczn┬▒ w kierunku p├│┬│nocnym. Trudno tu szuka├Ž jakichkolwiek oznacze├▒ czy sugestii. P├│ki kierunek si├¬ zgadza – idziemy w stron├¬ grzbietu. Problem pojawia si├¬ oko┬│o 18:00 gdy g┬│├│wna, utwardzana szutrem droga ko├▒czy si├¬ w ┬Ârodku lasu i rozga┬│├¬zia na trzy odnogi. Ju┬┐ powinni┬Âmy biwakowa├Ž, jednak usilnie chc├¬ wpierw dotrze├Ž do jakiego┬ charakterystycznego miejsca, ┬┐eby rano u┬│atwi sobie nawigacj├¬. Wybieram instynktownie jedn┬▒ ze ┬Âcie┬┐ek, a Janusz pod┬▒┬┐a za mn┬▒. Do przej┬Âcia pozostaje nam jeszcze kilka kilometr├│w, lecz ruch okazuje si├¬ dobry. Oko┬│o 19:00 osi┬▒gamy zbawienn┬▒ prze┬│├¬cz i niebieski szlak, po czym zadowoleni rozbijamy biwak wprost na le┬Ânym dukcie.


10 pa┬╝dziernika





Noc na zalesionym grzbiecie up³ywa spokojnie i cicho. Nie niepokoj± nas ani zwierzêta, ani ludzie. Gdyby nie kruki penetruj±ce okolicê by³oby zupe³nie cicho. Ponadto na prze³êczy jest stosunkowo ciep³o, zwa¿ywszy na przymrozki panuj±ce w dolinach i na polanach.
Budzimy si├¬ standardowo o 6:00 po czym szybko pakujemy biwak. Pi├¬kny wsch├│d s┬│o├▒ca ogl┬▒damy ju┬┐ z wierzcho┬│ka Poiana Sumleului (1553 npm), na kt├│ry wdrapujemy si├¬ po p├│┬│ godziny marszu. Ci┬▒gle idziemy za znakami szlaku niebieskiego, niestety w tych g├│rach znacznie gorzej oznaczonego. W konsekwencji parokrotnie zbaczamy ze ┬Âcie┬┐ki i nadrabiamy kilkaset metr├│w. Szlak wiedzie na p├│┬│noc w wi├¬kszo┬Âci zalesionym grzbietem, po czym gwa┬│townie schodzi d┬│ugim stokiem na wyludnion┬▒ prze┬│├¬cz. Cho├Ž m├│j GPS pokazuje tu autostrad├¬ to nale┬┐y ona chyba tylko do strefy rumu├▒skich marze├▒.  Kolorowe paliki znacz┬▒ za to planowan┬▒ inwestycj├¬, kt├│r┬▒ przedsi├¬biorczy kartografowie ju┬┐ nanie┬Âli na mapy.




S┬│o├▒ce kolejny ju┬┐ dzie├▒ ┬Âwieci mocno, nie zas┬│aniane ani jednym ob┬│oczkiem. Pomimo rannej pory i rze┬Âkiego powietrza, marsz ods┬│oni├¬tymi podej┬Âciami jest m├¬cz┬▒cy. W okolicy nie ma r├│wnie┬┐ ┬┐┬▒dnego ┬╝r├│d┬│a, a wod├¬ ostatni raz pobierali┬Âmy wczoraj wieczorem. Teraz idziemy na sucho.
Trasa wiedzie ca┬│y czas na p├│┬│noc wprowadzaj┬▒c nas na kolejny grzbiet i wiod┬▒c pomi├¬dzy rzadkimi ┬Âwierkami. Przed po┬│udniem osi┬▒gamy jeszcze jeden wy┬┐szy szczyt – Borzont (1496 npm), by oko┬│o 12:00 zej┬Â├Ž do prze┬│├¬czy Bucin.
Przez prze³êcz prowadzi co prawda ruchliwa droga, a woko³o nie brakuje zabudowañ. Pojawiaj± siê stragany, restauracje, nie ma natomiast zwyk³ego sklepu. Jak siê okazuje okolica jest typowo zdominowana przez Wêgrów. Zatrzymujemy siê na chwilowy postój i kawê w klimatycznej knajpce.
Nieopodal widzieli┬Âmy zardzewia┬│y i stary znak szlaku, kt├│ry wskazywa┬│, ┬┐e szlak niebieski kt├│rym do tej pory pod┬▒┬┐ali┬Âmy prowadzi do miasta Toplity czyli w praktyce w┬│a┬Ânie tam, gdzie potrzebujemy si├¬ dosta├Ž. Bierzemy to za dobry omen, ale pr├│bujemy r├│wnie┬┐ spyta├Ž o drog├¬ miejscowych. Chocia┬┐ po w├¬giersku nie rozumiemy ani s┬│owa, a na porad├¬ zbiera si├¬ poka┬╝ne grono mieszka├▒c├│w okolicy, to z gest├│w mo┬┐emy wywnioskowa├Ž, ┬┐e przez g├│ry do tego miasta nie dojdziemy.




Sceptyczn┬▒ opini┬▒ zbytnio si├¬ nie przejmujemy i wyprosiwszy jeszcze miejscowych o uzupe┬│nienie naszych butli wod┬▒ „kraniczank┬▒” wyruszamy w dalsz┬▒ drog├¬ na p├│┬│noc. Szlak do tej pory widoczny i czytelny, na tym odcinku jest oznaczony tragicznie. Stare i wyblak┬│e znaki pojawiaj┬▒ si├¬ raz na kilkaset metr├│w albo w og├│le. Mimo wszystko idziemy ┬Âcie┬┐k┬▒ do g├│ry i szybko osi┬▒gamy wierzcho┬│ek Fresiliasa (1627 npm). Dalej jest ju┬┐ tylko gorzej. ┬Žcie┬┐ka prowadz┬▒ca grzbietem pocz┬▒tkowo wyra┬╝na i szeroka, wkr├│tce ca┬│kowicie zanika. Zostajemy po┬Ârodku lasu i jedyne co mo┬┐emy zrobi├Ž to i┬Â├Ž grzbietem przed siebie.
Pocz┬▒tkowo liczymy, ┬┐e niebawem trafimy na jak┬▒┬ normaln┬▒ ┬Âcie┬┐k├¬, jednak nic takiego nie nast├¬puje. Odcinek biegn┬▒cy grzbietem a┬┐ do zej┬Âcia ze szczytu Teterka (1689 npm) to katorga tego┬┐ wyjazdu. Raptem kilka kilometr├│w, kt├│re pokonujemy relatywnie p┬│askim terenem kosztuje nas ponad trzy godziny. Warunki w kt├│rych przychodzi nam i┬Â├Ž s┬▒ po prostu koszmarne i jeste┬Âmy nimi bardzo zaskoczeni. Przyznam, ┬┐e wcze┬Âniej nie spodziewa┬│em si├¬, ┬┐e trafimy kiedykolwiek na „taki” grzbiet, przez kt├│ry nie prowadzi dos┬│ownie ┬┐adna droga ani ┬Âcie┬┐ka. Mo┬┐emy szuka├Ž ledwie widocznych ┬Âlad├│w zwierz┬▒t i i┬Â├Ž za nimi, przemierzaj┬▒c po drodze wiatro┬│omy, krzaki i g├¬sty las.




Odcinek kosztuje nas du┬┐o wysi┬│ku zar├│wno fizycznego jak i psychicznego. Wychodz┬▒c wreszcie na po┬│onin├¬ jeste┬Âmy ┬╝li na wszystko w oko┬│o, ale nie na siebie samych. Ciesz├¬ si├¬, ┬┐e mia┬│em GPS i cho├Ž droga nie wiod┬│a po ┬Âcie┬┐ce to jako kompas sprawdzi┬│ si├¬ on bardzo dobrze.
Cho├Ž do wieczora nie spotykamy ┬┐adnego cz┬│owieka, teren okazuje si├¬ bardzo wyeksploatowany przez cz┬│owieka. Nie brakuje wycinkowych dr├│g pomi├¬dzy kt├│rymi mo┬┐na si├¬ pogubi├Ž, a niekt├│re wzniesienia s┬▒ wprost ogo┬│ocone z drzew przez agresywn┬▒ polityk├¬ drwali.




Bardzo zm├¬czeni, po zachodzie s┬│o├▒ca osi┬▒gamy kolejn┬▒ prze┬│├¬cz, kt├│ra na mojej radzieckiej mapy jest bezimienna. Ju┬┐ o zmroku udaje si├¬ znale┬╝├Ž opuszczon┬▒ bac├│wk├¬ i ┬╝r├│de┬│ko. To idealne miejsce noclegowe, zwa┬┐ywszy ┬┐e poza wod┬▒, mo┬┐emy skorzysta├Ž z pasterskich ┬│aw i sto┬│├│w.
Po kolacji kt├│r┬▒ wci┬▒gamy w oka mgnieniu, k┬│adziemy si├¬ spa├Ž i zasypiamy szybko kamiennym snem.


11 pa┬╝dziernika




Wstajemy o 6:00 i po godzinie zwijamy ju¿ obozowisko przy bacówce. Chocia¿ s³oñce jeszcze nie wzesz³o to bezchmurne niebo zapowiada kolejny piêkny dzieñ.
Cho├Ž od miejsca gdzie wczoraj stracili┬Âmy z oczu szlak niebieski min├¬┬│o ju┬┐ kilkana┬Âcie kilometr├│w i ┬│adnych kilka godzin marszu, po osi┬▒gni├¬ciu prze┬│├¬czy spotykamy go znowu i po raz kolejny postanawiamy mu zaufa├Ž.
Jeszcze przed ┬Âwitem zaczynamy podchodzi├Ž w kierunku szczytu Kruc (1516 npm) i po godzinie marszu docieramy na miejsce. Stamt┬▒d ju┬┐ nawigacja wzd┬│u┬┐ szlaku si├¬ komplikuje, a ten oznaczony jest bardzo zmiennie. W konsekwencji znaki gubimy kilkakrotnie, ale mimo tego konsekwentnie pod┬▒┬┐amy zgodnie z map┬▒ w za┬│o┬┐onym, p├│┬│nocnym kierunku. Przed d┬│ugim zej┬Âciem, jakie nieuchronnie nas czeka mamy jeszcze do przej┬Âcia ┬│adnych kilka kilometr├│w g├│rskim grzbietem.
P├│ki oznaczenia biegn┬▒ zgodnie z zak┬│adan┬▒ przez nas tras┬▒ idziemy za nimi. W pewnym jednak momencie zbaczaj┬▒ z drogi i wprowadzaj┬▒ w g├¬sty las bez perspektywy konkretnej ┬Âcie┬┐ki czy dobrego oznaczenia. Zdenerwowani postanawiamy nie da├Ž si├¬ wymanewrowa├Ž oraz pos┬│ucha├Ž w┬│asnego rozs┬▒dku i mapy. Cho├Ž asertywno┬Â├Ž w takiej postaci kosztuje nas nad┬│o┬┐eniem ponad kilometra, to jednak pod┬▒┬┐anie za obran┬▒ ┬Âcie┬┐k┬▒ wydaje si├¬ pewniejsze ni┬┐ znikaj┬▒cy mi├¬dzy drzewami szlak. Napotkani po drodze m┬│odzi pasterze r├│wnie┬┐ potwierdzaj┬▒ nasze przypuszczenia co do drogi zej┬Âciowej, pokazuj┬▒c przy tym na placach niebotyczn┬▒ liczb├¬ dwudziestu kilometr├│w jakie zosta┬│y do miasta Toplita.
Grzbiet Gurghului opuszczamy definitywnie przed po┬│udniem, schodz┬▒c w kierunku p├│┬│nocnym poni┬┐ej szczytu Betryna (1634 npm), w d┬│ug┬▒ dolin├¬ rzeczn┬▒. ┬Žcie┬┐ka powoli zamienia si├¬ w dr├│┬┐k├¬, dr├│┬┐ka w szutr├│wk├¬, a ta z kolei w drog├¬ asfaltow┬▒. Jednak zanim to nast├¬puje pokonujemy kilkana┬Âcie kilometr├│w po twardej nawierzchni, co na tym etapie szale├▒czego marszu bardzo nas m├¬czy.




W dolinach z pe┬│n┬▒ moc┬▒ uderza nas letnia atmosfera, kt├│ra objawia si├¬ przede wszystkim temperatur┬▒. Na przedmie┬Âciach Toplity pr├│bujemy z┬│apa├Ž stopa, ale z marnym skutkiem. Do miasta szybciej docieramy na w┬│asnych nogach i ju┬┐ o 14:00 po przekroczeniu rzeki Muresz trafiamy w teren mocno zurbanizowany. Nie da si├¬ ukry├Ž, ┬┐e Toplita ko├▒czy zasi├¬g wp┬│yw├│w w├¬gierskich. Pojawiaj┬▒ si├¬ rumu├▒skie flagi i typowe budownictwo. Niestety pe┬│no tu r├│wnie┬┐ Rom├│w, kt├│rzy zaczepiaj┬▒ nas na ka┬┐dym kroku.
Pocz┬▒tkowo zachodzimy do Lidla, tam robimy wi├¬ksze zakupy na kolejne dni oraz spe┬│niamy bie┬┐┬▒ce zachcianki swoich ┬┐o┬│┬▒dk├│w. Nadrabianie kalorii idzie nam wy┬Âmienicie, a kolejne produkty znikaj┬▒ w mgnieniu oka. Nast├¬pnie idziemy na kaw├¬, gdzie nadrabiam zaleg┬│o┬Âci w korzystaniu z Internetu. Du┬┐e miasto to r├│wnie┬┐ dobre miejsce do za┬│atwienia swoich „terminowych” spraw i wykonania kilku telefon├│w.
W efekcie mnogo┬Âci zaj├¬├Ž, czas sp├¬dzony w Toplicie przeci┬▒ga si├¬. Gdy decydujemy si├¬ wreszcie opu┬Âci├Ž miasto szukamy najpierw konwencjonalnego transportu. Rozk┬│ad jazdy na przystanku autobusowym sugeruje, ┬┐e na najbli┬┐szego busa przyjdzie nam d┬│ugo poczeka├Ž, a miejscowi zapytani o transport zach├¬caj┬▒ do ┬│apania stopa. Bez d┬│u┬┐szego zastanawiania si├¬ zaczynamy macha├Ž w znajomym b┬│agalnym ge┬Âcie, jednak przez p├│┬│ godziny nikt si├¬ nie zatrzymuje, a ruch jak na krajow┬▒ drog├¬ do najg├¬stszych nie nale┬┐y. Z braku ch├¬ci na d┬│u┬┐sze oczekiwanie postanawiamy sprawdzi├Ž rozk┬│ad jazdy poci┬▒g├│w, ale nast├¬pny „trenul” dotrze tu dopiero za godzin├¬. Zrezygnowani wracamy na znajomy przystanek i z braku lepszej opcji znowu ┬│apiemy stopa. Po kilku minutach szcz├¬┬Âcie wreszcie dopisuje. Wsiadamy do samochodu pani w ┬Ârednim wieku, kt├│ra jest nauczycielk┬▒ francuskiego. Wstyd, ale obaj uczyli┬Âmy si├¬ tego j├¬zyka w liceum, a teraz nie pami├¬tamy ani s┬│owa. Ostatecznie niestety nie nawi┬▒zujemy d┬│u┬┐szej rozmowy mimo obop├│lnych pr├│b.
Mi┬│a Pani wiezie nas kilka kilometr├│w do miejscowo┬Âci Stanceni i ┬┐yczy udanej podr├│┬┐y. Bez zw┬│oki wchodzimy w podrz├¬dn┬▒ drog├¬ asfaltow┬▒ i kontynuujemy marsz na p├│┬│noc, wzd┬│u┬┐ potoku Zebrazui.  Tym duktem kroczymy a┬┐ do zapadni├¬cia zmroku i rozbijemy si├¬ nieopodal cieku wodnego tak, aby postronni nie mogli dostrzec namiotu. Kolacj├¬ sponsoruje miejscowy Lild.


12 pa┬╝dziernika




Standardowo budzimy si├¬ o 6:00 rano i przy ┬Âwietle czo┬│├│wek wprawiamy do ca┬│odziennego funkcjonowania. Jeste┬Âmy w dolinie wi├¬c dzi┬ jest wyj┬▒tkowo mroczno, a zwijany po raz kolejny mokry namiot bardziej przypomina klej┬▒c┬▒ si├¬ szmat├¬ ni┬┐ schronienie na noc.
Dolin┬▒ rzeczn┬▒ idziemy jeszcze ┬│adnych kilka kilometr├│w, zanim na naszej drodze pojawia si├¬ przybity do drzewa drogowskaz i nakazuje obranie drogi na zbocze. Pierwsze promienie s┬│o├▒ca docieraj┬▒ do nas dopiero na grzbiecie, na wysoko┬Âci Poiana Zebrac. Tam r├│wnie┬┐ zmieniamy niebieski szlak konny (niebieskie ko┬│a z bia┬│┬▒ obwolut┬▒) na ┬┐├│┬│ty szlak pieszy, kt├│ry biegnie g┬│├│wnym grzbietem prosto na p├│┬│noc. Tych oznacze├▒ staramy si├¬ ju┬┐ trzyma├Ž, gdy┬┐ prowadz┬▒ w interesuj┬▒cym nas kierunku.




Gdy tylko wychodzimy na kt├│r┬▒┬ z polan po drodze, w oddali widzimy sw├│j cel – szczyt Virful Ratitis (20121 npm). Z tej perspektywy, ┬│agodnie nachylony i pozbawiony drzew wygl┬▒da niczym bieszczadzka po┬│onina, po┬│o┬┐ona o rzut kamieniem od nas. Na samym szczycie widzimy r├│wnie┬┐ jak┬▒┬ wiat├¬. Rzeczywisto┬Â├Ž rewiduje niestety nasze spostrze┬┐enia i pokazuje jak perspektywa mo┬┐e zmyli├Ž obserwator├│w. Na widoczny przed nami szczyt idziemy a┬┐ do po┬│udnia, ponad trzy godziny. Co prawda podej┬Âcie jest ┬│agodne, ale ci┬▒gnie si├¬ trawiastym zboczem naprawd├¬ w niesko├▒czono┬Â├Ž. Dodatkowo brakuje ┬Âcie┬┐ek, a chodzenie w┬Âr├│d wysokiej trawy w pe┬│nym s┬│o├▒cu mimo wszystko m├¬czy. Jak na t┬▒ wysoko┬Â├Ž jest wybitnie gor┬▒co, a wiatr w og├│le nie wieje. Podej┬Âcie ci┬▒gnie si├¬ oko┬│o sze┬Âciu kilometr├│w w czasie kt├│rych kilkukrotnie tracimy cierpliwo┬Â├Ž i klniemy na czym ┬Âwiat stoi. Szczyt jest widoczny ca┬│y czas, ale praktycznie si├¬ do niego nie zbli┬┐amy. Dopiero po dotarciu na miejsce ogl┬▒damy ogrom przestrzeni jaki pozosta┬│ za nami. Ma┬│a wiata widzian┬▒ z oddali, okazuje si├¬ tymczasem kilkupoziomowym budynkiem obserwatorium meteorologicznego.




Po d┬│ugim podej┬Âciu urz┬▒dzamy zas┬│u┬┐ony nocleg i wytyczamy palcem w powietrzu planowan┬▒ tras├¬. Kilkana┬Âcie minut p├│┬╝niej ju┬┐ jeste┬Âmy na nogach i realizujemy plany schodz┬▒c do prze┬│├¬czy g┬│├│wnym szlakiem czerwonym. Niebawem wypi├¬trza si├¬ przed nami wybitny masyw Pietrosul (2100 npm), kt├│ry jednak sprytnie omijamy trawersem. Nie widzimy sensu w zdobywaniu samego szczytu, a tak to przynajmniej b├¬dzie pow├│d ┬┐eby wr├│ci├Ž w te okolice.
Oko┬│o 14:00 wychodzimy po drugiej stronie masywu i zabieramy si├¬ za marsz grzbietem w kierunku p├│┬│nocnym. Pokonywanie tego odcinka przebiega bardzo znojnie cho├Ž grzbiet stopniowo obni┬┐a si├¬ . Popo┬│udniowe s┬│o├▒ce mocno przypieka, a teren staje si├¬ coraz bardziej dziki. Poro┬Âni├¬ty kos├│wk┬▒ i niskim lasem grzbiet by┬│by wprost nie do przej┬Âcia, gdyby nie dobrze oznaczony szlak i siekiery nieznanych wolontariuszy. Chocia┬┐ idziemy tunelem w┬Âr├│d krzew├│w, to i tak solidnie obdzieramy nogi wystaj┬▒cymi ga┬│├¬ziami kosodrzewiny.




Ku naszemu niezadowoleniu charakter grzbietu kt├│rym idziemy a┬┐ do ko├▒ca dnia nie zmienia si├¬. Niski las, kosodrzewina i skalne osta├▒ce powtarzaj┬▒ce si├¬ w r├│┬┐nej kolejno┬Âci. Mo┬┐na znienawidzi├Ž, albo si├¬ przyzwyczai├Ž. My zdecydowanie wybrali┬Âmy drug┬▒  opcj├¬.
Oko┬│o 18:00 docieramy do najbardziej znanego miejsca w okolicy – Stancile 12 Apostoli (1775 npm), kt├│re wyr├│┬┐nia si├¬ skupiskiem nieprzeci├¬tnych form skalnych. St┬▒d obserwujemy pi├¬kny zach├│d s┬│o├▒ca, kt├│ry ┬Âwiadczy, ┬┐e czym pr├¬dzej powinni┬Âmy znale┬╝├Ž wod├¬ i miejsce na nocleg.




Troch├¬ kluczymy po okolicy, zanim znajdujemy oznaczenia niebieskiego szlaku, kt├│rym zamierzali┬Âmy schodzi├Ž. Jak wida├Ž jego bieg zosta┬│ zmieniony wzgl├¬dem mapy i teraz dalej prowadzi grzbietem. Przy gasn┬▒cym ┬Âwietle dnia znajdujemy jeszcze oznaczone ┬╝r├│de┬│ko i nabieramy wody na nocleg. Rozbijamy si├¬ kilka metr├│w za granic┬▒ Parku Narodowego Calimani, nieopodal szczytu Cerbul (1637 npm).


13 pa┬╝dziernika




Budzimy si├¬ o 5:45, pakujemy i zaczynamy schodzi├Ž z grzbietu. Gdy wychodzimy jest jeszcze ciemno, a w oddali na wschodzie horyzont p┬│onie czerwieni┬▒, zapowiadaj┬▒c nowy dzie├▒. Rozmawiamy, ┬┐e przez dziesi├¬├Ž dni wyjazdu dzie├▒ jest ju┬┐ znacznie kr├│tszy, s┬│o├▒ce p├│┬╝niej wschodzi, a zmrok zapada wcze┬Âniej ni┬┐ na pocz┬▒tku miesi┬▒ca. W oddali dostrzegamy masyw g├│r Suhard i g├¬st┬▒ mg┬│├¬, kt├│ra szczelnie wype┬│nia doliny.
Schodzimy na zach├│d, szlakiem niebieskim do drogi. Jeszcze nieopodal grzbietu mijamy g├│rski monastyr, najwidoczniej zamieszkany. Stamt┬▒d ju┬┐ zaczyna si├¬ porz┬▒dna droga szutrowa prowadz┬▒ca prosto do wsi. Ranek na grzbiecie nie by┬│ ch┬│odny, ale temperatura spada wraz ze spadkiem wysoko┬Âci. Do wsi Poiana Negri schodzimy oko┬│o dw├│ch godzin, mijaj┬▒c w marszu pot├¬┬┐ny kamienio┬│om i kilka grup drwali zmierzaj┬▒cych do pracy w lesie.



Po dotarciu do samej wsi wita nas inny, zamglony ┬Âwiat. Momentalnie robi si├¬ bardzo zimno i ponuro. O ile wy┬┐ej s┬│o├▒ce jeszcze przebija si├¬ przez zas┬│on├¬, o tyle na dnie doliny jest melancholijnie i sm├¬tnie.
Od drogi g┬│├│wnej i wsi Dorna Candreilor gdzie si├¬ kierujemy dzieli nas jakie┬ siedem kilometr├│w. Chc┬▒c chroni├Ž stopy przed klepaniem asfaltu machamy na samochody, kt├│re z rzadka przeje┬┐d┬┐aj┬▒ t┬▒ drog┬▒. Po kilkunastu minutach dopisuje nam szcz├¬┬Âcie i weso┬│y Rumun zabiera nas do wsi przy drodze g┬│├│wnej.
Zmarzli┬Âmy i aby si├¬ ogrza├Ž wchodzimy do knajpy nieopodal po czym tankujemy po dwie kawy. Nast├¬pnie robimy zakupy na najbli┬┐sz┬▒ dob├¬, zak┬│adaj┬▒c, ┬┐e tyle maksymalnie b├¬dzie trwa┬│ marsz do nast├¬pnej wsi. W mi├¬dzyczasie, oko┬│o godziny 10:00 mg┬│a rozrzedza si├¬, a my grzej┬▒c si├¬ na s┬│o├▒cu zmierzamy drog┬▒ w kierunku zachodnim.
Zanim ┬│apiemy kolejnego stopa, idziemy wzd┬│u┬┐ drogi oko┬│o kilometra. Kolejne trzy kilometry podwozi nas miejscowy.  Wysiadamy na skrzy┬┐owaniu i dalej maszerujemy piechot┬▒. Najpierw do wsi Cosna, a nast├¬pnie jedn┬▒ z asfaltowych dr├│g w kierunku grzbietu nowego pasma g├│rskiego. W┬│a┬Âciwie  nie jestem pewien czy to poboczny grzbiet g├│r Suhard czy ju┬┐ g├│ry Bargau. Na mapach widniej┬▒ nieprecyzyjne podpisy tego rejonu. Na pierwszy rzut oka jednak wida├Ž, ┬┐e wkroczyli┬Âmy na tereny Bukowiny. Zmienia si├¬ charakter dom├│w, ubi├│r ludzi i drobne szczeg├│┬│y, kt├│re w szerszym tle sk┬│adaj┬▒ si├¬ na wprost inny koloryt regionu. Po wp┬│ywach w├¬gierskich nie pozosta┬│o  tu ju┬┐ widocznego ┬Âladu.




Przed po┬│udniem schodzimy z drogi asfaltowej i opuszczamy rozgrzan┬▒ s┬│o├▒cem dolin├¬. Zapuszczamy si├¬ w zalesion┬▒ drog├¬ wyprowadzaj┬▒c┬▒ na grzbiet. W lesie na szcz├¬┬Âcie jest cicho i ch┬│odno, gdy┬┐ w takich warunkach na odkrytym terenie przysz┬│oby nam wyla├Ž wiele potu. G┬│├│wny grzbiet nie jest co prawda oznaczony ┬┐adnymi znakami szlak├│w, ale prowadzi nim droga i z nawigowanie nie sprawia ┬┐adnych trudno┬Âci.




Przed pierwsz┬▒ po┬│onin┬▒ trafiamy na w┬▒t┬│e ┬╝r├│de┬│ko, kt├│re pojawia si├¬ akurat kiedy go potrzebujemy.  Odpoczywamy tutaj oraz uzupe┬│niamy puste butelki po wodzie. Na otwartym terenie zaczyna wia├Ž i cho├Ž s┬│o├▒ce dominuje na niebie to czu├Ž zapowiadan┬▒ zmian├¬ pogody.  Na horyzoncie pojawiaj┬▒ si├¬ nieliczne chmury, a niebo jest z lekka zamglone. Pasmo, po kt├│rym idziemy prezentuje si├¬ malowniczo i bardzo widokowo, najwy┬┐szy szczyt przekracza niewiele ponad 1400 npm. Przed nami powoli wyrasta masyw Alp Rodnia├▒skich, a z prawej strony rozci┬▒ga si├¬ g┬│├│wny grzbiet g├│r Suhard. W dolinach czerwieni┬▒ si├¬ jesienne buki, a o┬Âwietlone po┬│oniny zyskuj┬▒ z┬│otawy odcie├▒ ogarni├¬tych s┬│o├▒cem, zesch┬│ych traw.
Podczas kilku godzin marszu ewoluuje równie¿ charakter gór, po których maszerujemy. Pocz±tkowo ³agodne pasmo nabiera agresywnego pierwiastka, objawiaj±cego siê stromymi stokami i mocno wciêtymi dolinami rzek.




Wieczorem Alpy Rodnia├▒skie widzimy ju┬┐ jak na d┬│oni, dos┬│ownie po drugiej stronie bardzo g┬│├¬bokiej doliny. Jeste┬Âmy sk┬▒din┬▒d nieopodal naszego celu – wsi Sant i zastanawiamy si├¬ czy  schodzi├Ž do niej na nocleg. Pomimo niewielkiej odleg┬│o┬Âci droga wije si├¬ i wyd┬│u┬┐a, a my ostatecznie decydujemy rozbi├Ž biwak na grzbiecie, w bajecznych wprost okoliczno┬Âciach przyrody. Gra ┬Âwiate┬│ zachodz┬▒cego s┬│o├▒ca przy├Žmiewa wszystkie widoki jakie do tej pory natura ofiarowa┬│a nam na tym wyje┬╝dzie. Zach├│d s┬│o├▒ca trwa zdecydowanie zbyt kr├│tko, cho├Ž nie przychodzi po nim oczekiwany zi┬▒b g├│rskiej nocy.  D┬│ugo siedzimy poza namiotem i zanim k┬│adziemy si├¬ spa├Ž snujemy plany na kolejny, ci├¬┬┐ki dzie├▒.






14 pa┬╝dziernika




Zmotywowani do przej┬Âcia trudnego odcinka, dzie├▒ zaczynamy raczej bez po┬Âpiechu. Pobudka o 6:00, godzinne pakowanie si├¬ i wymarsz. Chodzenie przed ┬Âwitem ju┬┐ nam si├¬ znudzi┬│o. Chocia┬┐ pasterskie psy s┬│ycha├Ž od samego rana, to pomi├¬dzy domy Sant wkraczamy dopiero po godzinie marszu. G├│rska dolina jest mocno wci├¬t┬▒ form┬▒ terenu, a ca┬│e dost├¬pne miejsce wykorzystano skrupulatnie przez miejscowych  na wypas owiec i kr├│w. Urbanizacja wygl┬▒da na znacznie bardziej rozwini├¬t┬▒ ni┬┐ w miejscowo┬Âciach nieopodal Braszowa czy Toplity.
Sant, w kt├│rym trafiamy akurat na poranne dostawy do sklep├│w okazuje si├¬ nie wsi┬▒, a miastem. Na ka┬┐dym rogu spogl┬▒daj┬▒ na nas twarze kandydat├│w na przysz┬│ego prezydenta Rumunii. Tegoroczne wybory  co prawda od pocz┬▒tku marszu towarzyszy┬│y mijanemu otoczeniu, ale w Sant plakaty w swojej liczbie staj┬▒ si├¬  wprost natarczywe.






W ostatnim punkcie postojowym przed zako├▒czeniem projektu robimy zakupy na ca┬│y dzie├▒ i ┬Âniadanie na miejscu. Organizm ┬│apczywie domaga si├¬ kalorii czemu szybko mo┬┐emy zaradzi├Ž. Pod r├¬k├¬ idzie p├│┬│ kilowy bochen chleba i 400 g kremu czekoladowego. Wszystko zostaje zjedzone w przeci┬▒gu kilkunastu minut, a po ┬Âniadaniu mo┬┐emy kontynuowa├Ž marsz. Niestety nie udaje si├¬ nam znale┬╝├Ž w miasteczku ani kawiarni, ani dost├¬pnej sieci internetowej.
Zadowoleni i bogatsi o p├│┬│tora tysi┬▒ca kalorii na osob├¬ wyruszamy drog┬▒ na p├│┬│noc, powoli wspinaj┬▒c si├¬ na grzbiet Alp Rodnia├▒skich. Te ostatnie g├│ry na trasie s┬▒ bardzo wybitne. Nawet nie chce si├¬ nam my┬Âle├Ž o tym, ┬┐e z wysoko┬Âci ok. 550 npm musimy wej┬Â├Ž na ponad 2200 npm w pionie.  Maszerujemy szutrow┬▒ drog┬▒ do pobliskiego kompleksu turystycznego, po┬│o┬┐onego kilka kilometr├│w dalej i ponad p├│┬│ kilometra wy┬┐ej – Alpina Blazna. Aby skr├│ci├Ž sobie drog├¬, ┬Âcinamy stromymi zboczami liczne zakosy. Odcinek ci┬▒gnie si├¬, a bezwietrzna, s┬│oneczna pogoda wyciska z nas pot.




W opustosza┬│ym kompleksie turystycznym, kt├│ry okazuje si├¬ wielkim i drogim molochem kupujemy kaw├¬. Niestety i tu internet jest tymczasowo niedost├¬pny, wi├¬c nie mo┬┐emy sprawdzi├Ž pogody.  Odpoczynek jednak dobrze nam s┬│u┬┐y i kolejne podej┬Âcie jest ju┬┐ ┬│atwiejsze. Gdy za┬ wychodzimy na otwarty teren zaczyna wia├Ž, po czym marsz staje si├¬ znacznie przyjemniejszy. Szlak niebieskich krzy┬┐yk├│w za kt├│rym pod┬▒┬┐amy wyprowadza nas na grzbiet i stopniowo na kolejne szczyty – Virful Cobaesl (1835 npm) i  Virful Rosu (2113 npm). Wiatr dmie bardzo mocno, a na grani Alp Rodnia├▒skich pojawiaj┬▒ si├¬ przeganiane jego podmuchami chmury.
Oko┬│o po┬│udnia w zacisznym miejscu robimy post├│j na jedzenie, by kilkana┬Âcie minut p├│┬╝niej z powrotem wr├│ci├Ž na gra├▒. Mamy bardzo dobre tempo, ruchy s┬▒ szybkie i p┬│ynne.  W tych g├│rach spotykamy nielicznych turyst├│w, w┬│a┬Âciwie pierwszych, nie licz┬▒c kilku osobnik├│w w Calimani. Pozdrawiamy i mijamy napotkanych w├¬drowc├│w, kt├│rzy id┬▒ w kierunku zgodnym z naszym.
G┬│├│wna gra├▒ Alp Rodnia├▒skich miejscami przybiera agresywny, skalny charakter, ale nie sprawia technicznych problem├│w. Tylko niekiedy trzeba si├¬ przytrzyma├Ž r├¬k┬▒, czy dobrze oprze├Ž na kamieniu. Po zej┬Âciu ze szczytu Virful Ineut (2222 npm) trafimy na g┬│├│wny szlak czerwony i dalej idziemy za jego znakami. Omijamy wej┬Âcie na najwy┬┐szy szczyt w regionie – Virful Ineu (2279 npm) i trawersujemy go poni┬┐ej wierzcho┬│ka.




Bardzo mocny wiatr nie ucicha i po 14:00 trzeba wyci┬▒gn┬▒├Ž kurtki. W trudniejszym ni┬┐ zwykle terenie pomimo usilnych stara├▒ kilometry mijaj┬▒ wolniej, a zm├¬czenie powoli daje o sobie zna├Ž. Szczeg├│lnie stopy, po kilkunastu dniach intensywnego marszu piek┬▒ niemi┬│osiernie. W pewnym momencie twierdz├¬ nawet, ┬┐e gdyby nas kijami ok┬│adano po stopach to r├│┬┐nica by┬│aby niewielka. Na szcz├¬┬Âcie rych┬│y koniec marszu dodaje si┬│ i ch├¬ci pokonywania w┬│asnych s┬│abo┬Âci.




Wieczorem docieramy do szczytu Virgul Gargalau (2159 npm), po czym schodzimy na prze┬│├¬cz o tej samej nazwie. Szlak kt├│ry prowadzi w d├│┬│ wiedzie ju┬┐ do doliny i oznacza koniec naszych zmaga├▒. Niemniej z drugiej strony mamy ch├¬├Ž przej┬Â├Ž si├¬ jeszcze jutro dalej, a┬┐ do miasta Borsa. Niestety w praktyce pogoda jest niepewna, a cel oddalony o prawie trzydzie┬Âci kilometr├│w.
Decydujemy si├¬ a nocleg nieopodal prze┬│├¬czy, kt├│ra do tego najlepszym miejscem na g┬│├│wnym grzbiecie. Jutrzejsz┬▒ decyzj├¬ co do wyboru opcji pomi├¬dzy kontynuacj┬▒ marszu a schodzeniem decydujemy od pogody. Z takim za┬│o┬┐eniem k┬│adziemy si├¬ spa├Ž.


15 pa┬╝dziernika





Rankiem ci┬▒gle wieje. Namiot, kt├│ry nie wysech┬│ od tygodnia wreszcie ma okazj├¬, akurat ostatniego dnia. Wstajemy o 6:30 i obserwujemy pogod├¬ wok├│┬│ nas. Wiatr przegania po niebie czarne, nieprzyjemne chmury i zapowiada rych┬│e opady. Klamka zapad┬│a, decydujemy si├¬ schodzi├Ž do najbli┬┐szej wsi.
Ostatnie dziewi├¬├Ž kilometr├│w jakie dzieli nas od doliny pokonujemy przy bajecznej grze ┬Âwiate┬│ i kolor├│w wstaj┬▒cego dnia. Jest po prostu pi├¬knie i kilkukrotnie zatrzymujemy si├¬ podziwiaj┬▒c widoki. Droga biegnie pocz┬▒tkowo niebieskim szlakiem zej┬Âciowym na p├│┬│noc a┬┐ do wyp┬│aszczenia Poiana Stiol. Stamt┬▒d odbijamy prosto na zach├│d, w kierunku wci├¬tej doliny. Z tego miejsca Marmarosze wygl┬▒daj┬▒ pi├¬knie, o┬Âwietlone nielicznymi promieniami wschodz┬▒cego s┬│o├▒ca, kontrastuj┬▒c intensywn┬▒ zieleni┬▒ na tle fioletowego, burzowego nieba.




Odcinek maj┬▒cy sprowadzi├Ž nas do doliny jest kr├│tki, ale za to bardzo stromy i trzeba uwa┬┐a├Ž ┬┐eby na samym ko├▒cu marszu nie zrobi├Ž sobie krzywdy. Pocz┬▒tkowo biegnie nieopodal pi├¬knego wodospadu Caso Gailol, nast├¬pnie stopniowo zag┬│├¬biaj┬▒c si├¬ w bukowy, z┬│osisto-br┬▒zowy las.
┬Žcie┬┐ka, z pocz┬▒tku w┬▒ska, wkr├│tce przechodzi w drog├¬ szutrow┬▒, a na wysoko┬Âci pierwszych zabudowa├▒ przybiera posta├Ž typowej asfalt├│wki. Dochodzimy do miejscowo┬Âci hoteli i udogodnie├▒ turystycznych - Statiunea Borsa. Do krajowej drogi g┬│├│wnej nr 18, kt├│ra znaczy koniec naszego marszu docieramy o 9:50. Uda┬│o si├¬ zrealizowa├Ž plan i pokona├Ž ca┬│e Rumu├▒skie Karpaty Wschodnie. Fanfar nie ma, za to zbita pi┬▒tka i wzajemne gratulacje realizacji za┬│o┬┐onych cel├│w musz┬▒ tymczasowo wystarczy├Ž.







Na d┬│ugie rozwa┬┐ania jak zwykle brakuje czasu. Nieopodal stoi bus do Borsy, kt├│ry odje┬┐d┬┐a┬│ za kilka minut. Szcz├¬┬Âcie dopisuje i wizja ┬│apania stopa na ma┬│o ruchliwej drodze, kt├│ra sk┬▒din┬▒d nie bardzo nam odpowiada┬│a, odchodzi. Za 2 leje jedziemy dziesi├¬├Ž kilometr├│w i docieramy do miasta Borsa o 10:30, by tam wst┬▒pi├Ž do knajpy na dobr┬▒ kaw├¬ i wi-fi. Z ciekawo┬Âci sprawdzam rozk┬│ad ukrai├▒skich poci┬▒g├│w i odkrywam, ┬┐e bezpo┬Âredni z granicy do Lwowa kursuje raz dziennie, akurat wieczorem.
Bez namys┬│├│w wsiadamy w pierwszego busa, jaki zmierza do miasta granicznego – Sighetu Marmatei. Kosztuje 14 lei, a przejazd 80 kilometr├│w zajmuje dwie godziny. O 14:30 jeste┬Âmy na miejscu, ogl┬▒daj┬▒c pochmurn┬▒ i sm├¬tn┬▒ aur├¬, kt├│ra zapowiada za┬│amanie pogody. Podczas ostatniego przystanku na terenie Rumunii przygotowuj┬▒c si├¬ na d┬│ugie oczekiwanie na przej┬Âciu odwiedzamy jeszcze miejscowego Lidla i kupujemy co┬ do jedzenia na najbli┬┐sze godziny. Granica jest nieopodal, a dwa kilometry jakie nas od niej dzieli pokonujemy pieszo.




Procedura przej┬Âcia przez bramki rumu├▒skie, drewniany stary most na rzece Tisa, oddzielaj┬▒cy s┬▒siaduj┬▒ce kraje i wreszcie kontrola pogranicznik├│w ukrai├▒skich id┬▒ szybko i bezkolizyjnie. Jak na jedyne piesze przej┬Âcie rumu├▒ko-ukrai├▒skie nie ma tu t┬│um├│w ani du┬┐ego zamieszania. Po przeciwleg┬│ej stronie rzeki idziemy oko┬│o kilometra, aby trafi├Ž do centrum miejscowo┬Âci Solotvyne. Tam wymieniamy leje na hrywny oraz ciesz┬▒c si├¬ z pi├¬knego kursu miejscowej waluty kupujemy czego dusza zapragnie. Nast├¬pnie zmierzamy na stacj├¬ kolejow┬▒ i czekamy na nocny poci┬▒g do Lwowa. Nasz transport i nocleg zarazem wytacza si├¬ o 17:25, w perspektywie maj┬▒c jedena┬Âcie godzin jazdy przy bajecznym koszcie 24 hrywien. Wprost niespotykane – w┬│a┬Ânie za to mo┬┐na lubi├Ž Ukrain├¬.




P├│ki jeste┬Âmy w przedziale jeszcze w┬│a┬Âciwie sami wychylamy wino zwyci├¬zc├│w, gaworzymy o planach na przysz┬│o┬Â├Ž oraz wpatrujemy si├¬ w szary krajobraz za oknem. Jeszcze przed wyjazdem poci┬▒gu zaczyna la├Ž, a deszcz b├¬dzie towarzyszy┬│ nam w┬│a┬Âciwie do samego Lwowa. Gdy robi si├¬ bardziej t┬│oczno zajmujemy g├│rne kuszetki i zadowoleni z mi├¬kkich le┬┐ak├│w przesypiamy ca┬│┬▒ drog├¬.


16 pa┬╝dziernika
O 6:25 czasu miejscowego zatrzymujemy si├¬ we Lwowie i wychodzimy na miasto. Wleczemy si├¬ niespiesznie, czekaj┬▒c na otwarcie pierwszych lokali gastronomicznych. Niestety pogoda nie sprzyja i miasto szybko zasnuwa si├¬ mg┬│┬▒.  Kilka minut po 8:00 wchodzimy do Pyzatej Chaty by w nagrod├¬ za przej┬Âcie naje┬Â├Ž si├¬ do syta za niewielkie pieni┬▒dze. Oko┬│o 10:00 wsiadamy w marszrutk├¬ do Szehini i na granicy meldujemy si├¬ par├¬ minut po po┬│udniu. Nie mo┬┐emy wszak odjecha├Ž bez suwenir├│w od wschodnich s┬▒siad├│w i kolejna godzina schodzi nam na roztrwanianie hrywien w pobliskich sklepach.
Samo przej┬Âcie przez granic├¬ trwa niezwykle kr├│tko. Co dziwne – czekamy po ukrai├▒skiej stronie, a na polskim przej┬Âciu pierwszy raz zostajemy zaproszeni dla korzystania z wej┬Âcia dla obywateli UE co skraca czas oczekiwania do zera. Kilka minut p├│┬╝niej witamy polsk┬▒ ziemi├¬.
Awaria linii kolejowej uniemo┬┐liwia nam skorzystanie z najta├▒szego i najwygodniejszego sposobu na wydostanie si├¬ z Przemy┬Âla. Czekamy na autobus i jedziemy nim do Rzeszowa. W tym mie┬Âcie wyjazd ostatecznie dobiega ko├▒ca. ┬»egnamy si├¬ i Janusz wysiada, aby teraz kierowa├Ž si├¬ na p├│┬│noc, w stron├¬ Lublina i Pu┬│aw. Ja tymczasem zmierzam dalej na Sandomierz i na po┬│udnie, wzd┬│u┬┐ linii Wis┬│y.




Ca┬│y wyjazd mog├¬ zaliczy├Ž do niesamowicie udanych i ponadprzeci├¬tnie szcz├¬┬Âliwych. Pogoda dopisa┬│a, jak tylko mog┬│a najlepiej. W pa┬╝dzierniku przygotowali┬Âmy si├¬ bardziej na ┬Ânieg ni┬┐ upa┬│y si├¬gaj┬▒ce 25 stopni Celsjusza. Deszcz w┬│a┬Âciwie nie pada┬│, a je┬Âli ju┬┐ to raczej wieczorami i noc┬▒. Dziwi├¬ si├¬, ┬┐e na swojej drodze nie spotkali┬Âmy ┬┐adnego nied┬╝wiedzia, gdy┬┐ trop├│w tych zwierz┬▒t ogl┬▒dali┬Âmy setki w┬│a┬Âciwie codziennie i cho├Ž ┬┐artowali┬Âmy z tego szyderczo, to fakt ten nie napawa┬│ nas optymizmem. Z pewno┬Âci┬▒ wi├¬ksz┬▒ szans┬▒ by┬│o spotkanie nied┬╝wiedzia ni┬┐ turysty – takich osobnik├│w widzieli┬Âmy raptem kilku przez kilkaset kilometr├│w marszu. Rumu├▒skie Karpaty s┬▒ niesamowicie pi├¬kne w pa┬╝dzierniku, obrazuj┬▒ wprost dusz├¬ z┬│otej jesieni. Dodatkowo jest pusto – nie ma ujadaj┬▒cych ps├│w czy t┬│um├│w turyst├│w. Kolejn┬▒ zalet┬▒ jest niezbyt wysoka temperatura – letnie upa┬│y w Rumunii na d┬│ugo zapad┬│y mi w pami├¬├Ž. Wed┬│ug mnie pogodny pa┬╝dziernik jest najlepszym miesi┬▒cem na odwiedzenie tej cz├¬┬Âci Karpat i z pewno┬Âci┬▒ w przysz┬│o┬Âci planuj┬▒c wycieczk├¬ w te tereny wezm├¬ pod uwag├¬ powy┬┐sze zalety.

Przej┬Âcie rumu├▒skich Karpat wschodnich by┬│o ostatnim akcentem mojego projektu „┬úuk Karpat 2010-2014”. Mog├¬ powiedzie├Ž, ┬┐e ten wyjazd zako├▒czy┬│ pewien rozdzia┬│ mojego ┬┐ycia, kt├│ry nazwa┬│bym „Student w podr├│┬┐y”. Jak daje b├¬d┬▒ si├¬ toczy├Ž moje wyjazdowe losy – czas poka┬┐e. Z tej perspektywy mam jednak ┬Âwiadomo┬Â├Ž, ze ostatnie pi├¬├Ž lat ┬┐y┬│em i realizowa┬│em. Pozostaje wierzy├Ž, ┬┐e kolejne nie zamieni┬▒ si├¬ w wegetacj├¬.
Z g├│rskim pozdrowieniem
Tomasz Duda




Zdjêcia - https://plus.google.com/u/0/photos/113571562929601664690/albums/6075003879491067473?hl=pl


Offline Shwarc



  • Pom├│g┬│: 208

Odp: Rumu├▒skie Karpaty Wschodnie 02-16.10.2014 – trawers masywu
« Odpowied╝ #1 dnia: Listopad 13, 2014, 22:09:45 »
Widz├¬ kilka znanych mi klimat├│w, mi┬│o od┬Âwie┬┐y├Ž pami├¬├Ž.


Te osta├▒ce to nie wiem czy si├¬ przygl┬▒da┬│e┬Â, ale s┬▒ pochodzenia wulkanicznego. Z bliska wygl┬▒da to tak jakby w cemencie zatopione zosta┬│y polne kamienie.
Kawa┬│ek drogi za nimi jest te┬┐ bardzo wysoko po┬│o┬┐ony klasztor. Pono├Ž klechy ca┬│y dobytek dostaj┬▒ z dar├│w od okolicznych mieszka├▒c├│w, tylko nie wiem co tam robi┬│y terenowe Mercedesy? :)

Ju┬┐ OK, mia┬│em problem z netem

Offline to17071990



  • Pom├│g┬│: 71

    • Student w podr├│┬┐y
Odp: Rumu├▒skie Karpaty Wschodnie 02-16.10.2014 – trawers masywu
« Odpowied╝ #2 dnia: Listopad 13, 2014, 22:13:21 »
Dziwne, bo na pewno to publiczny album i link mi dzia┬│a.