Autor Wątek: Kilimanjaro 2018 zimową porą  (Przeczytany 495 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline zyghom

  • Zygfryd Homonto


  • Pomógł: 13
  • tekst osobisty jest ...osobisty ;-)

    • Moje podroze
Kilimanjaro 2018 zimową porą
« dnia: Styczeń 09, 2018, 19:36:44 »
Kilimanjaro - podobno najłatwiejsza góra z korony świata (nie licząc Australii chyba).
Skoro tak to jedziemy (a dokładniej lecimy, z Kigali w Rwandzie, gdzie aktualnie mieszkamy).
Przygotowania zaczęliśmy oficjalnie 6 miesiecy do przodu, choć tak naprawdę to raczej 3 miesiące.
Ponieważ nie można iść na Kili bez agencji z Tanzanii, po małym przeszukaniu ofert i poleceń padło na Zara Tours.
W zasadzie wszystkie agencje oferują to samo i za tyle samo - drobne różnice w cenie nie zmieniają obrazu całości.

Niedoceniana góra, której statystyki są nie tak pocieszające - tylko 65% osob wybierających się tamże dochodzi do Uhuru Peak (5895m npm). Problemem jest oczywiście wysokość a dokładniej: brak aklimatyzacji.
Wybraliśmy więc drogę, której sukces jest oceniany na 85% - Machame Route - i to na dodatek 7 dniową wyprawę by móc się zaaklimatyzować.
Kontakt z agencją był sprawny - wszystko online itp. Łącznie z opłatami i wypożyczeniem brakującego wyposażenia (brakowało nam 3 śpiworów i paru rzeczy - wypożyczalnia była dobrze wyposażona trzeba przyznać).

Skład naszej grupy to: mama, córa, tata, kolega z Polski (Krzyś) i koleżanka z Rwandy (Ragini).
Po przylocie na KIA (Kilimajaro International Airport) czekał na nas busik z agencji i sprawnie odwieźli nas do swojego hotelu - Springlands w Moshi - ten hotel jest całkowicie prywatny i tylko klienci tej agencji z niego korzystają.
Obiad, kolacja, potem odprawa z przewodnikiem. I tutaj pierwsza wtopa - przewodnik, którego wybraliśmy z polecenia był nieobecny. Przyszedł jego pomocnik i po 5 minutach musieliśmy interweniowac w biurze - nie nadawał się do dalszej współpracy, a ponieważ w wyparwie uczestniczyła nasza 12 letnia córa nie zamierzaliśmy ryzykować. Po 1h dostaliśmy nowego przewodnika, ktory po 30 sekundach został przez nas zaakceptowany - w zasadzie profesjonalistę można poznać po pierwszych paru zdaniach - i tak też było w tym przypadku.
Na drugi dzień, po śniadaniu wyjechaliśmy do Machame Gate - ok 1h jazdy. Zrobiliśmy po drodze "ostatnie zakupy"



 i jazda do bramy się zapisać w parku.

 


 Po jakimś czasie spędzionym przy bramie wyruszyliśmy do pierwszego obozu - 11km, ok 1km przewyższenia (z 1800m do 2835m).
 Było jeszcze ciepło, fajne przejście przez "rain forest" - piękna droga. A w jej połowie przerwa na lunch (przed wyjściem dostaliśmy lunch boxy do plecaków).




Zajęło nam to 4h z 30 minutową przerwą. Luzik i radość na twarzach, ciepło było a my oczywiście nabuzowani, że hej!
Prześcigali nas co chwilę tragarze, którzy mieli pewne opoźnienia związane z ważeniem bagaży przed wyjściem (obowiązkowo, pod nadzorem pracowników Kilimajaro National Park - maksimum 15kg na głowę - dosłownie).
Do pierwszego obozu - Machame Camp - dotarliśmy wczesnym popołudniem, zanim namioty były rozbite. I tu pierwsze zdziwienie: zimno! No tak, to już 2800m a jak słonko się schowało to różnica temperatur między Moshi (gdzie był hotel) a obozem zaczęła być odczuwalna (35C wobec ok. 15C). Na szczęście mieliśmy ze sobą trochę ubrań (lekki bagaż podręczny mieliśmy zawsze ze sobą - woda, ubrania - choć słowo lekki różne ma znaczenia: mój 10kg, mojej córy 4kg).
Za niedługo pojawili się porterzy, rozłożyli namioty, zaczynając oczywiście od "jadalni" i zaraz była ciepła herbatka i... popcorn.
Córa nadrabiała zaległości w czytaniu i przez cała trasę połknęła 5 książek




Czasem jednak posuwała w górę jak kozica górska






Oczywiście mieliśmy rozgrzewacze: whisky i koniaczek. Te też pomogły i najwyraźniej rozluźniły atmosferę




Po kolacji było wczesne pójście lulu a rano... zimno!
Krótka rozgrzewka zrobiła swoje, ciepłe śniadanko też ("porycz" czyli afrykański grysik z nie wiadomo czego - tzn. moja żona wie, ale nie powie). Dobre bo ciepłe.
Zebraliśmy się więc do wyjścia dalej - cel na dziś: Shira Cave Camp, 3750m.





Miało być 4 godziny ale uporaliśmy się z tym dużo szybciej. Tak szybko, że dotarliśmy nie tylko przed innymi grupami ale znów przed porterami - prawdę mówiąc nie wiem co nas tak pchało - na pewno nie przewodnik, który non stop powtarzał: "pole pole" co znaczy "powoli".
Po drodze piękne widoki na Mount Meru (4565m)




a nawet na szczyt (jak nie było chmur).





Ten obóz to już było coś - Krzysiowi spadł tlen do 70% - no tak, wcześniej tak wysoko nigdy nie był. On więc poszedł spać a ja z żoną... pić. Polak musi pić i koniec. I palić też musi.




Przed kolacją przewodnik nas wyciągnął na mały wypad aklimatyzacyjny wokół obozu - poszliśmy zwiedzić Shira Cave - taka mała jaskinia dla jaskiniowców.
I na parę małych skał, gdzie moje dziewczyny dostały vertigo




No i ten zachód słońca:




I Mount Meru:




W nocy były małe problemy: po pierwsze: wyjście z ciepłego śpiwora do toalety (temperatura ok zera już). Po drugie problemy ze spaniem.
A co można robić w nocy? Oglądać gwiazdy. Ależ było pięknie! Niestety nasze aparaty fotograficzne przyczepionie do telefonicznych nie były w stanie tego pokazać. Musicie uwierzyć na słowo.
A poranek? OMG! Piękne słonko oświetlające góry,





w dali Mt. Meru. Inny świat.



OK. Wychodzimy do następnego obozu: dziś będzie Baranco Camp (3900m) tyle, że z przejściem przez Lava Tower, która to wznosi się na 4600m.








W okolicach 4300m nasze dziecię zaczęło odczuwać pierwsze symptomy wysokości - snickersy i woda pomogły. No i ibuprom oczywiście. Po dotarciu do Lava Tower Camp mama i tata zobaczyli, że jest jeszcze skałka do zdobycia (rzeczona Lava Tower) i biegusiem na górę. Ale tutaj pojawiły się "schody"





i koniec końców tylko tata z przewodnikiem doszli na szczyt.






Po lunchu było już z górki - dosłownie i w przenośni bo z 4600m do 3900m.
Po drodze dorwał nas deszcz z odrobinami śniegu/gradu. Ale jakie mieliśmy drzewa po drodze!




Doszliśmy do Baranco Camp przemoczeni choć nie doszczętnie - ot tak tylko, powierzchniowo.
Przy okazji doszliśmy do wniosku, że wojskowe pałatki są dobre do stania w deszczu ale nie do chodzenia w nich bo leje się po rękach.
I pewnikiem tylko dla żołnierzy.




Na szczęście deszcz niedługo ustał i oczom naszym ukazał się ... Kili!
Byliśmy tak blisko niego, że na wyciągnięcie ręki. No ale to nie była nasza trasa i mieliśmy obejść szczyt dookoła.







Poranek był cudowny również: piękny wschód słońca,





oświetlony szczyt oraz ściana, przez którą mieliśmy dzisiaj przejść by się dostać do następnego obozu.




Dla tras 6 dniowych, poranek w Baranco Camp to początek długiej drogi poprzez Karanga Camp aż do ostatniego obozu: Barafu Camp. Jednak dla naszej trasy - 7 dniowej - było inaczej: my na dziś mieliśmy tylko dojść do Karanga Camp na wysokość 3995m. Znów trochę pod góre (chyba do 4300m) i znów w dół do 3995m.
Po pokonaniu wymienionej wcześniej ściany (gdzie musieliśmy używać miejscami wszystkich 4 kończyn)




wyszliśmy na teren księżycowo - Marsowy. Pustka, same kamienie.



Potem jeszcze przejście przez dolinkę i wyskok na wyżynkę i już Karanga Camp.
Pogoda pod psem. Ble.
Ale wieczorem znów chmury poszły spać i znów piękne Kili.

To był wieczór sylwestrowy. Spodziewaliśmy się w nocy wielu petard i sztucznych ogni czy to z obozu (porterzy, hikerzy) czy też z Moshi (które widzieliśmy z namiotów). Ku naszemu zdziwieniu o 24:00 było tylko trochę śpiewów, trochę krzyków i około 1 w nocy wszystko ucichło. Śpimy dalej.
Nad ranem piękny widok na złote zbocza Kili - poranne słońce dodało uroku.




Nie omieszkaliśmy się też trochę poopalać.



No, dość tego lenistwa - idziemy do ostatniej przystani. Na dziś Barafu Camp - 4673m. Tutaj będziemy zbierać ostatnie siły na atak szczytowy.
Do popołudnia nic nie zapowiadało katastrofy. Przy planowaniu tej wyprawy, obliczaliśmy tak daty, by wyjść na szczyt przy pełni księżyca (z 1 na 2 stycznia 2018). "Ty sobie planuj a ja się pośmieje" rzekł diabeł. I tak zrobił.
I co?
Ano wczesnym popołudniem pogoda zaczęła się pogarszać. Teraz jednak mogliśmy też dojrzeć drugi szczyt: Mawenzi Peak (5149m). Na Mawenzi nikt nie wychodzi ale kształty ma niesamowite.




Teraz o planie na atak. Ponieważ wszystkie trasy robiliśmy w czasach ok 20-30% krótszych niż podawane, przewodnik zarządził, że wyjdziemy dopiero po 1 w nocy, by na Stelli mieć wschód słońca (ok. 6-6:30).
Niektórzy zaczęli opuszczać obóz od 22:00. My wstaliśmy na ostatni lekki posiłek (herbatka, popcorn, ciasteczka, daktyle itp.) o 24:00.
A pogoda? ŚNIEŻYCA!
Widoczność na parę metrów, śniegu juz w obozie kilka cm. A to przecież dopiero 4673m!
Ale co - idziemy.



Wyszliśmy z obozu jako ostatni i zaczęło się: zaczęliśmy doganiać inne grupy i by ich wyprzedzić (by nie tracić tempa i temperatury) musieliśmy ich obchodzić. Prawda jest taka, że nie wszystkim dookoła się to podobało - nasz przewodnik stanął jednak na wysokości i parliśmy.
W okolicach 5500m nasza córa straciła ochotę na dalsze wychodzenie i musieliśmy użyć pewnych "softskills" by ją zmotywować.
Udało się, Stella Point (5756m) zdobyliśmy o 5:48 po 4 i pół godzinie z Barafu Camp (zamiast podawanych 6 godzin - pomimo tych warunków).
Na Stelli jeszcze było ciemno ale nie przeszkadzało to córeczce zwrócić cały popcorn - no cóż, zdarza się.




Potem przewodnik zaserwował nam herbatkę z termosa (camelbagi zamarzły - zgodnie z przewidywaniem przewodnika), dorzuciliśmy ogrzewacze do rąk i nóg i poszliśmy na szczyt.
Zostało 139m w pionie i ok 45 minut. Słońce już wyszło, chociaż schowane było za chmurami (na tle niesamowitego Mawenzi Peak), śniegu już kilkadziesiąt cm. To teraz człapiemy dalej na szczyt!



Na dach Afryki (Uhuru Peak, 5895m npm) doszliśmy tuż przed 7 rano. Ponieważ wyprzedziliśmy większość, nie było nawet kolejki do "zdjątka" pod tablicą.






Po ok 30 minutach zebraliśmy dupska w troki i rach ciach na dół.
Ostatnie zdjęcia przy Stelli w słoneczku



oraz z Mawenzi Peak



Po drodze w dół spotkaliśmy naszą koleżankę Ragini, która od 2 obozu miała "prywatną" wycieczkę z trzecim przewodnikiem, bo jej tempo było około 2 razy wolniejsze od naszego. No to pstryk:




Po 2 godzinach i 15 minutach od wyjścia ze szczytu zameldowaliśmy się w Barafu Camp.
Znów zaserwowali nam coś na ruszt i 2h odpoczynku i zeszliśmy do Mweka Camp (3100m). Nogi nas same niosły więc prawie biegliśmy a z każdym krokiem było coraz cieplej.
W Mweka Camp mieliśmy ostatnią nockę.
O poranku nasza załoga z Zary zaserwowała nam pożegnalną mowę, odśpiewali kili-piosenke przy której ciężko było się nie wzruszyć i po śniadanku doszliśmy do Mweka Gate (1743m) i... to wszystko!
No nie, jeszcze były certyfikaty, piwko - Kilimajaro a jakże - wypisanie się z parku, poczekanie na Ragini i zawieźli nas do hotelu.

Uff, to tyle chyba.

To już nasza druga córa, która zameldowała się na szczycie Kili - starsza była w 2016 ze szkołą z Dar es Salaam. Młodsza była tym razem z nami. Obie mialy 12 lat z groszem jak stawiały nogi na 5895m - mamie i tacie zajęło to trochę więcej lat - ale kogo to ile dokładnie.

Na koniec pytamy córę: "Co następne: Accongangua czy Kilimanjaro Maraton?". A ona: "biegać mi się nie chce - wole już w góry".
No i tym optimistycznym akcentem może już zakończę.


Podsumowanie:

Najpiękniejszy obóz: Baranco Camp z widokami na ścianę i Kili.
Najpiękniejsza trasa: Shira Camp do Lava Tower Camp, z niesamowitymi widokami.
Najtrudniejsza trasa: oczywiście dojście z Barafu Camp do Stella Point - przede wszystkim z powodu śnieżycy, temperatury i braku słońca.
Największa wtopa: wyżywienie w hotelu.
Największa niespodzianka: nie było ciężko, jak to niektórzy opisywali. Nie bolało.
Uwaga: niesamowita ilość osób w hotelu narzekała na zagubienie bagażu - przeważnie były loty z Europy przez Kenię. To powoduje oczywiście duże niedogodności - jedna para z Holandii nie dostała bagażu nawet po powrocie do Holandii - wyszli na szczyt we wszystkim z wypożyczalni.
Toalety: do wyboru prywatne (za dodatkową opłatą) lub publiczne masakry



Więcej chyba nie pamiętam.
Dziękujemy za uwage.
zyga


Offline Shwarc

Odp: Kilimanjaro 2018 zimową porą
« Odpowiedź #1 dnia: Styczeń 10, 2018, 00:03:22 »
Ładnie, ładnie, nie powiem

Offline piterito

Odp: Kilimanjaro 2018 zimową porą
« Odpowiedź #2 dnia: Styczeń 10, 2018, 02:01:47 »
Bardzo fajna rodzinna tradycja to Kilimanjaro, taka polska...jak Giewont  ;D
Czadowa wyprawa, zabawa też widać niezła.  Te drzewa poprostu...łaaałłł!!!
Gratulacje rodzinnego zdobycia szczytu!
Ale Ameryka...

piję tylko czystą, palę tylko Klubowe... zdejm kapelusz

Offline zyghom

  • Zygfryd Homonto


  • Pomógł: 13
  • tekst osobisty jest ...osobisty ;-)

    • Moje podroze
Odp: Kilimanjaro 2018 zimową porą
« Odpowiedź #3 dnia: Styczeń 10, 2018, 05:59:48 »
rodzinna tradycja to Kilimanjaro, taka polska...jak Giewont
to prawda bo moje dzieciaki spedzily wiecej czasu w Afryce niz w Polsce ale tak to juz jest
Zostaly jeszcze 2 cory zeby dokonczyc rodzinne zobowiazanie ale w sumie maja dopiero 7 lat wiec musza swoje odczekac
Choc przewodnik mowil, ze wyprowadzili na szczyt 5 latka. Tyle, ze mnie sie nie podoba slowo "wyprowadzil" i wolalem widziec usmiech na twarzy cory jak doszla ale przede wszystkim jak szla (ok, moze poza dojsciem do Stelli, ale tam duzo ludzi peka - nawet w sile wieku) niz wiedziec, ze zostala "dostarczona" na szczyt - nie takie cele chcialbym przekazac dzieciakom

Tak, zabawe mielismy przednia - nie wiem czy to nie byly najcenniejsze 7 dni od kilkunastu lat naszego zycia pod kazdym wzgledem.
zyga

Offline Elwood



  • Pomógł: 9

Odp: Kilimanjaro 2018 zimową porą
« Odpowiedź #4 dnia: Styczeń 10, 2018, 13:20:28 »
Córa zuch:)
Świat jest do dupy ale życie jest cudem

Offline Pietrek



  • Pomógł: 0
  • A droga wiedzie w przód i w przód

Odp: Kilimanjaro 2018 zimową porą
« Odpowiedź #5 dnia: Styczeń 17, 2018, 12:36:27 »
"pada śnieg, pada równo raz spadnie na kamyk a raz...obok kamyka" - kolego masz talent  ;D

a wracając do najważniejszego czyli Kilimanjaro - fajnie że wspinacie się razem. Zdjęcia fajne (wiadomo, że widzieć "na żywo" to zupełnie inna bajka) filmiki ukazują jak to jest wspinać się w śnieżycy nocą, dla mnie okey.

Fajki i whisky :) że też jeszcze nikt nie wynalazł jakiegoś ultra light backpacku do przenoszenia takich rarytasów  ;)