Autor Wątek: [Norwegia] Jotunheimen - relacja  (Przeczytany 4454 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline MB

[Norwegia] Jotunheimen - relacja
« dnia: Październik 23, 2013, 22:29:06 »
Jotunheimen - "Dom olbrzymów". Jak na norweskie realia: bardzo tłumne miejsce

Norwegia. Schronisko Spiterstulen. Cytując podróżującego spotkanego Bawarczyka (z Monachium):

"Tutaj nawet dla mnie jest strasznie drogo. Wydawało mi się, że Szwajcaria jest droga, ale tu jest jeszcze gorzej..."

W ww. stwierdzeniu jest dużo prawdy. Norwegia tania nie jest, jednak w kwestii cen obrosła wieloma stereotypami i mitami. Przy odpowiednim planowaniu i zejściu z "poziomem spania” (nie w łóżku w wynajętym pokoju, ale w namiocie), koszty mogą być rzeczywiście akceptowalne (akceptowalne jest tutaj podejściem subiektywnym i każdy może działać, żeby było taniej lub wygodniej, a czasem też wygodniej i taniej jednocześnie :-) ). Do kosztów i planowania wyjazdu do Norwegii na bazie moich doświadczeń z kilku norweskich wypadów wrócę na końcu. Kwestia żółtodzioba jadącego do Skandynawii z 29,5kg plecakiem stanowi odrębny temat 

Wracając do tematu Jotunheimen, ze względu na wysokość bezwzględną są to najwyższe góry w Norwegii +/- wysokości polskich Tatr. Przez Norwegów nazywane są „Domem olbrzymów” (źródłosłów: jotun + heimen). W Tatrach nigdy nie byłem, znajomi tłumami skutecznie odstraszyli mnie przed wyjazdem. Z poprzednich wyjazdów do Norwegii (przed sezonem tj. maj – Dovrefjell oraz czerwiec – Trollheimen, w sezonie: sierpień - Tajfjordflella) byłem przyzwyczajony do spotykania na szlaku od „nikogo” w ciągu tygodnia do 2-10 osób dziennie, stąd też tłumne góry w Norwegii wyparły pierwszy wyjazd w Tatry.

Wyjazd w Jotunheimen był zaplanowany jako bardzo „lajtowy” i rzeczywiście miał charakter. Zaplanowaliśmy dużą rezerwę czasu na złą pogodę i tzw. kiblowanie w namiocie. Krótkie odcinki, dużo wypoczynku. Operacyjnie sprawna, zgrana i sprawdzona 3-osobowa ekipa (mająca pracę siedzącą i poza moim Bratem niepokonująca średnio dziennie więcej niż statystyczny Polak do i z pracy z opcją chodzenia po zakupy). Zrealizowany poniżej plan, który zrealizowaliśmy w ciągu dwóch tygodni, można zrealizować w tydzień (a nawet znacznie szybciej), mając doświadczoną ekipę, która lubi ostro napierać do przodu :-) ). Dla osób pierwszy raz jadących do Norwegii lub planujących przejście przez góry w 10 dni (licząc od przylotu do wylotu) powinno być to bezpiecznym czasem.

U nas wyglądało to tak. 3-go sierpnia przylecieliśmy na tanie lotnisko „Oslo” Torp. Kolejnego dnia po noclegu w okolicach lotniska (w Norwegii 300 metrów od zabudowań jest ziemią  „niczyją”, na której można się rozbić z namiotem pod warunkiem pozostawienia miejsca w stanie porządku. Znalezienie takiego miejsca nie zawsze jest łatwe, szczególnie gdy nie jesteśmy w górach (choć i tu też bywa różnie, w niektórych miejscach z błahego powodu – braku płaskiej przestrzeni do wygodnego rozbicia namiotu i spełnieniu w/w warunku odległości od czyjejś własności).

Kolejnego dnia po przylocie pojechaliśmy pociągiem do Otty, w której zostaliśmy z racji niedzieli i braku zorganizowanego transportu wieczorową porą do Lom. W poniedziałek rano wyruszyliśmy autobusem do Lom i na miejscu trochę pokpiliśmy sprawę… gaz dało się kupić 100m od autobusu zamiast czekać na otwarcie innego sklepu przez godzinę, przez co przegapiliśmy jeden autobus.  Z Lom zamiast o 9:00 wyruszyliśmy do Spiterstulen o 13-stej. Przed 15-stą byliśmy na miejscu , gdzie  rozbiliśmy namiot po drugiej stronie rzeki (to jest pole namiotowe należące do schroniska, gdzie jest udostępniona fajna kuchnia, jednak opłata za pobyt na polu wynosi70 NOK za każdą osobonoc. Oczywiście w odległości okołokilometra za schroniskiem można rozbić się bez jakichkolwiek opłat. Od tego momentu rozpoczęło się nasze leniwe chodzenie. Szlaki w Jotunheimen są rewelacyjnie oznaczone czerwoną literą T widoczną na pierwszym zdjęciu (choć w innych górach, np. w Tafjordfjella bywa różnie z częstotliwością oznaczenia szlaków). Plan trasy z numerami oznaczającymi noclegi dołączam poniżej:

 

Trasa naszego trekkingu


Mając wczesny sierpień i świadomość tego, że jest widno do około 22:30, w dniu przyjazdu wyruszyliśmy jeszcze na lekko w kierunku najwyższego szczytu Norwegii – Galdhøpiggen. Jest on reklamowany jako łatwy do zdobycia (nawet wybraną przez nas  drogą). Dla osób doświadczonych – łatwy. Mniej doświadczonym i do tego bez kijków trekkingowych (raki w sierpniu trasą z Spiterstulen wg mnie nie są konieczne, wręcz zbędne) podejście może przysparzać sporo problemów na krótkich polach śnieżnych. Na tej trasie będzie to maksymalnie 100 -200 m do przejścia po śniegu (stan z  początku sierpnia 2013. Są miejsca z nachyleniem do 20 stopni i dość zmrożonej, śliskiej powierzchni , w szczególności podczas lub po deszczu  przedarcie się może zająć chwilę. Na wysokości +/- 2000 metrów zdrowy rozsądek lub jego resztki nakazały nam zawrócić (brak widoczności na więcej niż 10-15 metrów, „przyjemne” zimne powiewy wiatru, siąpiący deszcz, dość późna pora dnia). Podsumowując, mieliśmy dobrą rozgrzewkę. Moje kolana na zejściu „rozgrzały” się już do końca wyjazdu, przez co byłem czarną owcą… pozostanę tutaj przy rodzaju żeńskim – brzmi lepiej :-). Noc przyniosła niespodzianki w postaci dość konkretnego wiatru, przy ciągłym deszczu. Nasz namiot - Husky Bright 4-os jako „pałac” dla 3 osób - giął się mocno na wietrze. Pomimo wzmocnienia kijami trekkingowymi, dodatkowymi odciągami, ustawieniem w nocy mini muru z kamieni od strony wiatru, nasz sen był lekko przerywany. Podjęte kroki pozwoliły nam nie trzymać  namiotu od środka, jedynie co pół godziny po  większym szkwale. Po budzeniu przez dotknięciem tropiku wraz z wewnętrzną częścią namiotu na twarzy jedna osoba musiała przywrócić konstrukcję namiotudo formy właściwej wraz z wzmocnieniami i można było dalej spać. W nocy temperatura dla dobrze przygotowanych była przyzwoita, schodziła do +/- +5 stopni Celsjusza. (Uwaga relacja zawiera lokowanie produktu ;-) ) W śpiworze LL400 Cumulusa przy dużej wilgotności było mi bardzo przyjemnie. Jednak przy kilku stopniach mniej przy tej wilgotności, zmęczeniu i akcji z namiotem, śpiwór nie dałby już takiego komfortu (Brat w syntetyku FN +/- 1,4 kg niestety miał problemy ze snem z powodu zimna pomimo polarów etc.).  W namiocie materiał tropiku zdał egzamin i pomimo mało odpornej na wiatr konstrukcji (namiot typowo na biwak, a nie w góry – nawet na nie na „pole namiotowe” w górach) nic nam nie zamokło. W ciągu dnia wiało nadal mocno i kilka osób suszyło śpiwory w „kuchni” udostępnionej w domku dla pola namiotowego.Pogoda zapewniła  nam dzień odpoczynku. W środę aura się odmieniła na naszą korzyść i zgodnie z prognozą zaczęło padać dopiero około 15-stej. Podejście z Spiterstulen na Galdhøpiggen rozpoczęliśmy leniwie około 9-tej, zajęło nam około 5-6 godzin, a zejście od 4-5 godzin. Czyli czas dla przeciętnych turystów, amatorzy „sky running” na pewno byliby w stanie wbiec na górę w 2h lub szybciej :-).  Łącznie mieliśmy około 1400 m przewyższeń do osiągniecia wysokości 2469m. Na podejściu jest w większości „równo” pod górę, głównie po dobrym do wchodzenia nachyleniu 10 – 15 stopni (czasem może więcej). 30-40 minut przed szczytem mamy przed-wierzchołek i chwilowo trochę schodzimy, żeby dalej iść w górę. Dołączam poniżej kilka zdjęć. Widoki na żywo zrekompensowały wszelkie lekkie kaprysy norweskiej pogody. W sierpniu ppo raz pierwszy na wyjeździe mieliśmy tak deszczową pogodę, np. w maju tego roku w Dovrefjell pomijając jedną burzę i  roztopy, mieliśmy 7/7 dni mocno słonecznych i zawsze rano zwijaliśmy namiot w słońcu lub chociażby bez deszczu.

 

Galdhøpiggen  - Początek podejścia na Galdhøpiggen


 

Galdhøpiggen  -Udomowione „wolne” Renifery


 

Galdhøpiggen  - Podejścia cd (+/- 1800 m)


 

Galdhøpiggen - ”Ostatnia prosta” przed szczytem

 

Galdhøpiggen  - widok z topu


Po pięknych widokach na podejściu pozostało zejście w bardzo lekkim deszczu, ale już bez widoków. Za to  z próżnym poczuciem spełnienia po „zdobyciu” Galdhøpiggen. Obserwując turystów, zdziwił mnie jeden fakt - Norwegowie jako naród doświadczony i zaprawiony w turystyce górskiej wchodzili czasem na szczyt razem z dziećmi. Niby normalne, ale z 5-letnimi ? . Obserwując ich stwierdziłem, że byli naprawdę bardzo dobrze przygotowani sprzętowo i kondycyjnie. Trasa, którą szliśmy, jest mocno uczęszczana (alternatywą jest  trasa przez lodowiec z często uczęszczanych z innego  schroniska)  – stąd też moje wrażenie, że podczas wyjazdu było tłumnie. Nie było oczywiście żadnych kolejek, ale na szczycie około 14:30 było około 50 osób, licząc te pijące herbatę w „schronie” (herbatę można kupić, w wersji economy polecam palnik/termos).
W czwartek rano wyruszyliśmy dalej, żegnając schronisko Spiterstulen:
 

Spiterstulen  - widok „zza pleców” idąc w kierunku noclegu nr 2


Z powodu opadów rozbiliśmy się w malowniczej dolinie w miejscu zaznaczonym jako nr 2 na mapie. Kolejnego dnia wyruszyliśmy przez Leirvassbu i kolejną dolinę w kierunku jeziora Gjende.

W dolinie urządziliśmy  nocleg nr 3. Poniżej zdjęcia z obu dolin (pomiędzy noclegami 1, a 3)

 

Przejście przez strumień pomiędzy noclegiem nr 2 a Leirvassbu


 

Dolina pomiędzy Leirvassbu, a noclegiem 3


W sobotę popołudniu dotarliśmy do Gjendebu. Niestety nie zrobiłem zdjęć schroniska, a ma ono swój urok. Wygląda jak wioska „Hobbitów” – jest tam bardzo przyjemnie +  w schronisku pracuje nasza rodaczka (przy okazji pozdrawiamy :-) ). Noclegi są w fajnych miejscach specjalnie przygotowanych dla namiotów w cenie, z tego co pamiętam, przy 3 osobach +/- 70 NOK za osobonoc. Po „wiosce Hobbitów” wyruszyliśmy w niedzielę do Memurubu. Krótki odcinek, ale z ciekawym podejściem 400-500 metrów względnie z dużym nachyleniem (gdyby nie trawers mogłoby wypaść nawet miejscami +/- 60-70 stopni) igdzieniegdzie ze wsparciem łańcuchów dla asekuracji. W dobrej pogodzie naprawdę fajna sprawa, ale w deszczowejz plecakiem „na ciężko” jeszcze więcej frajdy. Pomimo tej rozrywki  i tak jestem zwolennikiem wchodzenia w opcji 1-szej tj. na lekko :-)Nam trafił się mix na ostatnich +/- 40% czasu tego podejścia i przez kolejne 3h szliśmy w deszczu. Poniżej widok w dół i górę z wejścia na grań nad jeziorem pomiędzy Gjendebu a Memurubu:
 

Widok z podejścia na grań nad jeziorem Gjende, pomiędzy Gjendebu, a Memurubu


 

Widok z podejścia na grań nad jeziorem Gjende, pomiędzy Gjendebu, a Memurubu


Po około 5 godzinach przejścia od wyjścia z Gjendebu ddotarliśmy do Memurubu. Tu rozbiliśmy się przed mostkiem, jeszcze nie na terenie należącym do prywatnego schroniska (cena podobna jak w poprzednich, wygodniej jest skorzystać z dobrobytu pola namiotowego, jeśli nie mamy mocno ograniczonego budżetu). Jak się rozbiliśmy, tak zostaliśmy kilka dni. W międzyczasie „trochę” padało, a w dzień przed ostatnim noclegiem, gdy pogoda zrobiła się naprawdę ciekawa wyruszyliśmy, na krótką wycieczkę „na lekko” na Surtningssuę. Widoki do wysokości 2000m były zdecydowanie norweskie. Powyżej podobno są jeszcze piękniejsze… jednak ze względu na chmury, które przyszły z chwilową zmianą pogody, widoczność spadła do 10m i - postanowiliśmy zejść niżej.
 

Strumień w masywie Surtningssue’y


 

Widok podczas podejścia na Surtningssuę


 

Kolejny z widoków podczas podejścia na Surtningssuę


 

Widok podczas zejścia z Surtningssue’y do Memurubu


W czwartek rano pogoda po raz pierwszy od 1,5 tygodnia była idealna. Wyruszyliśmy z Memurubu (miejsce noclegowe nr 5), aby przejść słynnym szlakiem Besseggen. Przejście zilustruję zdjęciami – dużo lepiej opiszą ten fragment naszego trekkingu:

 

Widok ze szlaku Besseggen (1)


 

Widok ze szlaku Besseggen (2)

 

Widok ze szlaku Besseggen (3)

 

Widok ze szlaku Besseggen (4)

 

Widok ze szlaku Besseggen (5)


Ostatni nocleg w namiocie mieliśmy w Gjendesheim z czwartku na piątek. W piątek rano przetransportowaliśmy się autobusem do Otty i stamtąd mieliśmy pociąg na lotnisko w Torp…   W konsekwencji… już po raz drugi w tym roku nie jechaliśmy nie pociągiem, a podstawionym autobusem -  prze zbyt aktywne cieki wodne tory uległy uszkodzeniu (pod koniec maja przez roztopy, teraz przez deszcze). Komunikacja działa w Norwegii rewelacyjnie. Warto zaplanować sobie rezerwę na opóźniony dojazd do lotniska lub opcję zakupu kolejnego biletu na samolot – w naszym przypadku mieliśmy kilka buforowych godzin, które wystarczyły jako rezerwa na niewiele dłuższą podróż autobusem.

Jeśli będziecie mieli pytania - śmiało pytajcie w ramach wątku :-)

Ze sportowym pozdrowieniem,
Marek (MB)



Informacje o wydatkach:

Inwestycja w wyjazd (sierpień 2013) – jeśli wystąpiły zaokrąglenia to w górę:
Inwestycje poniesione w koronach norweskich:
300 NOK   - noclegi przy schroniskach (4x namiot)
360 NOK   - autobusy
500 NOK   - odpowiednio wcześniej kupione bilety minipris na pociągi
50  NOK - koszt zakupu dwóch butli gazowych 400ml (na 3 osoby liczony per jedna, nie wykończoną butlę można bez problemu oddać w punkcie informacji turystycznej)
16  NOK - zakup pieczywa na miejscu (duży chleb 750g to 8 NOK, jak kupimy w dobrym miejscu o dobrej porze)

Inwestycje w PLN:
Ww. z NOK na PLN przy kursie w zaokrąglonym w górę (0,60 PLN = 1 NOK) = 736,6 PLN
Zakup jedzenie w PL (wszystko na ciężko):   500 PLN
Przelot (bilety kupione dużo wcześniej)   z bagażem i opłatami   400 PLN
Ubezpieczenie   100 PLN
Dodatkowe wydatki (+/-) - (tzw. kaprysy turysty)   100 PLN

Razem dla jednej osoby: 1836,6 PLN

Podaję kwotę zainwestowaną w wyjazd bez sprzętu, są to realnie wydane pieniądze. Nie nazywam tych  kwot kosztami - dla mnie to jedna z najlepszych inwestycji. Umieściłem  podsumowanie wydatków z 2-tygodniowego wyjazdu jako możliwy punkt odniesienia dla planowania kosztów wyjazdu/wylotu w góry Norwegii.


Offline Photon

Odp: [Norwegia] Jotunheimen - relacja
« Odpowiedź #1 dnia: Październik 23, 2013, 23:02:05 »
Bardzo fajna relacja. Rzeczowa, plus za zbiór kosztów w podsumowaniu.

Offline prosiakt



  • Pomógł: 30
  • nie jest tak źle , mogło być gorzej ...

    • Galeria Picasa
Odp: [Norwegia] Jotunheimen - relacja
« Odpowiedź #2 dnia: Październik 23, 2013, 23:40:34 »
Widze że coraz wiecej osób wybiera się do Norwegi - i jest po co , bo naprawdę ładny kraj , a oglądając fotki wydaje mi się ze bede mu siał się wybrac tam po raz kolejny , tylko kiedy ???

Odp: [Norwegia] Jotunheimen - relacja
« Odpowiedź #3 dnia: Październik 24, 2013, 19:21:03 »
Świetna relacja i zdjęcia - a do tego wszystko rzeczowo i ciekawie opisane :) Coś mi się zdaje, że to będzie jedna z mocniejszych propozycji na kolejne wakacje :D

Offline MB

Odp: [Norwegia] Jotunheimen - relacja
« Odpowiedź #4 dnia: Październik 25, 2013, 00:55:45 »
Norwegia jest obecnie moim ulubionym wakacyjnie krajem.Subiektywnie niestety tylko w miesiącach jak jest tam dłuższy dzień niż u nas. W przyszłym roku chcę się tam też wybrać, jak się uda "śnieżnie" na początku kwietnia na trekking po Hardangerviddzie

Postaram się napisać w kolejnym tygodniu jeszcze relację z Tafjordfjella - bardzo fajny rejon, dużo rzadziej uczęszczany, a subiektywnie niezwykle piękny :)

Dzięki za pozytywny odbiór :)


Offline side



  • Pomógł: 3

Odp: [Norwegia] Jotunheimen - relacja
« Odpowiedź #5 dnia: Listopad 20, 2013, 14:19:11 »
Dzięki za relację.

Offline marcinw7982



  • Pomógł: 0

    • Martin odkrywa świat
Odp: [Norwegia] Jotunheimen - relacja
« Odpowiedź #6 dnia: Wrzesień 18, 2014, 07:32:07 »
Zapraszam do lektury "Autostopem na Nordkapp 2014", podróż odbyłem samotnie, głównie drogą lądową. http://witaodkrywaswiat.blogspot.com/  

Offline ye2bnik



  • Pomógł: 3

    • Mój stan Skype
Odp: [Norwegia] Jotunheimen - relacja
« Odpowiedź #7 dnia: Wrzesień 18, 2014, 09:03:02 »
Zapraszam do lektury "Autostopem na Nordkapp 2014", podróż odbyłem samotnie, głównie drogą lądową. http://witaodkrywaswiat.blogspot.com/ 

Cześć. Odgrzałeś kilka norweskich wątków tylko po to, żeby zareklamować swojego bloga :/ Mnie zniechęciłeś skutecznie do zajrzenia na swoją stronę. Pozdrawiam

Offline marcinw7982



  • Pomógł: 0

    • Martin odkrywa świat
Odp: [Norwegia] Jotunheimen - relacja
« Odpowiedź #8 dnia: Wrzesień 19, 2014, 08:59:05 »
Witam, droga na skróty nie popłaca, dzięki za kubeł zimnej wody. Poszedłem na łatwiznę i nie fajnie to wygląda :(
Napewno wyciągne z tego wnioski.
Pozdrawiam.