Autor Wątek: [Gruzja] Kazbek [29 sierpień - 3 wrzesień 2016]  (Przeczytany 604 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline rolin

[Gruzja] Kazbek [29 sierpień - 3 wrzesień 2016]
« dnia: Styczeń 11, 2017, 23:39:47 »
Kazbek [29 sierpień - 3 wrzesień 2016]

W maju 2016 roku ogarnęliśmy się w 5 osób i postanowiliśmy zamówić bilety lotnicze do Gruzji celem wejścia na Kazbek. Bilety LOTem Warszawa-Tbilisi wraz z bagażem rejestrowanym 22kg + 8kg podręcznego wyszły w dwie strony jakieś 850 zł - nieźle. 28 sierpnia wieczorem mieliśmy wylot.

[29.08.16]

Lot bezproblemowy, wysiadka w nocy na lotnisku, wymiana walut, zakup karty Geocell za 5 Lari z bezpośrednią aktywacją pakietu danych i wyjście przed lotnisko... W tym momencie nastąpił zmasowany atak taksówkarzy :) Za wygórowane pieniądze chcą nas zabrać bezpośrednio do Kazbegi. 5 osób z plecakami ~80L chcą upakować do jakiegoś sedana bądź małego vana z uśmiechem na ustach mówiąc: "One to the trunk, no problem my friend" :D Nie polecam, chyba, że jesteś przy hajsie :). Po nieudanych negocjacjach postanawiamy wsiąść w autobus za 50 tetri i na migi dogadaliśmy się z miłą babeczką, że pokaże nam gdzie wysiąść, by bezproblemowo przesiąść się do metra zmierzającego w kierunku stacji Didube. Wysiadamy obok stacji '300 Aragveli' kupujemy wspólną kartę na metro i bezpośrednio śmigamy nim do Didube. Podróż metrem jest bezstresowa, przed każdą stacją wyraźnie słychać jej nazwę, więc nie ma problemu, że przejedziemy za daleko. Oczywiście Google Maps pomaga, dlatego warto mieć gruzińską kartę z pakietem danych. Ze stacji metra Didube wychodzimy w lewo na parking taksiarzy gdzie kupujemy wodę w butelkach, które przydadzą nam się w górach i znajdujemy taksiarza na kurs do Kazbegi za 100 Lari. Bagaże na dach, my do środka i zaczynamy naszą właściwą podróż w kierunku Kaukazu i naszego celu - Kazbeka...

Nie będę pisał o tym jak w Gruzji się jeździ samochodem, bo to trzeba przeżyć samemu :D Po drodze do Kazbegi zatrzymujemy się w kilku miejscach m.in jakimś zameczku koło jeziora, przy straganach z lokalnymi speciałami w tym Kaczapuri z serem <3, przy jakimś okręgu z malowidłami oraz ciekawym ciekiem wodnym.









Sama droga wojenna jest wyremontowana i szeroka, więc podróż jest w miarę przyjemna. W końcu po kilku godzinach dojeżdżamy na ryneczek w Kazbegi. Ogarniamy duże kartusze po 35 Lari sztuka w wypożyczalni sprzętu górskiego, a następnie udajemy się trochę dalej i w jednej z lepiej wyglądających miejscówek dogadujemy się z bardzo miłą dwudziestokilkuletnią dziewczyną zarządzającą obiektem, że zostawimy sobie na czas akcji górskiej część rzeczy u niej i odbierzemy je, gdy po zejściu z góry weźmiemy sobie pokój, aby się ogarnąć przed powrotem do stolicy.

Po przepaku kierujemy się do klasztora Cminda Sameba. Drogi prowadzą tam przynajmniej dwie. Jedna piesza, bardziej stroma oraz druga dłuższa, po której jeżdżą samochody pod klasztor. Wybieramy tę bardziej nachyloną i jest to wybór dobry, bo nachylenie nie jest duże. Po drodze mijamy jakieś skamieliny, wieżyczkę strażniczą, a za plecami rozciąga się widok na Kazbegi.





Dochodzimy do klasztoru i rozkładamy się byle gdzie z garami, by porobić sobie jakieś jedzonko, napić się, odpocząć, porobić zdjęcia i pogadać z rodakami, którzy schodzą z gór. Wokół konie i krowy przechadzające się wolno i podpijające wodę z fontanny. Przez chwilę myślimy czy nie warto jeszcze podejść wyżej, by jutro mieć mniej do przejścia do meteostacji, ale pomysł upada. Całe szczęście, bo jak się później okazało powyżej Sameby do najbliższej wody jest spory kawałek do przejścia i moglibyśmy się nie wyrobić za dnia :) Co nam pozostało? Relaks... Wieczór upływa pod znakiem śliwowicy oraz wiśniówki. Klimatu dodaje pierwsze pokazanie się naszej górki :)








Po małej biesiadzie przy zachodzącym słońcu oraz napojach wyskokowych trzeba było pomyśleć o jakimś noclegu. Poszedłem do zakonnika z zapytaniem czy możemy rozłożyć się na jedną noc w dzwonnicy. Nie odmówił, więc czym prędzej załadowaliśmy się ekipą do suchego, osłoniętego od wiatru i nie wymagającego wkładu własnego pomieszczenia. Lepiej być nie mogło :)





[30.08.16]

Budziki ustawione na poranną godzinę zadzwoniły i zaczęliśmy się powoli ogarniać do wymarszu. Gotowanie śniadania, pakowanie gratów, gadka szmatka i jazda. Pogoda sprzyjała, więc korzystaliśmy i wolnym krokiem zmierzaliśmy w stronę widocznego w oddali celu.





Warto było również oglądać się za siebie...



Trasa z Sameby do lodowca jest bardzo malownicza. Wielkie hale z wypasanymi owcami i baranami z jednej strony, Kazbek i odsłaniający się widok na lodowiec z drugiej. Nie jest to wymagająca droga, więc można się rozglądać ;)







W końcu docieramy na przełęcz i odsłania nam się widok na Kazbek, lodowiec i dalszą drogę. Wielu turystów właśnie tę przełęcz obiera sobie za cel trekkingu. Nie dziwie się, bo przy dobrej pogodzie jest na czym oko zawiesić :)





Chwilę drogi za przełęczą przekraczamy rzeczkę i wchodzimy na wypłaszczenie. Jest tu rura z wodą i dość miejsca na obóz. To właśnie do tego miejsca część turystów dochodzi z dołu na pierwszy nocleg zamiast postoju w klasztorze Cminda Sameba. Według mnie taki wariant opłaca się tylko wtedy, gdy w pierwszy dzień mamy pogodę, a jutrzejszy jest niepewny. Gdy prognozy są korzystne, to na spokojnie można trasę Sameba - Meteostacja zrobić w drugi dzień z zapasem czasu na założenie obozowiska. Jak widać, nie wszyscy idą pieszo :) Wyprawa pod przewodnictwem Ewy Stachury używa koni w celu dotarcia do Meteostacji. Z tego co się zorientowaliśmy to nie jest to najtańsza opcja, ale jak ktoś lubi konie... :D





Po uzupełnieniu płynów, wrzuceniu czegoś na ząb i regeneracji ruszamy w stronę lodowca. Mijamy znaną tabliczkę "Kazbek nie lubi singli" i wchodzimy na lodowy jęzor. Odcinek lodowca przed Meteo w godzinach popołudniowych jest rozmokły i szorstki. My nie zakładaliśmy raków. Wiązanie liną w tym miejscu też uważam za zbędne w lecie. Idziemy sobie spokojnie do góry oglądając odsłaniające się z obu stron ściany. I tutaj rada dla tych co mają w planach tamtędy iść: trzymamy się środka lodowca przez całą drogę aż miniemy Meteostację, by za nią skręcić w prawo i zejść na skały. Zbyt wczesna próba zejścia z lodowca na prawo kończy się władowaniem między duże szczeliny i koniecznością obejścia.









Schodzimy z lodowca i podchodzimy ostatni odcinek do Meteostacji. Krucho, stromo i męcząco. Ale wiemy, że za chwilę zrzucimy dwudziestoparokilogramowe toboły i zaczniemy działać na lekko :D





W końcu docieramy do naszego Base Campu! :) Na środku krzyż ku pamięci Kaczyńskiemu - spoko... Rozpoznajemy teren. W stacji meteo jest kuchnia, z której można skorzystać bez problemu. Kilkanaście metrów wyżej znajduje się rura, z której można czerpać wodę. Poniżej meteo są 2 toalety z czego jedna zapchana. Niedaleko od niej wysypisko śmieci. Między Meteostacją a toaletą jest ławka pod gruzińską flagą, przy której można złapać zasięg.








Odpoczywamy. Czekamy na złączenie się całej grupy i powoli zaczynamy ogarniać obozowisko. Na spokojnie i z pomysłem, bo wiemy, że spędzimy tutaj kilka dni i później nikomu nie będzie chciało się niczego zmieniać.



No i przyszedł czas na fotki okolicy. Pogoda marzenie! :)







Jeden z kolegów za pośrednictwem Oli Dzik załatwia butelkę bimbru w zamian za paczkę kabanosów i coś tam jeszcze :) Więc pozostałą część dnia spędzamy na jedzeniu, piciu, rozmowach i odpoczywaniu...

[31.08.16]

Następnego dnia robimy wypad aklimatyzacyjny do górnego odcinka lodowca. Na spokojnie i lekko, by wiedzieć jak przebiega trasa ataku. Mijamy czarny krzyż - można tutaj się rozłożyć i idziemy dalej. Na lodowiec nie wchodzimy, bo nie opłaca się sznurka brać i wiązać, tylko po to by wejść ciut wyżej. Tutaj trasa jest mocno płaska i okrążająca Kazbeka, więc wzrost wysokości jest mały w stosunku do pokonywanej drogi. Sama droga jest krucha, a ilość kopczyków tak duża jak ilość wariantów jej pokonania.




Z tego zbocza popołudniem spadają kamienie sporej wielkości i w hurtowej ilości! Potrafią doturlać się naprawdę daleko! Z racji tego, że również jego podnóżem można dojść do lodowca ostrzegam - nie warto ryzykować. Rano spadających kamieni jest mało, ale na człowieka wystarczy jeden...









[01.09.16]

Pogoda nam się psuje. Cały ranek pada, a później mgła spowija okolice. Żeby nie siedzieć na dupie pod namiotem cały dzień postanawiamy obrać sobie za cel kapliczkę na wzgórzu nad obozem. Cel łatwy, szybki i ciekawy, a dodatkowo każdy wysiłek na wysokości około 4 tysięcy metrów to bodziec dla organizmu. Nie bierzemy nic i idziemy się przejść... Przy okazji to wzgórze to również miejsce gdzie zasięg jest na tyle dobry, że
ściągam prognozy na kolejne dni i wrzucam selfie na FB :D








Prognozy są łaskawe. Zarówno piątek 2 jak i sobota 3 września mają być w miarę ładne i stabilne. Stacjonujące obok ekipy pod przewodnictwem Oli Dzik i Ewy Stachury potwierdzają nasze prognozy. Oni też zamierzają jutro atakować. Cóż, pozostaje nam się szykować na atak. Pakujemy plecaki na lekko, wstępnie ogarniamy jutrzejsze śniadanie i nastawiamy budziki na 2 w nocy...

[02.09.16]

Dzień ataku nastał. Jest bezchmurnie i bezwietrznie, ale zimno. Jemy, zabieramy sprzęt i robimy wymarsz. Całość porannego ogarniania zajęła trochę dłużej niż zakładaliśmy, ale tak jest zawsze :D Nasza pięcioosobowa grupa dość szybko dzieli się na 3 i 2 osobową z racji różnic tempa. Próbujemy trzymać się stosunkowo blisko, bo na lodowiec i tak mamy przyszykowaną wspólną linę, więc tak czy siak będzie konieczność zebrania się do kupy. Po drodze spotykamy parę polaków i ekipę z przewodnikiem niewiadomego pochodzenia. Wszyscy gęsiego przeprawiamy się przez kruchy i nocą z racji dużej ilości kopczyków dość zawikłany teren. Dochodzimy do lodowca i przyszedł czas na ubranie uprzęży, stuptutów (zbędne), raków i związania się liną. Kaski ubraliśmy trochę wcześniej.




Jedziemy dalej. Związani liną idziemy stosunkowo wolno z racji różnic kondycyjnych. Póki co nie jest to uciążliwe. Szczeliny na górnym odcinku lodowca są zasypane. Dwa razy trzeba zrobić dłuższy krok, ale to wszystkie trudności na jakie natrafiamy przechodząc. Mozolnie okrążamy Kazbeka. Dużo drogi, ale wysokości nie nabieramy. Tempo słabe, więc zaczynamy lekko marznąć. Nastaje świt i robi się widno, ale słońce na tę stronę nie zawita jeszcze długo. Robimy liczne postoje. Zimno daje się we znaki. Widoki są piękne, więc robimy trochę fotek :)






Dochodzimy do licznej grupy turystów z przewodnikiem. Tempo spada jeszcze bardziej. Puszczeni przodem koledzy, który kondycyjnie w tym dniu byli nasłabsi, nie mogli ich wyprzedzić. Troje z nas pięciu zaczyna zamarzać. Palce drętwieją i tracą czucie. Nie pomaga machanie, ściskanie, tuptanie. Jest źle. Próbujemy wytrzymać, ale psychika klęka...

Bo nie ma takiej góry, na którą nie mogę wejść...


Offline rolin

Odp: [Gruzja] Kazbek [29 sierpień - 3 wrzesień 2016]
« Odpowiedź #1 dnia: Styczeń 11, 2017, 23:40:39 »
Najpierw rozwiązuje się jeden kolega, a ja niedługo za nim. Trzeci postanawia jednak zostać, mimo że też dostawał w dupę od mrozu. Nie tak miało to wyglądać, ale nie chcieliśmy stracić palców na takiej górze... Uwolnieni z liny rozwijamy nasze prędkości przelotowe. Mijamy naszych, mijamy klientów z przewodnikiem, krążenie w kończynach zaczyna wracać. Docieram na wypłaszczenie przed ostatnią 'trudnością' dzielącą mnie od szczytu. Zbocze o średnim nachyleniu.



Zjadam 2 czekolady, robię zdjęcia, zmieniam baterię w aparacie z prawie rozładowanej na... całkiem rozładowaną. Zmieniam spowrotem. Dochodzi mnie nasza ekipa. Ja znów zaczynam marznąć, więc zakładam plecak i wbiegam do góry. Tempo naprawdę mocne, ale dzięki temu jest ciepło. Mijam wchodzącą do góry ekipę z przewodnikiem. Mijam schodzącą Olę Dzik z klientami. Docieram na szczyt, gdzie czeka już kolega z ekipy. Robimy fotki, cieszymy się, robimy fotki. Słońce opiera się na nas, więc temperatura rośnie. Dochodzą kolejni zdobywcy Kazbeka. Dochodzą nasi koledzy. Robimy więcej fotek. Człowiek od razu zaczyna myśleć pozytywnie, mimo tego, że przed chwilą trafiał go szlag z powodu odmarzających kończyn :D







Na szczycie zaczyna być tłoczno. Pijemy herbatę, jemy coś szybkiego i postanawiamy schodzić. Już na spokojnie związani liną jak należy, bo temperatura zrobiła się komfortowa. Po przejściu lodowca rozwiązujemy się i swoim tempem zmierzamy do bazy.









Dochodzimy w trójkę do namiotu po około 11 godzinach. Chwila relaksu, szybka kąpiel, przebranie się. Reszta ekipy dołącza w tym czasie. Nastroje dopisują, ale zmęczenie jest spore. Trzeba coś zjeść. Na spokojnie ogarniamy szamkę i od razu człowiek nabiera energii. Resztę dnia spędzamy na leżeniu. Bo co innego nam pozostało :D Jutro z rana planujemy schodzić do Kazbegi, więc trzeba nabrać mocy. Na szczęście jakieś 6 kg jedzenia w plecakach ubyło, to nastraja optymistycznie. Dzień powoli mija...

[03.09.16]

Budzimy się i niespiesznie wywlekamy nasze ciała z namiotów. Każdy dojada co może, a niezjedzone rzeczy i niezużyte kartusze z gazem zostawiamy w Meteostacji. Zwijamy obozowisko i pakujemy graty w plecaki. Zbieramy śmieci i wyrzucamy je na wysypisko. Podchodzi do nas Gruzin z meteo i chce 10 Lari za dzień od namiotu. Śmierdzi mafią, ale nie ryzykujemy awantury. Ściemniam mu, że mieliśmy jeden namiot i byliśmy 3 dni po czym wręczam 30 Lari. Na 5 osób to tyle co nic :D Nie schodzimy razem. Każdy jak mu się podoba. Dwóch poszło mocno przodem. Troje z nas połączyło się za dolnym odcinkiem lodowca i tak maszerowaliśmy w dół. I tak spotkamy się na dole w noclegowni. Droga na dół jak to zwykle bywa dłuży się niemiłosiernie, ale pogoda jest w porządku, więc nie spiesząc się i robiąc zdjęcia powoli ją pokonujemy.

















Po dotarciu do wioski zatrzymujemy się w pierwszej lepszej knajpie i bierzemy po browarku :D



Docieramy do naszego motelu. Każdy korzysta z dobrodziejstw ciepłej bieżącej wody i innych wynalazków współczesnej cywilizacji po czym spotykamy się w ogródku na dole i zamawiamy gruzińskie dania. Trochę tego, trochę tamtego :D Najedzeni udajemy się do marketu po półsłodkie wino w 3 litrowej butelce, które widzimy jak miejscowi kupują :P Reszty dnia nie pamiętam, ale podobno było fajnie :D

I tu jeszcze widok z balkonu motelu.



W następny dzień przemieszczamy się do Tbilisi i postanawiamy na resztę urlopu zamieszkać w Guest House Irina. Bardzo dobre położenie, blisko do sklepów, metra, rzeki. W środku wszystko co potrzeba niewybrednemu turyście. Jedyny minus to trzecie piętro, ale cena bardzo przystępna, więc nie ma co narzekać :)
Bo nie ma takiej góry, na którą nie mogę wejść...

Offline fromage



  • Pomógł: 3

Odp: [Gruzja] Kazbek [29 sierpień - 3 wrzesień 2016]
« Odpowiedź #2 dnia: Styczeń 12, 2017, 14:18:55 »
Ładnie tam :)

Offline Shwarc

Odp: [Gruzja] Kazbek [29 sierpień - 3 wrzesień 2016]
« Odpowiedź #3 dnia: Styczeń 12, 2017, 20:06:57 »
Ładnie, szkoda że tak daleko :(

Offline rolin

Odp: [Gruzja] Kazbek [29 sierpień - 3 wrzesień 2016]
« Odpowiedź #4 dnia: Styczeń 12, 2017, 21:57:46 »
Może i to kawałek stąd, ale organizacyjnie bardzo przystępne :)
Bo nie ma takiej góry, na którą nie mogę wejść...