by Michun&Family
Ponieważ wielkimi krokami nadchodzą wakacje , oto moje wakacyjne wspomnienie sprzed kilku lat. Otóż zdarzyło mi się być na pięknej wyspie Krecie , troszkę w ramach spóźnionej niby to podróży poślubnej , trochę namówiony przez rodzinę , która tam bywszy wcześniej.
Ogólnie Kreta kojarzy się z wakacyjną labą na plaży , ewentualnie pod palmami. Jest w tym sporo racji. Osobom jako-tako obeznanym z historią , szczególnie sztuki , przypomną się pewnie jeszcze wykopaliska w Knossos , Gortynie , Fajstos itd.
Właściwie o tym wszystkim można przeczytać w przewodniku i tylko o tym. O górach
mało kto słyszał , a szkoda. Otóż na Krecie piętrzą się trzy pasma górskie o wysokościach prawyższających sporo 2km , a ponieważ wyspa jest wąziutka - tak średnio ze 30 km - właściwie wszędzie , gdzie tylko zejdziemy z plaży albo szosy , jesteśmy na pochyłości. Czyli w górach. A o to przecież chodzi...
Pierwsze pasemko poczynając od zachodu nazywa się Lefka Ori , czyli Białe Góry.

Można tam dojechać z wycieczką , ponieważ w paśmie tym znajduje się jedna z największych atrakcji turystycznych , czyli Wąwóz Samaria.

Autobusy setką serpentyn wywożą nas na kraniec wąwozu , ok 1300m npm , a następnie schodzi się 17 km aż do wybrzeża. Sam wąwóz jest przepiękny ,początek bardzo stromy, następnie są miejsca , gdzie rozłożywszy ręce można dotknąć obu jego ścian. Góry nas otaczające sięgają 2500 m , ale niestety stanowią zdaje się jakiś rezerwat. Ogólnie jest to trasa łatwa i przyjemna dla takich górołazów jak my

.Niestety ,przez ogólną dostępność jest sporo stonki , szczególnie niemieckiej , nawet po sezonie. Niektórzy szczególnie mało kondycyjnie przygotowani wybierają wariant na osła:

A potem wychodzi się na brzeg ciepłego morza i płynie się promem wzdłuż wybrzeża podziwiając góry (i popijając Retsinę), z których się przed chwilką zeszło:

Następne pasmo nazywa się Idi Oros , czyli Góra Ida. Tutaj znajduje się najwyższy szczyt Krety zwany również Psiloritis (czyli właśnie "najwyższy" :mrgreen: ) , który ma 2456m npm , czyli niewiele mniej niż szczyty tatrzańskie.

W Tatry trzeba jechać dość długo , a tutaj wsiedliśmy sobie w wynajęte autko i po serpentynach dojechaliśmy na wysokość 1300m do wioseczki Anogia.


Dalej było o tyle trudno , że nie mieliśmy jakiejbądź porządnej mapy , przewodniki milczą na tematy górskie , o wycieczkach organizowanych to w ogóle zapomnij ( może na szczęście?) a oznakowanie bardzo różni się o d naszego.
Otóż na górę wiedzie szlak , wyznaczony najpierw gdzieniegdzie rombami na palikach , postrzelanymi niemiłosiernie przez górali ze wszyskich możliwych kalibrów.

Następnie idziemy niewyraźną ścieżką po kamlotach kierując się ustawionymi z rzadka piramidkami z kamieni.

Trasa trwa kilka godzin bez przerwy w ostrym słońcu , idziemy tak zwaną "fryganą" ,czyli krainą bezdrzewną , porośniętą niską , klującą roślinnością , czyli tak zwanymi krwiściągami i innymi paskudztwami.

Nie ma żadnych strumyczków , ani skrawka cienia. Krajobraz jest dla Polaka wychowanego wśród lasów i łanów zbóż szumiących , gdzie dzięcielina panieńskim rumieńcem pała , straszliwie obcy i nieprzyjazny , ale zarazem fascynujący. Można się poczuć jak Frodo w Mordorze , szczególnie , że mieliśmy (mało przezornie) zbyt mało wody.

No ale w końcu wyleźliśmy na szczyt , skąd widok jest nieprawdopodobny , ponieważ czujemy się jak na moście - po obu stronach widać morze.





Dobra ciąg dalszy jutro.
(Gwoli wyjaśnienia-zdjęcia częściowo pochodzą z internetu ponieważ miałem mało zdjęć, częściowo są to skany moich starych fotek idiotenkamerą.)