Autor Wątek: Główny Szlak Świętokrzyski 27-30.09.2017 r.  (Przeczytany 731 razy)

Pablo666 i 2 Gości przegląda ten wątek.

Offline dave

Główny Szlak Świętokrzyski 27-30.09.2017 r.
« dnia: Październik 03, 2017, 20:59:45 »
Niniejszym uprzejmie donoszę, że w dniach 27-30.09.2017r. zawitałem w Góry Świętokrzyskie, celem przejścia GSŚ (105 km). Było to moje pierwsze spotkanie z tym pasmem górskim, a spacerek zajął mi trzy i pół dnia. Coby narobić Wam smaka ;) schabowy z frytkami i zestawem surówek w Pizzerii Verona w Masłowie Pierwszym:



I rzut oka na Paprocice po opuszczeniu Pasma Jeleniowskiego:



Teraz przy herbacie z rumem zasiadam do obróbki zdjęć, ciąg dalszy nastąpi.


Offline misiak76



  • Pomógł: 31

    • Status GG
    • Coś skromnego na Polskich Krajobrazach
Odp: Główny Szlak Świętokrzyski 27-30.09.2017 r.
« Odpowiedź #1 dnia: Październik 04, 2017, 16:42:21 »
Chyba tego rumu było dużo więcej niż herbaty skoro tak długo czekamy za resztą ;)

Wysłane z mojego ONEPLUS A3003 przy użyciu Tapatalka


Offline dave

Odp: Główny Szlak Świętokrzyski 27-30.09.2017 r.
« Odpowiedź #2 dnia: Październik 04, 2017, 17:49:32 »
Chyba tego rumu było dużo więcej niż herbaty skoro tak długo czekamy za resztą ;)

Wysłane z mojego ONEPLUS A3003 przy użyciu Tapatalka

Wytrwaj, wieczorem zabiorę się do pisania ;D

Offline Piotrek



  • Pomógł: 79

    • Galerjanki
Odp: Główny Szlak Świętokrzyski 27-30.09.2017 r.
« Odpowiedź #3 dnia: Październik 06, 2017, 16:28:52 »
Pojadł schabowego w picceri, popił rumem... Jest moc! ;D

Offline dave

Odp: Główny Szlak Świętokrzyski 27-30.09.2017 r.
« Odpowiedź #4 dnia: Październik 06, 2017, 17:11:54 »
Sorry, orkan Ksawery wprowadził opóźnienie do mojej pisaniny, ale wreszcie udało mi się skończyć :D

Offline dave

Odp: Główny Szlak Świętokrzyski 27-30.09.2017 r.
« Odpowiedź #5 dnia: Październik 06, 2017, 17:14:17 »
Główny Szlak Świętokrzyski chodził mi po głowie już od dłuższego czasu. Zaczęło się od przeczytania relacji na blogu kolegi Yatzka, jednak zawsze odkładałem ten szlak na później. Bo termin nie pasował, bo pogody nie było, bo trafiały się inne góry, bo zupa była za słona... Miałem jechać na początku września, jednak wpadł wyjazd w Tatry i GSŚ znowu poszedł w odstawkę. Po powrocie z Tatr stwierdziłem, że jak nie pojadę teraz, to już chyba nigdy. Pozostało tylko czekać na kilka dni w miarę bezdeszczowej pogody. Gdy opady wreszcie zniknęły z prognozy, postanowiłem: już.

Po rys historyczny oraz szczegółowy przebieg szlaku odsyłam do strony COTG PTTK oraz Wikipedii, sam nie zagłębiam się w tego typu technikalia, bo i tak nie byłbym w stanie niczego mądrego na ten temat napisać. Dla mnie wystarczy, że szlak łączy pięć pasm górskich, jego punkty krańcowe wyznaczają wioski Gołoszyce i  Kuźniaki, a oficjalna długość wynosi 105 km. Dojazd do szlaku komunikacją publiczną z zachodniej Wielkopolski nastręcza nie lada kłopotów. Drapiąc się po łepetynie doszedłem do wniosku, że wieczorem zjawię się w Warszawie, korzystając z gościnności Kariny przenocuję u niej, a następnego dnia pojadę rano autobusem z Warszawy do Opatowa, skąd powinienem już bezproblemowo dotrzeć do Gołoszyc. Tak też uczyniłem.

Nielichej zagwozdki dostarczył mi wybór odpowiedniego obuwia na przejście szlaku. Profil trasy wskazywałby raczej na buty niskie i miękkie. Z drugiej strony, mając na względzie wcześniejsze, długotrwałe opady, należałoby spodziewać się sporej ilości błota. Moje niskie obuwie mają podeszwę startą już w dość znacznym stopniu, która na błocie nie zapewnia odpowiedniej przyczepności. Zdecydowałem się zatem na wysokie, skórzane trepy o kategorii B/C, z głęboko profilowaną podeszwą, znakomicie sprawdzające się w beskidzkich błotach. Wybór okazał się brzemienny w skutkach, ale o tym w dalszej części tekstu.

27.09.2017r.: Dworzec PKS Warszawa Zachodnia - Opatów - Gołoszyce - okolice Przełęczy Jeleniowskiej

Na dworcu PKS zjawiam się ok. 8:30. Bilet zakupiłem sobie wcześniej przez internet, co kosztowało mnie 35zł. Przewoźnikiem na tej trasie jest NeoBus, którego zdecydowanie mogę polecić. Po zapakowaniu się do autobusu okazało się, że cena biletu obejmuje darmową wodę dla pasażerów, jakże miłe zaskoczenie. Uwalam się na siedzeniu i z półgodzinnym poślizgiem, spowodowanym robotami drogowymi, ląduję w Opatowie. Idę na informację zasięgnąć języka w którą stronę mam się udać, pan w okienku informuje mnie, że za 15 minut odjeżdża autobus PKS Ostrowiec Świętokrzyski do Łagowa, który zatrzymuje się w Gołoszycach. Uradowany informacją idę jeszcze do przydworcowego bistro na hamburgera i pepsi, po spożyciu których wychodzę na stanowisko nr 2. Na gębie banan od ucha do ucha, bo autobusem realizującym kurs jest poczciwy Autosan H9, którym ostatnio jechałem chyba z 10 lat temu. Odpalam kierowcy 3 zł i po kilkunastu minutach wysiadam... w szczerym polu, przy drodze krajowej nr 74, prowadzącej w kierunku Kielc. Przezbrajam plecak, wyciągam kijki i aparat. Na zegarku 13:30, czas zacząć wędrówkę.

Idę cały czas poboczem ruchliwej drogi, mapa mi mówi, że zaraz powinienem dojść do początku szlaku. I rzeczywiście: po dłuższej chwili, widzę drzewo oznakowane dużą, czerwoną kropką. :)



Wskutek przejeżdżających w centymetrowych odległościach ciężarówek łapię lekkiego nerwa, na szczęście kierując się czerwonymi znakami nieopodal skręcam w prawo, moim oczom ukazuje się tablica informacyjna, a pod nią głaz z namalowaną kolejną kropą. Co jest grane? Nie mam pojęcia.



Idę dalej. Wkraczam w aleję lipową. W praktyce jest to zwykła droga asfaltowa, przebiegająca pomiędzy zasadzonymi lipami. Nieopodal znajduje się cmentarz wojenny z okresu I Wojny Światowej:



Powoli zbliżam się do Pasma Jeleniowskiego. Mijam kapliczkę św. Huberta i ambonę myśliwską:



Cały odcinek GSŚ biegnący przez Pasmo Jeleniowskie, prowadzi gęstym lasem. Jeśli ktoś oczekuje jakichkolwiek punktów widokowych, raczej nie jest to miejsce dla niego. Można za to skorzystać z samotności pośrodku lasu i się nieco wyciszyć. Kontynuując drogę, zdobywam Truskolaskę (448 m) i Wesołówkę (469 m). Oba szczyty są na tyle niewybijające się z otoczenia, że o ich zdobyciu dowiaduję się dopiero wyciągając mapę na Przełęczy Karczmarka, gdzie zatrzymałem się na krótki popas. :)

Spodziewałem się błota, tymczasem jest go jak na lekarstwo. Idę za to po wyjątkowo twardej, gliniastej glebie, która bardzo źle amortyzuje kroki, co wyraźnie czuję pod palcami. Zaczyna do mnie docierać, że miękkie buty sprawdziłyby się tu lepiej, a mój marsz może przez to ulec spowolnieniu. Tak sobie dumając, zmierzam w stronę Szczytniaka, mijając po drodze krzyż poświęcony oddziałom partyzanckim AK, dowodzonego przez majora Jana Piwnika "Ponurego", który działał na terenie Gór Świętokrzyskich:





Po dłuższej chwili, jestem już na Szczytniaku (554 m). Szczyt wyjątkowo kameralny, bardzo mi się podoba. Jest nawet miejsce na ognisko. Pierwotnie miałem zamiar tu zabiwakować, ale pora jest na tyle wczesna, że uznaję to za stratę czasu. W zamian postanawiam wyciągnąć na chwilę kopyta i urządzić sobie małą przekąskę :D







Schodzę w stronę Przełęczy Jeleniowskiej. Zaczyna się robić szaro, więc rozglądam się za miejscem, w którym mógłbym rozbić namiot. Nie znajduję jednak niczego odpowiedniego, kontynuuję zatem marsz czerwonym szlakiem wzdłuż gruntowej drogi. W momencie, gdy szlak na powrót odbija w las, dostrzegam polankę, która wydaje mi się w miarę zadowalająca. Zrzucam plecak i przywdziewam kurtkę, bo wzmógł się wiatr. Póki jeszcze coś widać bez czołówki, rozbijam moją trumienkę na w miarę płaskim skrawku terenu. Niemożebnie się przy tym upociłem, bo podłoże pod warstwą trawy jest wyjątkowo twarde i kamieniste. Namiot, którego używam, nie jest samonośny, więc ze względu na wiatr muszę zakotwiczyć go porządnie. Przy wbijaniu śledzi pomagam sobie butem, kombinując jednocześnie z ustawieniem odciągów. W końcu po kilku "zakrętach" po portugalsku namiot stoi. Wrzucam część gratów do środka, biorę czołówkę i idę za krzaki zjeść kolację. Umyłem jeszcze kły, ale jest wcześnie, co tu robić o tej godzinie? Chwytam za telefon, krótka pogaducha, Chowam się jednak w namiocie, bo wieje. Przebieram się w świeże gacie, koszulkę, skarpetki no i ziuuu do śpiwora. Fotek z biwaku brak.

28.09.2017r.: Okolice Przełęczy Jeleniowskiej - PTSM w Świętej Katarzynie

Spałem stosunkowo kiepsko. Raz, że byłem jakiś taki... pobudzony, dwa - wiatr łopotał namiotem niemiłosiernie. Nawet zatyczki do uszu niewiele pomagały. Na szczęście w śpiworze było cieplutko, w nocy musiałem się rozpinać. Wstaję nad ranem, temperaturę szacuję na minimalnie powyżej zera, bo jest stosunkowo chłodno, ale szronu nigdzie nie widać. Ubieram ciuchy, przywdziewam kurtałkę i idę na zewnątrz zjeść śniadanie. Do gara leci tradycyjnie 250g musli, porcyjka takiego obroku zaspokaja mój głód na stosunkowo długi okres czasu. Zwijam mandżur, w międzyczasie ze dwa słówka z napotkanymi grzybiarzami i wymiana pozdrowień z kierowcą ciągnika, który na mój widok łapie się za głowę. Zamierzam dziś przejść całe pasmo Łysogór i dotrzeć do schroniska w Świętej Katarzynie, które wypatrzyłem wcześniej na mapie. Zatem nic tu po mnie, komu w drogę temu kopa, czas się wdrapać na Jeleniowską Górę (533m).

Podejście wśród drzew stosunkowo krótkie, widoków na szczycie brak. Podkręcam więc nieco tempo, wreszcie (skamieniały) las się kończy i ruszam w stronę Paprocic. Od razu zaczynają się też widoki, w oddali widać już klasztor na Łysej Górze oraz nadajnik radiowo-telewizyjny:



Fragment drogi prowadzi interesującym wąwozem:



Docieram już do Paprocic, po drodze przedrzeźniam się z miejscowym bykiem:



i przechodzę obok kościoła, którego otwarty przedsionek - pomijając bliskość asfaltowej drogi i rozterki natury moralnej - mógłby posłużyć za awaryjne miejsce noclegowe. Idę sobie asfaltem pod górę, po czym odbijam w las. Oglądam pamiątkowy głaz:



przecinając zarazem Pasmo Bielińskie i wchodząc na Kobylą Górę (391m). Docieram do rozlewiska Słupianki, gdzie zaczyna się krótki odcinek z mokradłami. Przekraczam zaimprowizowany mostek, należy iść prawą stroną, bo deski się uginają. :D





Tymczasem wkraczam na teren Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Szlak znów prowadzi gęstym, liściastym lasem, jest nawet gdzie usadzić cztery litery, czemu by nie ;)



Po drodze znajduje się także wiata, jednak do spania to się ona nie nadaje zbytnio. Przeprawiam się przez most (strzegących go trolli akurat nie było), ciek wodny pojawia się tu chyba tylko okresowo, bo koryto jest suche jak pieprz:



Tymczasem człapu człapu i wychodzę na Łysą Górę (594 m). Z wcześniej przeczytanych relacji wiem, że można tu nabyć dobre papu, więc już sobie ostrzę zęby na jakąś smażoną kiełbasę. Wypadałoby też uzupełnić zapasy płynów, bo od Paprocic idę na oparach. Tymczasem kuchnia zamknięta, więc muszę obejść się smakiem. U dziewczyny na straganie nabywam za to butelczynę kwasu chlebowego prosto z Ukrainy, co wydatnie podnosi mi morale. Uwalam się na ławce, zakładam windshirta, bo cokolwiek wieje i raczę się zapasami z plecaka. Na dziedzińcu klasztornym kilka wycieczek grupowych, jakiś rowerzysta, poza tym pustki. Bimbam sobie dłuższą chwilę i idę na przechadzkę po terenie klasztoru, przy okazji robiąc kilka zdjęć:









Trzeba się powoli zbierać. Idę w stronę Huty Szklanej, po drodze u zachodzę na punkt widokowy, którym jest gołoborze na zboczach Łysej Góry. Gołoborze jest chronione przez stalową platformę, w miedzyczasie wyłapuje mnie strażnik parku z pytaniem, czy zapłaciłem za wstęp :D Informuję strażnika że z powodu tłoku w budce zapłacę przy wyjściu, starszy człowiek nie robi problemu, schodzę sobie na platformę:







Spędzam tam kilka minut, ale pora uciekać. Zejście do Huty Szklanej asfaltową drogą, czuję się niemal jak w okolicach Morskiego Oka. Idzie się jednak szybko, chwila i jestem już na dole:



Hutę Szklaną przeskakuję nawet się nie zatrzymując, bowiem czeka mnie kilkukilometrowy marsz skrajem lasu. Twarda, gliniasta gleba nie jest zbyt kompatybilna z moimi butami, co odczuwam już wyraźnie. Zaciskam nieco zęby i prę dalej, obiecując sobie dłuższy postój w Kakoninie. Po opuszczeniu lasu znowu czeka mnie 2-3 km asfaltu, mijam Podlesie, aż docieram wreszcie do Kakonina. Wg moich informacji powinna być tam knajpa, w której mam zamiar zjeść obiad i nieco odsapnąć. Mapa nie kłamała, bezpośrednio przy szlaku knajpa stoi:



Zamawiam strogonowa i instaluję się na zewnątrz, wyskakując jednocześnie z butów. Liczę, że taki manewr spowoduje, że ból złagodnieje, no i faktycznie, po skonsumowaniu obiadu i odpoczynku czuję się znacznie lepiej. W międzyczasie nadeszła wycieczka szkolna, przewodniczka dosiada się do mnie i gawędzimy o tym i o tamtym. Obiad mnie rozleniwił, nie chce mi się stamtąd ruszać. W końcu jednak wstaję, wskakuję w buty, zachodzę jeszcze do toalety i ruszam na Łysicę, według szlakowskazu droga tam zajmie mi 3 godziny. Moją uwagę zwraca znajdująca się w obejściu stara chata:



Po względnie krótkim marszu docieram do kapliczki św. Mikołaja. Kapliczka sama w sobie jest bardzo ciasna i na nawet awaryjny nocleg nie ma szans, ale figurka wygląda w mojej opinii wyjątkowo pociesznie ;)



Zmierzam dalej w stronę Łysicy. Po drodze popijam jeszcze kwasu, idzie się przyjemnie. Nawierzchnia zaczyna się robić bardziej kamienista, co pozwala mi przypuszczać, że na szczyt już niedaleko. No i rzeczywiście, po chwili osiągam szczyt (612 m), zaliczany do Korony Gór Polskich. Zrzucam plecak, robię kilka zdjęć i odpoczywam chwilę, w międzyczasie na szczyt wbiega jakaś dziewczyna.





Dziewczyna jest wyraźnie zaintrygowana wielkością mojego plecaka, pada pytanie co ja robię z takim worem w Górach Świętokrzyskich. Schodząc, rozmawiamy sobie na górskie tematy, okazuje się, że dziewczyna trenuje tutaj biegi przed wyjazdami w inne pasma. Rozmowa się klei, a nawierzchnia wreszcie pozwala mi poczuć, że jestem w górach. ;)



Święta Katarzyna już za pasem. Słyszę już wyraźnie ruch drogowy, pojawiają się spacerowicze, aż mym oczom ukazuje się kapliczka św. Franciszka, ze znajdującym się nieopodal ujęciem wody:





Uzupełniam niedobór płynów, woda jest bardzo smaczna. Nie bawię się już w żadne dłuższe przerwy, bo koniec trasy za pasem. Opuszczam Świętokrzyski Park Narodowy i ruszam do Św. Katarzyny na poszukiwanie schroniska PTSM, w którym zamierzam zanocować:



Schronisko zlokalizowane jest na ul. Świętokrzyskiej. Wychodząc na asfalt, nie należy się kierować w lewo, w stronę Radostowej, tylko odbić w prawo i przejść jakieś 500m, aby osiągnąć cel. Baza noclegowo/kulinarna jest w Św. Katarzynie ogromna, więc jeśli ktoś będzie miał ochotę na jakieś danie obiadowe, bądź w schronisku nie będzie wolnych miejsc, bez problemu znajdzie coś innego. Tymczasem melduję się w schronisku i za 28 zł dostaję pokój z łazienką i dostępem do kuchni, w pokoju jestem sam, żyć nie umierać:



Daję nura pod prysznic i przygotowuję sobie kolację. Zamieniam jeszcze parę słów z miłą dziewczyną w recepcji, po czym wracam do pokoju i uwalam się na łóżko.

29.09.2017r.: PTSM w Świętej Katarzynie - agroturystyka w Dąbrowie

Wyłażę spod kołdry jakoś po szóstej i wyglądam przez okno. Nad ranem chwycił przymrozek, rosa na samochodach zamarzła. Sypię śrutu do menażki i idę do kuchni zrobić sobie kawy. Po kawie człowiek jakoś tak od razu lepiej funkcjonuje, kubek małej czarnej z rana to jedna z tych prostych przyjemności, dzięki którym dzień staje się lepszy. :) Sprzątam gimelę jakiej narobiłem wczoraj wieczorem, zachodzę jeszcze do łazienki i fora ze dwora. Na zewnątrz stosunkowo rześko, ale mając na sobie polar setkę zimna nie czuję. Wracam do szlaku, dziś będę rządził w Paśmie Masłowskim. Obieram kierunek na Radostową, szlakowskaz mówi, że trasa tam zajmuje 3 godziny, no zobaczymy. Przez stosunkowo długi odcinek idę - a jakżeby inaczej - asfaltem, bądź kostką brukową:



Wreszcie schodzę z upierdliwego asfaltu i zmierzam w stronę Krajna Pierwszego, przez cały czas towarzyszą mi takie widoki:



Bezpośrednio przy szlaku znajduje się sklep oraz agroturystyka, ja nie zaglądam do środka, bo spiżarnię mam zamiar uzupełnić dopiero w Masłowie. Szlak cały czas prowadzi wśród łąk i pól uprawnych, pomimo tego walory widokowe wywierają na mnie spore wrażenie:







Zmierzam już powoli w stronę Radostowej. Moją uwagę zwracają sporych rozmiarów głazy:



Krótki spacerek i Radostową mam już na dłoni. Z oddali podejście wydaje się strome, w rzeczywistości trwa ono tylko chwilę:



Na Radostowej (451 m) znajduje się quasi-wiata, są także ławki, więc na chwilę można tu przysiąść i przekąsić małe conieco ;)



Dosyć tego dobrego, trzeba uciekać. Błyskawicznie schodzę na dół, przekraczam Lubrzankę:



i wędruję sobie poboczem ruchliwej szosy w stronę Diabelskiego Kamienia. Na szczęście szlak szybko odbija w las, a ja muszę przygotować się mentalnie, bo początkowo podejście jest prawie pionowe. Zdjęcie głazu kompletnie zepsułem (był idealnie pod słońcem), więc foty nie będzie. Tymczasem osiągam Klonówkę (473 m). W mojej ocenie jest to znakomite miejsce na biwak, pod warunkiem przytaszczenia ze sobą odpowiedniej ilości wody. Znajduje się tam platforma widokowa, z której oczywiście nie omieszkam skorzystać. ;)







Schodzę już do Masłowa. Bezpośrednio przy szlaku znajduje się market ABC, w którym uzupełniam zapasy, a przed wejściem do sklepu zaatakował mnie miejscowy kot. :)



Robię się już konkretnie głodny. Zasięgam języka o godne polecenia knajpy i dowiaduję się, że za kościołem znajduje się pizzeria. Solidnyy obiad mi się przyda, odpoczynek także, bo mam już konkretnie poodbijane podeszwy stóp, co mnie mocno niepokoi. Mijam kościół:



ignoruję skręcające w prawo czerwone znaki i faktycznie, pizzeria istnieje i ma się dobrze. Zamawiam schabowego z frytkami i zestawem surówek (16 zł). Uwalam tyłek na zewnątrz i wyskakuję z butów, licząc na równie udany efekt, jak poprzedniego dnia. Zerkając na mapę stwierdzam, że jak dobrze pójdzie, to jutro powinienem przejść całość. W międzyczasie otrzymuję zamówiony obiad, zestaw jest godny polecenia: wszystko jest smaczne, a porcja duża. Jednym daniem najadłem się do syta, co stołując się w knajpie rzadko mi się zdarza, bo zjeść to ja lubię. ;)

W knajpie korzystam jeszcze z łazienki i zwijam manatki z powrotem na szlak. Niestety przerwa nie bardzo mi pomogła, bo czuję każdy krok. Opuszczam Masłów i udaję się w kierunku Dąbrowy. Szlak prowadzi oczywiście asfaltem, w międzyczasie biorę nie ten skręt i ląduję na prywatnej posesji, co dobitnie oznajmia mi Pies Baskerville'ów, niemożebnie drąc na mnie japę. W ogóle, szlak często biegnie nieopodal prywatnych posesji, co powoduje, że często jestem obszczekiwany przez psy. Tymczasem nabieram wysokości i Masłów Pierwszy zostaje z tyłu:



W pełnym słońcu opuszczam asfaltową dżunglę i odbijam w lewo na skraj lasu. Widoki cały czas dają radę:



Wkraczam w gęsty las i człapię drogą rozjechaną przez pracowników leśnych. Błota są tu ogromne ilości, ale co z tego, skoro stopy odmawiają mi posłuszeństwa. Moje morale spada i dochodzę do wniosku, że będę musiał dziś przedwcześnie zakończyć marsz, bo zanadto nie jestem już w stanie kontynuować wędrówki. W międzyczasie zdobywam Domaniówkę (418 m) czego nawet nie zauważyłem i kombinuję, co dalej? Tymczasem wchodzę na asfalt, co psychicznie mnie już dobija i decyduję się uwalić w pierwszej napotkanej noclegowni, choć godzina jest wczesna. Kurde, jak dalej będę szedł w takim tempie, to zima mnie na tym szlaku zastanie. Schodzę w kierunku drogi krajowej nr 73 i widzę po prawej stronie wielki, choć cokolwiek wyblakły, szyld "NOCLEGI". Zapodaję na podwórze, zamieniam kilka słów z właścicielką i dostaję pokoik. Turystów zero, w całym obiekcie  jestem sam. Wyskakuję z trepów, przywdziewam klapki. Przy okazji robię pranie, bo czuję że obie moje koszulki zaczynają capić. Chwilę odpoczywam i udaję się na rekonensans po  obiekcie. Jestem pełen podziwu dla surrealisty, który zamontował kibel w kuchni, doprawdy pomysł godny samego Bunuela. W głowie mam odpowiednią scenę z filmu pt. "Widmo wolności":



Szwędam się trochę jeszcze bez ładu i składu, aż w końcu nastaje wieczór. Robię kolację, idę pod prysznic i do łóżka. Mam mocne postanowienie, że jutro choćby skały srały, wychodzę wcześnie rano na szlak i cisnę aż do wieczora, bez względu na cokolwiek. Pokrzepiony własnymi myślami odpływam w objęcia Morfinisty, czy jak mu tam leciało...

30.09.2017r.: Dąbrowa - Kuźniaki

Budzę się stosunkowo wcześnie, bo przed szóstą. Ogarniam bałagan, wyprane rzeczy już suche. Solidne śniadanie, kawa i o 6:45 opuszczam obiekt. Docieram do skrzyżowania z obwodnicą Kielc, szlak będzie prowadził jej poboczem:



Zastanawiam się jak można mieszkać w tym miejscu, pomimo ustawionych ekranów akustycznych hałas jest nieprawdopodobny. Na szczęście sąsiedztwo nieprzyjemnej drogi nie trwa długo. Z zadowoleniem stwierdzam, że nawierzchnia stała się bardziej przyjazna: zamiast twardej gliny, mamy miękką, piaszczystą glebę. Od razu idzie mi się lepiej. Przekraczam Silnicę, okolica jest mocno błotnisto-bagienna. Na pewnych odcinkach dochodzę do wniosku, że przydatny byłby kajak. :)





Sobotni poranek, więc grzybiarzy w lesie zatrzęsienie. Co chwilę widzę kogoś z wiaderkiem, zresztą w tym sezonie mamy wysyp grzybów. Tak sobie idąc, przechodzę wiaduktem nad drogą ekspresową S7:



Wychodzę z lasu i znów spacer poboczem asfaltówki, sialalalala... Wkraczam we Wzgórza Tumlińskie, przy okazji mijam pomnik poświęcony 4 Pułkowi Piechoty Legionów Armii Krajowej:



Niedaleko znajduje się stawek, a obok niego polana:



Tak sobie idąc, docieram już do miejscowości o nazwie Tumlin-Węgle. Na mojej drodze pojawia się przejazd kolejowy:



Schodzę bądź to asfaltem, bądź chodnikiem i decyduję się na małe papu na przystanku autobusowym. Na zegarku dziewiąta, więc czas mam stosunkowo niezły. Idzie mi się dobrze, wprost nie ma porównania do wczorajszego dnia. Zżeram batonika musli i mieszankę studencką, na to dwa łyki pepsi i idę dalej. Docieram do kapliczki z 1850r., obok której położona jest kopalnia:





Po bardzo przyjemnym zejściu przekraczam kolejną drogę asfaltową i idę sobie skrajem lasu. Ostre podejście, zdobywam Wykleń (401 m) i Kamień (399 m), po czym ochoczo zmierzam w kierunku Ciosowej (365 m). Szlak ponownie prowadzi poboczem drogi krajowej, ale przynajmniej są widoki :)



Krótkie podejście i już jestem pod Ciosową. Mając zapas wody, okolice Ciosowej uznaję za doskonałe miejsce na biwak. :)





Idę w stronę Porzecza. Przekraczam Bobrzę i wraz z czerwonymi znakami skręcam w prawo. Upał daje na całego, kto by się spodziewał, że w ostatnim dniu września będą takie temperatury. Pod koniec wioski znajduje się sklep spożywczy. Kupuję dwa banany, które od razu zjadam i małą butelkę pepsi. Ten diabelski napój zawiera kofeinę i prawie sam cukier, znakomicie sprawdza mi się jako dopalacz.

Kałdun częściowo napełniony, więc ruszam na Baranią Górę. Asfaltowe podejście jest długie. Po drodze spotykam zorganizowaną wycieczkę idącą z Oblęgorka, krótka wymiana wrażeń i idę dalej. Droga na Baranią jest doskonałym punktem widokowym, pomimo asfaltu jest to jedno z moich ulubionych miejsc na całym szlaku:







Asfalt wreszcie się kończy i wkraczam w półotwarty las. Jestem już w Paśmie Oblęgorskim. Tymczasem moim oczom ukazuje się widok, który powoduje iż moje siły gwałtownie skaczą w górę:



Zaczynam zdawać sobie sprawę z faktu, że dziś uda mi się ukończyć szlak. A jeszcze rano nie byłem tego pewien. Dostaję nagłego kopa, który się zresztą przyda, bo w Paśmie Oblęgorskim podejść jest bez liku. Idę na Siniewską Górę (449 m), po czym schodzę do platformy widokowej w Sieniowie, gdzie planuję ok. 15 minut przerwy. Przy platformie znajduje się spora wiata, ale nocleg w niej uznaję za mocno niepewny z uwagi na ruchliwą okolicę. Nieopodal wiaty jest parking, na który co rusz nadjeżdża jakieś auto. Niedaleko zabudowania, wieczorem pewnie ochlajparty w pakiecie z darciem mordy gratis. Zrzucam plecak na ławkę, obok stoi rowerzysta, który jest zainteresowany zakupem używanej przeze mnie maty (TaR Z-Lite). Urządzam mu pokaz jej możliwości, przy okazji rozmawiamy nt. biwakowania w terenie i masz... 15 minut minęło, a ja nic nie zjadłem, nie usiadłem i nie zrobiłem żadnej fotki. W biegu wchłaniam mieszankę studencką, wymieniam jeszcze baterie w aparacie i robię kilka zdjęć:









Idę dalej. W międzyczasie cudem unikam zderzenia z wariatem jeżdżącym crossem po lesie, na następną wędrówkę przydałby mnie się Winchester, motyla noga. Czekają mnie jeszcze podejścia na Perzową Górę i Kuźniacką Górę, więc pomimo bliskości końca szlaku, staram się oszczędzać siły. Wychodzę na otwarty teren, pojawiają się zabudowania:



Dość długi fragment po prawie płaskim terenie, mocne podejście i jestem już prawie na szczycie. W skale wydrążona jest zaadaptowana na kapliczkę grota, którą uznaję za znakomite miejsce noclegowe. Zdjęć wnętrza brak, bo ktoś się w środku modlił:





Przechodzę wąskim przesmyk pomiędzy głazami i już jestem na szczycie:





Zejście jest strome, schodząc w czasie deszczu pewnie łatwo można zaliczyć dupozjazd. Idę do Kuźniaków, melduję się na przystanku PKS, koniec imprezy:



Fart mnie nie opuszcza. O 17:09 kończę przejście GSŚ, a o 17:15 odjeżdża ostatni tego dnia bus do Kielc. Na drogę powrotną spuszczę zasłonę milczenia, dość powiedzieć, że zajęło mi to 15 godzin, na szczęście część z tego udało mi się przespać. Przed 8 rano melduję się na dworcu w Zbąszyniu, czas na prysznic i śniadanko.

Czy wrócę na GSŚ? Na cały szlak raczej nie, dużo jest dreptania asfaltem, bądź pozbawionych widoków odcinków leśnych. Mam wrażenie, że szlak zyskałby w zimowej szacie, ale są to tylko moje przypuszczenia. Startując z samego rana szlak bez większej spiny można przejść w 3 dni, mowa oczywiście o stylu backpackerskim, a nie ultralightowym. Dla amatorów noclegów na dziko dwie miejscówki, których nie ująłem w głównej części relacji - przedsionek kościoła w Paprocicach i wozownia przy knajpie w Kakoninie:





Ponadto możliwy jest nocleg w punktach poboru opłat na Łysej Górze i w św. Katarzynie, ale jest to teren ŚPN i ryzykujemy pokutę od straży parku. Czy brać namiot? Jeśli pierwszego dnia uda Wam się przeskoczyć z Gołoszyc do Kakonina (36km) to można zaryzykować i iść bez. Ja ruszyłem na szlak po południu i zaplanowałem sobie biwak w Paśmie Jeleniowskim, więc mi się przydał. Całe Pasmo Jeleniowskie jest pozbawione wody pitnej, więc należy to uwzględnić. Ja ruszając z Gołoszyc miałem w plecaku 3 l płynów i do Łysej Góry ledwo mi wystarczyło. A upałów tego dnia nie było. W Paprocicach sklepu nie ma, więc jedyną szansą jest poproszenie o wodę w którymś z domów. Z której strony zaczynać? Idąc od Gołoszyc z reguły będziemy mieli ostre podejścia i łagodne zejścia, z Kuźniaków - na odwrót. Różnice wysokości są jednak na tyle niewielkie, że nie brałbym tego pod uwagę, a sugerowałbym się możliwością dojazdu. Jeśli ktoś chciałby przyjechać sobie stacjonarnie, na kwaterę - jako punkt wypadowy proponuję Św. Katarzynę, ze względu na dobrą bazę noclegowo-restauracyjną. Można stamtąd ruszyć na Łysicę i Radostową, bądź podjechać sobie do Huty Szklanej i przespacerować się na Łysą Górę, połączoną ze zwiedzaniem klasztoru. To byłoby na tyle, oddaję głos do studia.

Offline misiak76



  • Pomógł: 31

    • Status GG
    • Coś skromnego na Polskich Krajobrazach
Odp: Główny Szlak Świętokrzyski 27-30.09.2017 r.
« Odpowiedź #6 dnia: Październik 06, 2017, 18:52:23 »
No i to się mówi ładny wypad :) A pogody to tylko pozazdrościć ;)

Wysłane z mojego ONEPLUS A3003 przy użyciu Tapatalka


Offline Michi23



  • Pomógł: 0
  • wędruję po krzakach z czekanem i w rakach

Odp: Główny Szlak Świętokrzyski 27-30.09.2017 r.
« Odpowiedź #7 dnia: Październik 09, 2017, 19:23:23 »
"objęcia Morfinisty" oraz kibel z widokiem na kuchnię (tudzież odwrotnie) rozłożyły mnie na łopatki. Miło się czytało. Sam niedawno skończyłem GSŚ "na 2 podejścia". Ten szlak ochrzciłem mianem betonowego (na oko 1/3 to asfalt, dalsza 1/3 trasy to gleba twarda jak beton) - zdecydowanie tylko na niskie, miękkie buty.

Offline dave

Odp: Główny Szlak Świętokrzyski 27-30.09.2017 r.
« Odpowiedź #8 dnia: Październik 09, 2017, 21:00:45 »
Ta twarda gleba w połączeniu z twardymi butami dała mi ostro popalić. Gdybym wiedział, że prawie nie będzie błota, to bym Zamberlany Zenith wziął. ;)

Offline Ivan

Odp: Główny Szlak Świętokrzyski 27-30.09.2017 r.
« Odpowiedź #9 dnia: Październik 12, 2017, 14:14:17 »
Ale wybetonowali! Z 10 lat temu to w większości były polne drogi/szutrówki. Ale i tak dawały popalić stopom ze względu na wspomnianą "twardość gleby". Relacja fajna, poszedłbym.

Offline oli

Odp: Główny Szlak Świętokrzyski 27-30.09.2017 r.
« Odpowiedź #10 dnia: Październik 15, 2017, 16:25:00 »
Dobrze się czytało!

Fajna opcja na dłuższy weekend, ale te twarde gleby nieco martwią.

Offline grzelmat



  • Pomógł: 1

Odp: Główny Szlak Świętokrzyski 27-30.09.2017 r.
« Odpowiedź #11 dnia: Dzisiaj o 14:31:38 »
kto chce ciurkiem przejść zapraszamy na Twardziela Świętokrzyskiego - limit 22h