Autor Wątek: Sądecko-Niska majówka 01-06.05.2018r.  (Przeczytany 796 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline dave

Sądecko-Niska majówka 01-06.05.2018r.
« dnia: Maj 09, 2018, 20:20:55 »
Ostatnimi czasy, moje górskie wyjazdy opierały się z reguły o Sudety. Pierwotnym majówkowym planem był szlak graniczny Tłumaczów-Przeł. Okraj, ale kilka dni przed długim weekendem zmieniłem koncepcję i podklepałem w Beskidy. Tym razem trafiło na Beskid Sądecki i Niski, a szyku, stylu i klasy zdecydowałem się zadać ze Szczawnicy. Tak na szybko, standardowo wrzucę mały przedsmaczek całości, który później uzupełnię o resztę przebytej drogi. Po nabytej w Górach Bystrzyckich kontuzji nie ma już śladu, jedziemy z tym koksem.

16 godzin na nogach zdecydowanie daje się we znaki, master of disaster na Czeremsze (1124 m):



W drodze na Wielki Rogacz (1182 m):



Zieleń jest najpiękniejsza właśnie w maju, ktoś się nie zgadza? ;)



Niedzielny poranek w masywie Bucznika, w oddali widoczny najwyższy szczyt Pogórza Ciężkowickiego - Liwocz (562 m):



Proszę o cierpliwość i wyrozumiałość, to be continued...
Like the fella says, in Italy for 30 years under the Borgias they had warfare, terror, murder, and bloodshed, but they produced Michelangelo, Leonardo da Vinci, and the Renaissance. In Switzerland they had brotherly love - they had 500 years of democracy and peace, and what did that produce? The cuckoo clock. So long Holly.


Offline misiak76



  • Pomógł: 37

    • Status GG
    • Coś skromnego na Polskich Krajobrazach
Odp: Sądecko-Niska majówka 01-06.05.2018r.
« Odpowiedź #1 dnia: Maj 10, 2018, 03:10:32 »
Oooo toś mnie teraz rozdrażnił. Ja biedny chory od połowy majówki w domu siedzę chory, a Ty mi z takimi niedokończonymi postami wyjeżdżasz...

Wysłane z mojego ONEPLUS A3003 przy użyciu Tapatalka


Offline dave

Odp: Sądecko-Niska majówka 01-06.05.2018r.
« Odpowiedź #2 dnia: Maj 10, 2018, 16:48:30 »
Oooo toś mnie teraz rozdrażnił. Ja biedny chory od połowy majówki w domu siedzę chory, a Ty mi z takimi niedokończonymi postami wyjeżdżasz...

To tak w ramach aperitifu. Kuruj się, relacja na pewno będzie.
Like the fella says, in Italy for 30 years under the Borgias they had warfare, terror, murder, and bloodshed, but they produced Michelangelo, Leonardo da Vinci, and the Renaissance. In Switzerland they had brotherly love - they had 500 years of democracy and peace, and what did that produce? The cuckoo clock. So long Holly.

Offline dave

Odp: Sądecko-Niska majówka 01-06.05.2018r.
« Odpowiedź #3 dnia: Maj 13, 2018, 16:38:52 »
01.05.2018r.: Szczawnica - Schronisko PTTK na Przehybie

Nad ranem rozgrywa się dramat w trzech aktach. Ustawiony na czwartą budzik, z niewyjaśnionych do dzisiaj przyczyn nie dzwoni, wskutek czego budzę się przerażony o godzinie 4:50. O piątej mam pociąg do Poznania. Nawet mając do dyspozycji helikopter, nie ma szans abym na niego zdążył. Szybkie zebranie myśli: co robić? Kasa biletowa w Zbąszyniu z racji święta nieczynna, więc błyskawicznie ubieram się, odpalam wehikuł i jadę do pobliskiego Zbąszynka przebookować bilet na późniejszą godzinę. Operacja, na szczęście, zakończona powodzeniem i nawet nie musiałem ponosić żadnych kosztów. Niestety, na całej akcji jestem trzy godziny w plecy, dezorganizuje mi to zarazem cały pomysł na dzisiejszą trasę. W efekcie wyjeżdżam o ósmej i przesiadając się w Poznaniu oraz Płaszowie, po piętnastej ląduję na dworcu kolejowym Kraków Główny.

Na dworcu w Krakowie niemiłe zaskoczenie, zamknęli moją ulubioną, meksykańską knajpę Companeros. Owa knajpa serwowała zestaw śniadaniowy w składzie burrito z jajecznicą i kawa, a wszystko to w zachęcającej cenie 6,95 zł. Trzeba będzie znaleźć coś innego. Na szybko wciągam coś w pobliskim Olimpie, o 15:28 wpadam na dolną płytę dworca autobusowego, za dwie minuty odjeżdża autobus do Szczawnicy. Podróż w klimatyzowanym pojeździe upływa w miarę szybko, kilka minut po osiemnastej ląduję na miejscu.

W Szczawnicy tłum niewyobrażalny, wiec bez zbędnej zwłoki obieram kurs na niebieski szlak w stronę Przehyby. Mam nadzieję dojść w okolice schroniska o w miarę ludzkiej godzinie. Szybki rzut oka za siebie:



Przez dłuższą chwilę podklepuję asfaltem. Na moment zatrzymuję się przy wodospadzie Zaskalnik:



Robi się już późno, gdzieś tam spomiędzy drzew wyłaniają się Tatry. Przy okazji łapię się na zachód słońca:





W lesie noc jest czarna jak sumienie faszysty, czas zatem wyjąć czołóweczkę. Mijam Czeremchę (1124 m) i, kierując się na świecącą w nocy wieżę, docieram do schroniska. Bezpośrednio przy szlaku rosną niskie krzewy, w krzewach widzę z wolna poruszający się duży, ciemny kształt. Myślę sobie, dzik? Po chwili jednak dzik ugiął tylnią część ciała w bardzo charakterystyczny sposób; wyobraźnia spłatała mi figla - dzika świnia okazała się mieszkającym w schronisku psem. ;) Kilka minut przed 21 montuję się do schroniska i przygotowuję sobie kolację. Jestem tak wykończony poranną nerwówką i tym przeklętym dojazdem, że nawet nie chce mi się rozbijać namiotu i uwalam się w jadalni na glebie.

02.05.2018r.: Schronisko PTTK na Przehybie - Schronisko PTTK na Hali Łabowskiej

Rano pobudka, śniadanko, kawa. Tankuję kranówę i o ósmej wychodzę na szlak. Początkowo kręcę się nieco przy schronisku, wczoraj z racji późnej pory nie miałem okazji rozejrzeć się po okolicy:





Obieram kurs czerwonym szlakiem na Radziejową. Wieża widokowa jest co prawda zamknięta, ale na przechadzkę odcinkiem Przehyba-Niemcowa jestem nakręcony wręcz niesamowicie. Mijam Złomisty Wierch (1224 m) i na Długiej Przełęczy sadzam tyłek na kilka minut, skubiąc jednocześnie mieszankę studencką i siorbiąc wodę z gwinta. Jest już bardzo gorąco, zaczynam się zastanawiać, czy 2l które mam w plecaku, wystarczą mi do Piwnicznej. Krótkie podejście i jestem już na szczycie Radziejowej (1266 m), najwyższym szczycie Beskidu Sądeckiego. Na szczycie widzę dwóch kolesi, z którymi spotkam się wieczorem w schronisku na Hali Łabowskiej. Póki co, obżerają się pieczywem ze smalczykiem i ogórkiem, ja chwilę odpoczywam, wciągam batonika i zagaduję jednego z nich o możliwość przymiarki jego "pełnego" Aircontacta, którego - w dłuższej perspektywie - biorę pod uwagę jako plecak do noszenia większych i cięższych ładunków. Pierwsze wrażenie wypadło korzystnie, ekipa ucieka dalej, a ja bimbam sobie jeszcze przez chwilę na szczycie. Zerkam na pomnik 1000-lecia Polski:



i zmykam dalej przez Przełęcz Żłobki w stronę Wielkiego Rogacza. W mojej skromnej ocenie jest to jeden z piękniejszych odcinków na całej trasie, niech więc przemówią zdjęcia:







Na Wielkim Rogaczu mała grupka plecakowców, znów postanawiam rozwalić się na trawie. Lejący się z nieba ukrop nie skłania do napierania, a porośnięty lasem szczyt zapewnia nieco ochłody. Muszę się jednak ruszyć, kierunek - Niemcowa. Rzucam jeszcze okiem na Radziejową:



i ruszam przed siebie. Od Niemcowej nagrzane łąki dają solidnie popalić, nie chcę wiedzieć co się tam dzieje, gdy temperatura przekracza 30 stopni. Smoła, siara i szatan w czystym wydaniu. Wizytę w chatce sobie odpuszczam. Zmieniam szlak na żółty, na oparach wody schodzę do Piwnicznej.





następnie zmiana nawierzchni na betonową:



asfalcik i już jestem w Piwnicznej. Warto byłoby zeżreć coś konkretniejszego i koniecznie uzupełnić wodę. Bezpośrednio przy żółtym szlaku z Piwnicznej na Niemcową, około 150 metrów od rynku, znajduje się pizzeria Przy Szlaq, do której zachodzę. Szybki rzut oka w kartę dań, po czym następuje nagły atak spawacza na schabowego z frytkami i surówką:



Jeśli będziecie się kręcić po okolicy, serdecznie polecam tę knajpę. Schaboszczaki serwują wyśmienite, odpowiednio przyprawione, wg moich kubków smakowych smażone na smalcu, a nie na oleju czy fryturze. Do butelki nalewam kranówy i idę dalej przez Piwniczną. Przy dworcu PKP zmieniam kolor szlaku na niebieski, kieruję się w stronę Hali Łabowskiej. Przekraczam Poprad i z wolna zaczynam ponownie nabierać wysokości. Piwniczna-Zdrój z dystansu:



Pięknem okolicy jestem powalony, nad całością góruje Kicarz:





Schodzę grzbietem do Łomnicy-Zdroju, mowę mi odjęło:





Za Łomnicą mijam źródło Stanisław. Gdyby ktoś był w okolicy i potrzebował wody, jest jej tam pod dostatkiem:



W miejscowości jest również sklep spożywczy, ale nie wiem jak zaopatrzony, nie zaglądałem do środka. Podchodzę pod Halę Groń i po minięciu potoku Wapnik zaczyna się rzeźnia. Co za nicpoń wymyślił takie podejście na koniec dnia? :P Schodząc tędy przy padającym deszczu emocje gwarantowane, w każdym razie upocony na maksa wydostaję się na halę i nie wytrzymuję, muszę przez chwilę przysiąść na trawie celem uzupełnienia płynów i wyprostowania oddechu. Trącam jeszcze batonika, jakiś cukier na szybko się przyda. Na hali znajduje się szałas, a nad całością góruje Parchowatka:



Kolejne (tym razem krótkie) podejście, docieram do skrzyżowania z czerwonym szlakiem. Jeszcze chwila i jestem już przy schronisku na Hali Łabowskiej:



W międzyczasie spadło kilka kropel deszczu, był to jedyny opad na całej tej trasie. Nawet nie wyjąłem z plecaka peleryny, okazała się całkowicie zbędna. Dochodzi dziewiętnasta, wystarczy tego dobrego na dziś. Wchodzę do środka - zjem kolację i przy okazji zobaczę, co w trawie piszczy. Przygotowałem sobie 7 kanapek z serem, do tego gar herbaty, domówiłem również żurek i jest optymalnie. Zauważam też znajomych z Radziejowej, wymieniamy się wrażeniami z trasy. Trzeba byłoby pomyśleć także o jakimś noclegu. Początkowo myślałem żeby rozbić namiot przy schronisku, ale stojąc w kolejce do bufetu, chytrze podsłuchałem grupę dziewczyn zamawiających 40 kiełbas na ognisko. Spodziewając się zatem nocnych pijackich przyśpiewek, tudzież ogniskowego repertuaru granego na rozstrojonej gitarze, wyskoczyłem z dyszki i wziąłem glebę w jadalni.

Podczas wieczornej szwędaczki po schronisku nawiązuję kontakt z bardzo sympatyczną parką z Wrocławia. Okazuje się, że dziewczyna ma na koncie przejście GSB, GSS i wielodniowe trekkingi po Fogaraszach, mamy zatem o czym rozmawiać. Udaje mi się w końcu dostać do prysznica, o 22 właściciel schroniska wyłącza prąd i wszyscy idą w kimę. Rozłożyłem się pod oknem bufetu i było spoczko. Szkoda, że nie udało mi się odpowiednio wcześniej zająć kanapy - nie jest tak wygodna, jak ta u Jacka na Śnieżniku, ale spałoby się po królewsku za marne pieniądze. Podobno za oknem ktoś po nocach śpiewał szanty, ale niczego takiego nie zarejestrowałem - śpiąc w schronisku, zatyczki do uszu są jak dla mnie wyposażeniem obowiązkowym.

03.05.2018r.: Schronisko PTTK na Hali Łabowskiej - łąka nad Mochnaczką Niżną

Rano ktoś zaczyna mi się kręcić po barłogu. Okazuje się, że dziewczyna z obsługi przyszła umyć okienko. Zwlekam się zatem i idę na kanapę zjeść śniadanie, parka z Wrocławia też już na nogach. Tymczasem przy bufecie robi się tłoczno. Pomimo względnie wczesnej godziny, ludzie przyszli już zająć kolejkę do schroniskowych śniadań i gorącej wody. Oczywiście mam to kompletnie w nosie i nowopoznanym znajomym też radzę nadal okupować kanapę. Wyjmuję z plecaka palniczek i gotuję parce oraz sobie wrzątku. Po chwili cała jadalnia przechodzi zapachem mocnej, aromatycznej kawy, a ekipa spod bufetu patrzy na mnie, jakbym im ciastko zjadł. Śniadanie z własnych zapasów, pakowanko, pożegnanie i o ósmej znów jestem na szlaku.

Dzisiejszym celem jest zakończenie tematu pt. "Beskid Sądecki" oraz przejście do Beskidu Niskiego. Wyboru wielkiego zatem nie mam, zaatakuję czerwonym szlakiem Jaworzynę Krynicką. Widoczność jest nawet, nawet:



Po drodze mijam Holę (978 m) oraz porządną wiatę, gdybym wiedział, że znajdę tu coś takiego, to w schronisku wziąłbym tylko prysznic i przyszedłbym na nocleg tutaj:



W międzyczasie zdobywam Runek (1070 m) i zaczynam już podejście pod Jaworzynę. Bliskość kolejki robi swoje, ludzi jest tu zatrzęsienie:





Decyduję się zatem zaoszczędzić nieco czasu i nie rozsiadywać się na szczycie, tylko uzupełnić niedobory płynów w pobliskim schronisku PTTK, gdzie już o żadnym oszczędzaniu nie będzie mowy. Trochę mi na tym schodzi, kawa i takie tam... W końcu wstaję, uzupełniam wodę i zmykam zielonym szlakiem przez Diabelski Kamień do Krynicy:





Przed Przełęczą Krzyżową ostatni rzut oka na Jaworzynę:



Chwila moment i jestem już w Krynicy. Upał osiąga chyba apogeum, muszę szybko się gdzieś schować, bo oszaleję. Podbijam do pierwszej lepszej knajpy (zapomniałem nazwy), filet z kurczaka jest tym, czego mi potrzeba. Po opróżnieniu zawartości talerza kieruję się na Huzary. Niedaleko kościoła jest Żabka (otwarta 3 maja), z rozmachem dokupuję 3l wody i coś do przegryzienia.

Na Huzarach (864 m) chwila odpoczynku i schodzę w kierunku Mochnaczki Niżnej. Po opuszczeniu lasu idę z rozdziawioną japą, te rozległe, pofałdowane łąki naprawdę robią wrażenie:





Przy przekraczaniu Mochnaczki krótkie motanko, na moment gubię szlak, ostatecznie przechodzę ją na przełaj w bród. Jest na tyle płytko, że nie trzeba zdejmowac butów:



W wiosce zachodzę do gospodarza uzupełnić wodę. Rozmawiamy jeszcze przez chwilę, kto zacz i uciekam dalej. Idę obejrzeć cerkiew św. Michała Archanioła, funkcjonującą obecnie jako kościół rzymskokatolicki:



Powoli zaczyna robić się wieczór, więc trzeba pomyśleć o biwaku. Mając w plecaku 3,5l wody czuję się jak wielkie panisko. Idę dalej czerwonym szlakiem w stronę Banicy. Na łące rozbijam namiocik, wciągam kolację i powoli odpływam.



04.05.2018r.: Łąka nad Mochnaczką Niżną - łąka nad Skwirtnem

W nocy było tak gorąco, że spałem w namiocie otwartym na przestrzał i nakryty śpiworem jak kołdrą, a i tak się spociłem. Rano wstaję, śniadanie, pakowanko i szybki rzut oka na okolicę:





Kontynuuję dalej czerwonym szlakiem. W schronisku na Hali Łabowskiej jeden z turystów straszył mnie błotami w okolicach Bartnego. Do tego typu rewelacji jestem z reguły nastawiony dość sceptycznie, tym niemniej, momenty są ciekawe:



Schodzę do Banicy:



Przekraczam asfaltówkę i w try miga jestem w Izbach. Idę dalej w kierunku Ropek. Beskid Niski rozkłada mnie na łopatki:







W Ropkach czas na chwilę odpoczynku. Na skrzyżowaniu dosiadam się do trzech bardzo miłych pań z Bydgoszczy, z którymi rozmowa pozwala mi wysnuć przypuszczenie graniczące z pewnością ;) że mam do czynienia z prawdziwymi znawczyniami Beskidu Niskiego. Opowieści o wielokrotnym przemierzaniu tego pasma przed laty zdają się to potwierdzać, jakoś nie potrafię odmówić też drożdżówki i karmelków. ;D

Bardzo miło się rozmawia, ale czas się zwijać. Zmieniam kolor szlaku na niebieski i schodzę do Wysowej. Spiżarnia świeci pustkami, warto byłoby również zjeść jakiś dobry obiad. Opuszczając Ropki zauważam pewną posesję, która przewija się chyba w każdej relacji uwzględniającej ten szlak...



Nie, nie... muszę być twardy i nie zachodzę do środka. ;) Docieram na Przełęcz Hutniańską:



Hmm... a może pożyczyłbym sobie ten rower? :D Nieee, nie będę taki. Idę jednak na nogach, biorę też udział w akcji poszukiwawczej mającą na celu odnalezienie zagubionej turystki. Coby nie zostawiać niedopowiedzeń, akcja zakończona ze skutkiem pozytywnym, znalazłem zgubę na skrzyżowaniu dróg sporo poniżej przełęczy.

Tymczasem jestem już w Wysowej. W Delikatesach Centrum przy szlaku robię solidny zapas żarcia, zachodzę też do Adrii na obiad. Żurek z jajkiem i kiełbasą oraz gołąbki z sosem pomidorowym i ziemniakami będą w sam raz. Czeka mnie podejście na Kozie Żebro, więc najeść się trzeba, ale nieprzesadnie, żeby nie być zanadto ociężałym. Przypomniało mi się, jak w zeszłorocznym październiku obżarłem się gyrosem, a potem miałem problem z wejściem na Chełmiec; takich sytuacji muszę unikać.

Oglądam jeszcze cerkiew św. Michała Archanioła:



po czym udaję się zielonym szlakiem im. Wincentego Pola na Kozie Żebro. Przez dość długi okres czasu idę asfaltem po prawie płaskim terenie, potem szlak skręca w las. Podejście od strony Wysowej nie jest bardzo męczące, ale jakoś się przeciąga: co rusz wydaje mi się, że zaraz będzie wierzchołek, a tu ciągle trzeba podchodzić i podchodzić. W końcu jednak jestem na szczycie, Kozie Żebro 847 m:





Odpoczynek, tankowanie i zbieram się dalej. Kontynuuję marsz zielonym szlakiem w stronę Magury Małastowskiej. Gdzieś pomiędzy Kozim Żebrem a Skałką (820 m) gubię talerzyk w jednym z kijków, co psuje mi nieco nastrój. Muszę dokupić brakującą część, nowe groty również się przydzadzą. Na szczęście Fjord Nansen udostępnia tego typu akcesoria za parę złotych, więc dramatu nie ma.

Schodzę do Skwirtnego, znów trafiam na przepiękną łąkę:



Końcówka dnia wygląda dokładnie tak samo jak wczoraj: schodzę łąką do miejscowości, gubię po drodze szlak, uzupełniam u gospodarza wodę, oglądam cerkiew i idę na kolejną łąkę na nocleg ;D





Na łące byczę się przez chwilę, potem kolacja i namiot. Ze Skwirtnego od czasu do czasu dochodził do mnie odgłos muczenia krowy, ale nie przeszkadzało mi to zanadto.

05.05.2018r.: Łąka nad Skwirtnem - zachodnia kulminacja masywu Bucznika

Wygrzebuję się z namiotu. Śniadanko, kawka, pakowanie. To już ostatni konkretny dzień mojej wycieczki, zastanawiam się jaką by tu zmajstrować dziś trasę, żeby jutro rano w spokoju wyjechać do domu. Decyduję się podejść jak najbliżej Nowego Żmigrodu, w którym z pewnością złapię jakiegoś busa i via Jasło dostanę się do Krakowa. Ruszam się zatem i przez Banne (587 m) docieram do Smerekowca. Na zejściu przekraczam w bród Zdynię, wysokie obuwie znakomicie ułatwiają wędrówkę po tym paśmie. Nie muszę ich nawet zdejmować:



Po przejściu przez Smerekowiec odwracam się jeszcze za siebie...



Kawałek dalej, na polance, wykorzystuję nieco wietrzną aurę i suszę tropik od namiotu, który zawilgotniał w ciągu nocy. Następnie idę przez las, w stronę schroniska na Magurze Małastowskiej. Choć wskazywany przez znaki kierunek mówi coś innego...



Od wczoraj chodzi za mną bigos. Docieram wreszcie do schroniska, a tu masz, kompletnie wyleciało mi z głowy, że obiekt jest w trakcie remontu. Pod schronem siedzi kilkoro turystów, bufet zamknięty, ale całe schronisko otwarte na przestrzał. Nikogo z obsługi chyba nie ma, dysponując większym plecakiem mógłbym wynieść stamtąd połowę wyposażenia... ale ograniczyłem się jedynie do zatankowania wody pod prysznicem. Pod schronem klasyczny, polski pie*****ik, na słońcu tu i ówdzie wygrzewają się koty. ;)





Przegryzam sobie coś z własnych zapasów i kieruję się niebieskim szlakiem przez Przełęcz Małastowską i Banicę do Bartnego. Ten odcinek jest w moim odczuciu wyjątkowo monotonny i nieciekawy: na bardzo długim dystansie prowadzi głównie lasem, nie oferując prawie żadnych widoków. Na dodatek łapie mnie lekki kryzys i przez prawie 3h, które zajęła mi droga na tej trasie, idę na autopilocie, będąc prawie obojętnym na otoczenie. Ożywiam się dopiero w okolicach wsi Bartne, gdzie krajobraz zaczyna cieszyć oko:







Obiecuję sobie dłuższy odpoczynek w bacówce. Tak też się dzieje. Pakuję się do środka, zamawiam pierogi łemkowskie (bardzo dobre - 12 zł) i rozglądam się po otoczeniu:





Po skonsumowaniu pierogów schodzę do kanciapy wziąć prysznic, bardzo mi się to przyda. Wysychając, domawiam sobie jeszcze żurek z pieczywem i roi mi się w głowie, czy aby na pewno nie ma konieczności dosłodzenia sobie życia smażoną kiełbasą, ale jak zacząłbym buszować po bacówkowej kuchni, to zastanie mnie tu wieczór i z wczesnego wyjazdu nici. Po prysznicu i obiadku czuję się jak nowonarodzony i mogę iść dalej. Zmieniam kolor szlaku na czerwony i drapię się powoli przez Przeł. Majdan na Magurę. Na rozstaju dróg za bacówką deczko się zakręciłem, ale wreszcie podążam właściwą ścieżką. Magura (829 m) informuje mnie, że...



Wstępuję na teren Magurskiego Parku Narodowego i zmierzam dalej czerwonym szlakiem na Świerzową. W międzyczasie schodzę na Polanę Świerzowską, gdzie zatrzymuję się na moment:



Na polanie znajduje się wiata w stylu magurskim, do której przykręcona jest tabliczka informująca m.in. o tym, że schron nie jest miejscem noclegowym. Ewidentnie jaja sobie robią. ;D



Przechodzę przez Świerzową (805 m) i przy Trzech Kopcach odbijam na żółty szlak do Mrukowej. Co tam mokradła przy Bartnem, prawdziwe błoto znajduje się właśnie tutaj. Droga jest momentami rozjeżdżona ciężkim sprzętem, a na pewnych odcinkach płynie nią regularne źródełko. Utytłany po kostki mijam kapliczkę:



i schodzę do Mrukowej. Zaczyna się robić szaro. Po drodze zachodzę do agroturystyki "Mruczyna" z prośbą o kranówę i, znów dysponując 3,5l wody, udaję się na nocleg w masyw Bucznika. W szarówie na tych łąkach przegapiam skręt szlaku w lewo, zgrzytam zębami z nerwów i cofam się ociupinę. Na pierwszym wypłaszczeniu, w jego zachodniej kulminacji, pod wierzchołkiem Pagórek (519 m) rozbijam przy czołówce namiot i będąc już w środku, jem kolację. Pomimo odczuwanego zmęczenia i trzynastu godzin w trasie, jestem tak podkręcony, że długo nie mogę zasnąć.

06.05.2018r.: Zachodnia kulminacja masywu Bucznika - Nowy Żmigród

O piątej wyłażę z namiotu. Zrobiło się nieco chłodno, pierwszy raz w trakcie tej wycieczki muszę ubrać polar. Wschód słońca gratis:



Pakuję się z powrotem do śpiwora, jem śniadanie i o szóstej już mnie tu nie ma. Masyw Bucznika jest (nie bójmy się tego słowa) wybitnym punktem widokowym i polecam to miejsce każdemu, będącemu w okolicy:







Idę dalej z rozdziawioną japą, mijam właściwy wierzchołek Bucznika (519 m), masyw ciągle ryje beret:



Schodzę przez las do Mytarza. Wiszącym mostem przekraczam Wisłokę, wrażenie cokolwiek ciekawe, bo most pracuje i można się nieco pobujać.





Ostatnia prosta i ląduję na przystanku autobusowym w Nowym Żmigrodzie. Pewnie domyślacie się, co ma miejsce dalej? Otóż jest niedziela i żadne busy nie kursują. Rad nierad decyduję się podklepać asfalcikiem te drobne 16 km do Jasła i próbować złapać stopa po drodze. Uszedłem chyba ze 3 km i na końcu miejscowości, której nazwa wyleciała mi akurat z głowy, zatrzymują się wracający z Bieszczadów Artur z Klaudią. Dzięki ich uprzejmości jadę sobie komfortowo Mercedesem "okularnikiem" aż do Częstochowy, hehe. W Częstochowie na Stradomiu kupuję bilet na TLK do Poznania, zachodzę jeszcze do bistro na fasolkę po bretońsku i flaczki, zdaje się że to chyba koniec imprezy...

Z całego wyjazdu jestem wyjątkowo zadowolony, miałem do dyspozycji cztery dni konkretniejszego chodzenia i dwa dni dojezdne. Wrzucę może profil przebytej trasy, dane za https://mapa-turystyczna.pl/ :



Oby wszystkie wycieczki tak się udawały. To byłoby na tyle, oddaję głos do studia.
Like the fella says, in Italy for 30 years under the Borgias they had warfare, terror, murder, and bloodshed, but they produced Michelangelo, Leonardo da Vinci, and the Renaissance. In Switzerland they had brotherly love - they had 500 years of democracy and peace, and what did that produce? The cuckoo clock. So long Holly.

Offline Shwarc

Odp: Sądecko-Niska majówka 01-06.05.2018r.
« Odpowiedź #4 dnia: Maj 14, 2018, 10:04:32 »

A gdyby tak na stryszku położyć kilka desek, dasz czeble na ścianie, to mieli byśmy niezłą utulnię dla turystów, którzy i tak będą tam zaglądać na nocleg.

Offline dave

Odp: Sądecko-Niska majówka 01-06.05.2018r.
« Odpowiedź #5 dnia: Maj 14, 2018, 17:26:59 »
A gdyby tak na stryszku położyć kilka desek, dasz czeble na ścianie, to mieli byśmy niezłą utulnię dla turystów, którzy i tak będą tam zaglądać na nocleg.

Tak, taki stryszek zdecydowanie by się tam przydał. Sensownie to zrobili w Górach Bialskich, jest schron, w którym można kimać na legalu. We czwórkę spaliśmy po królewsku z wszystkimi bambetlami na stryszku, jakby się nieco ścieśnić, to i więcej osób by wlazło:

Like the fella says, in Italy for 30 years under the Borgias they had warfare, terror, murder, and bloodshed, but they produced Michelangelo, Leonardo da Vinci, and the Renaissance. In Switzerland they had brotherly love - they had 500 years of democracy and peace, and what did that produce? The cuckoo clock. So long Holly.

Offline Shwarc

Odp: Sądecko-Niska majówka 01-06.05.2018r.
« Odpowiedź #6 dnia: Maj 14, 2018, 22:24:50 »
No tak, takie legalne utulnie jak na Słowacji. Postawić obok śmietnik (niekonieczne) i wychodek drewniany. Ludzie i tak śpią w takich miejscach, a żeby wokoło było czysto, to wystarczy dołożyć tych kilka rzeczy.

Offline misiak76



  • Pomógł: 37

    • Status GG
    • Coś skromnego na Polskich Krajobrazach
Odp: Sądecko-Niska majówka 01-06.05.2018r.
« Odpowiedź #7 dnia: Maj 15, 2018, 17:35:55 »
Piknie Panie! Po prostu bajka. Ciekawe gdzie teraz wylądujesz ;)

Wysłane z mojego ONEPLUS A3003 przy użyciu Tapatalka


Offline dave

Odp: Sądecko-Niska majówka 01-06.05.2018r.
« Odpowiedź #8 dnia: Maj 15, 2018, 19:35:45 »
Piknie Panie! Po prostu bajka. Ciekawe gdzie teraz wylądujesz ;)

Ano piknie tam jest. W trakcie łażenia aż po cichu zazdrościłem Wodnikowi, że ma takie tereny na co dzień. ;)
Tak po prawdzie, to nie wiem jeszcze gdzie wyląduję. ;) Szykuję się na weekend bożocielny, mam kilka pomysłów, ale jeszcze się na nic konkretnego nie zdecydowałem. Najbliższy realizacji jest chyba zielony szlak graniczny w Sudetach z Tłumaczowa na Słonecznik. Obowiązkowo do plecaka namiot i tonę żarcia, bo pierwszy schron jest dopiero po 90km trasy. Albo Worek Raczański z przyległościami i dalej w stronę Babiej Góry. Albo Czerwony Szlak Przemysko-Sanocki, tam powinno być pusto. Sam już nie wiem. :P Chyba że będzie non-stop lało, to dyżur na forum. ;D
Like the fella says, in Italy for 30 years under the Borgias they had warfare, terror, murder, and bloodshed, but they produced Michelangelo, Leonardo da Vinci, and the Renaissance. In Switzerland they had brotherly love - they had 500 years of democracy and peace, and what did that produce? The cuckoo clock. So long Holly.

Offline sieku

Odp: Sądecko-Niska majówka 01-06.05.2018r.
« Odpowiedź #9 dnia: Maj 18, 2018, 13:40:34 »
W lesie noc jest czarna jak sumienie faszysty
;D

Jak zwykle wycieczka (i relacja) o dużej wartości dodanej. Idealny stosunek zdjęć do opisów przy wysokiej jakości obydwu. Masz fantastyczną cechę zachwycania się naturą samą w sobie. Bez egzotycznych zjawisk geologicznych i wodospadów też przecież jest pięknie i warto wędrować. Do tego pokazujesz nasz kraj od najlepszej, "zielonej" strony (z gospodarzami uzupełniającymi wodę włącznie :P ).
Kto nie zazdrości Wodnikowi ten sam pewnie mieszka w tych lub innych górach ;)

Offline misiak76



  • Pomógł: 37

    • Status GG
    • Coś skromnego na Polskich Krajobrazach
Odp: Sądecko-Niska majówka 01-06.05.2018r.
« Odpowiedź #10 dnia: Maj 18, 2018, 14:09:56 »
Gejowizna outdoorowa też powinna być
Jeszcze takimi obrazkami nieraz dowalę

Wysłane z mojego ONEPLUS A3003 przy użyciu Tapatalka


Offline dave

Odp: Sądecko-Niska majówka 01-06.05.2018r.
« Odpowiedź #11 dnia: Maj 18, 2018, 17:39:02 »
Do relacji wkradł się błąd - knajpa w Wysowej nie nazywa się Adria, tylko Arkadia.

Cytat: dave w Maj 13, 2018, 16:38:52
    W lesie noc jest czarna jak sumienie faszysty
;D

Niedyskretne nawiązanie do "Zapisków oficera Armii Czerwonej" S. Piaseckiego. ;)

Jak zwykle wycieczka (i relacja) o dużej wartości dodanej. Idealny stosunek zdjęć do opisów przy wysokiej jakości obydwu. Masz fantastyczną cechę zachwycania się naturą samą w sobie. Bez egzotycznych zjawisk geologicznych i wodospadów też przecież jest pięknie i warto wędrować. Do tego pokazujesz nasz kraj od najlepszej, "zielonej" strony (z gospodarzami uzupełniającymi wodę włącznie :P ).
Kto nie zazdrości Wodnikowi ten sam pewnie mieszka w tych lub innych górach ;)

O kurde, nie wiem co napisać  ;) Dzięki za dobre słowo. Tak, kontakt z przyrodą na zresetowanie łepetyny jest najlepszy, a w polskich górach fantastycznych miejscówek jest sporo. ;)
Najsłabszym punktem są zdjęcia, limituje mnie aparat (stary kompakt Benq GH600) i moje umiejętności fotograficzne. Z czasem pewnie kupię coś porządniejszego. ;)

Gejowizna outdoorowa też powinna być

Eee? ;D

Jeszcze takimi obrazkami nieraz dowalę

Dawaj, dawaj. Zawsze fajnie jest poczytać i pooglądać.
Like the fella says, in Italy for 30 years under the Borgias they had warfare, terror, murder, and bloodshed, but they produced Michelangelo, Leonardo da Vinci, and the Renaissance. In Switzerland they had brotherly love - they had 500 years of democracy and peace, and what did that produce? The cuckoo clock. So long Holly.

Offline sieku

Odp: Sądecko-Niska majówka 01-06.05.2018r.
« Odpowiedź #12 dnia: Wczoraj o 11:06:13 »
O kurde, nie wiem co napisać 
Jak to co?! Kolejną relacje z kolejnego wyjazdu ;D